Magiczne zwierzęta i jak je wysyłać do Zaświatów – recenzja mangi Posępny Mononokean

Zaraz po ogłoszeniu, że Natsume Yuujinchou będzie wydawany w Polsce, szczerze ucieszyłam się szczęściem (a może raczej strapieniem przy tej ilości tomów?) Dar, która te klimaty szczerze uwielbia. Ja również bardzo ciepło wspominam anim i muszę z dumą powiedzieć, że całkiem niedawno udało mi się zacząć sezon czwarty! No, ale, ja w sumie nie o tym… Wracając – o ile anime Natsume bardzo mi się podoba, o tyle mangę uważam już za znacznie mniej, hm, przejrzystą. Miło byłoby jednak poczytać sobie w wolnych chwilach jakąś niezobowiązującą serię o youkai, osadzoną bardziej w obyczajowych klimatach jak właśnie Natsume czy Strażnik domu Momochi niż żeby to miał być bitewniak jak Noragami. I właśnie takim sposobem sięgnęłam po Posępnego Mononokeana autorstwa Kiri Wazawy.

Posepny-Mononokean-1-_bn46133

Sama historia zaczyna się… no, powiedzmy, że nie jest to porażająco oryginalny wstęp z rodzaju „boy meets something”. Właściwie to zaryzykuję stwierdzenie, że w tym gatunku gorzej już się zrobić nie dało. Hanae Ashiya ma problem, ponieważ odkąd tylko pamięta, widzi nadnaturalne byty, a stworki lubią ten stan rzeczy wykorzystywać i przyczepiać się do naszego protagonisty niczym komary do wyeksponowanego, mazurskiego plażowicza. Najświeższym nabytkiem przyssanym do ramienia Ashiyi okazuje się być biały, włochaty cosiek, którego chłopak pomylił z maskotką i nieświadomie ocalił przed przypadkowym zdeptaniem. W „podzięce” youkai nie chce się odlepić od swojego wybawcy i wysysa z niego wszelkie siły życiowe. Można się więc spodziewać, że w tym tempie z Ashiyi może zostać tylko martwy dywanik, który będzie mógł spocząć na grobie jego niedawno rozpoczętego, a i tak już mało udanego, licealnego życia.

U pielęgniarki Ashiya odnajduje jednak upragniony ratunek. Nie, nie relanium. Ani morfiny. Skalpela, żeby oderwać białe maleństwo, też próżno było szukać. Chłopak trafia natomiast na ogłoszenie odnośnie egzorcysty, który szuka pracownika do pomocy przy rozwiązywaniu spraw natury ezoterycznej. Ashiya stwierdza, że w sumie lepszy rydz niż nic i woli zrobić z siebie głupka niż paść na suchoty, więc dzwoni na podany numer i… I dzięki temu za drzwiami pokoju pielęgniarskiego w trymiga pojawia się pokój z innego wymiaru, w którym rezyduje młody, przystojny mężczyzna w roli pracodawcy. Abeno, bo tak nazywa się przybyły, ubrany w kimono młodzieniec, najpierw nie chce słyszeć o wyegzorcyzmowaniu Ashiyi poza kolejką (która ma być szalenie długa), ale kiedy dowiaduje się o zdolnościach Hanae, postanawia jednak zająć się sprawą. Ku zdziwieniu nie tylko samego głównego bohatera, ale również czytelników, niebawem okazuje się, że w całym przypadku nie chodziło o to, żeby pomóc Ashiyi, ale białemu stworkowi. W ten sposób rozpoczyna się całkiem długa i dziwna współpraca dwóch chłopaków, którzy będą mieli za zadanie pomagać zgłaszającym się do nich demonom.

IMG_20180907_134627_BURST3
Motywy kwiatowe obecne na okładkach subtelnie przypominają, że rodzina Ashiyi prowadzi kwiaciarnię.

 

Jak widzicie po zarysie opowieści, nie ma tu niczego, czego w tej czy innej formie nie byłoby już gdzieś wykorzystane. Chociażby sam motyw z „egzorcystą na telefon” zalatuje strasznie Noragami, a zwykły licealista z niezwykłym darem widzenia demonów, przez który stał się odludkiem, to wypisz wymaluj Natsume. Na dodatek fakt, że Ashiya wcale nie miał być głównym bohaterem (do czego autorka przyznaje się w posłowiu pierwszego tomu) jest naprawdę odczuwalny przez kilkanaście początkowych rozdziałów. Chłopak bywa tak typowym nieogarem, damą do ratowania i krzykaczem, że aż witki opadają. Wszystkiemu się dziwi, zawsze musi wpaść w tarapaty – no normalnie postać niezbędna tylko do tego, żeby napędzać historię i móc przedstawiać nowe, zaskakujące zwroty akcji. A, no i ewentualnie żeby regularnie powtarzał jako narrator, że “kiedyś się bał, ale teraz to mu na serio zależy na pomaganiu demonom i w ogóle”. W wielu punktach logika czy naturalność prowadzenia fabuły zwyczajnie kuleje. Przykładowo kwestia chodzenia do szkoły to jeden wielki pic na wodę – bohaterowie wychodzą z zajęć kiedy im się żywnie podoba, nikt nie dopytuje, gdzie z takim zacięciem codziennie pracują, jak dostają propozycję, to przyłączają się na wyjazd kółka fotograficznego „bo tak” (i ostatecznie nic wtedy nie fotografują i nikt ich z tego nie rozlicza), a Ashiya znikąd ma dwóch kumpli, którzy od czasu do czasu go zagadują, mimo że on nigdy z nimi nigdzie nie wychodzi i właściwie to mocno ich olewa.

Ale wiecie co? Z miłym zdziwieniem odkryłam, że im dalej w las, tym więcej jest w tej puszczy życia, a kiedy fabuła się zagęszcza, to i po Hanae zaczyna się wreszcie upominać związek Rozwoju Postaci. W połowie serii Ashiya ma swoje błyskotliwe momenty, a na przełomie tomów 8-9 widać to już naprawdę porządnie i dzięki temu ma się wrażenie, że w duecie Ashiya/Abeno to ten poczciwy głuptas zaczyna grać pierwsze skrzypce oraz że stanowi realne wsparcie. I bardzo dobrze! Dzięki temu okazuje się, że znajomość chłopaków faktycznie po coś jest i że mają na siebie faktyczny wpływ, a nie są tylko Flipem i Flapem do odhaczania gagów. Może nie bez znaczenia jest tu fakt, że Posępny Mononokean to właściwie pierwsza manga Kiri Wazawy z prawdziwego zdarzenia. Rok przed rozpoczęciem serii autorka narysowała zaledwie jednego one-shota. Oczywiście nie znaczy to z automatu, że nie powinna się zabierać za długie serie, tylko najpierw przez dwadzieścia bitych lat zajmować się krótkimi tytułami – po prostu na początku widać, że była trochę zabłąkana w tym, co robiła. Czas okazał się najlepszym lekarstwem.

IMG_20180903_145105.jpg
Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.

Najjaśniejszym punktem fabuły wydaje mi się odwrócenie motywu “biedni ludzie i źli youkai”. Tak właściwie nie ma* tu żadnych złych postaci, co jest dość mocno odświeżającym założeniem. Po prostu większość przedstawionych tu stworków (albo i ludzi) nie umie się odpowiednio wyrazić bądź poradzić sobie z problemami, lecz nawet jeśli ich prezencja nie zawsze kojarzy się ze słowem „niewinność”, w ostatecznym rozrachunku wszyscy są przedstawieni w niezwykle pozytywny sposób. Bardzo podobała mi się sprawa z panem Skrzypem, który wyglądem mógłby zawstydzić niejedno antagonistyczne monstrum z horrorów, a jednak za tą wielką, nadzianą zębami szczęką kryło się absolutnie dobre serce. W ogóle projekty demonów w Mononokeanie przykuwają uwagę. W tym punkcie youkaie z Natsume Yuujinchou – z całym szacunkiem dla serii – są wyjątkowo nudne i bardzo powtarzalne, bo głównie są to istoty człekopodobne, najczęściej z twarzami ukrytymi za maskami. Dochodziło nawet do tego, że przy oglądaniu anime z Natsume nie potrafiłam rozpoznać, czy ktoś już się pojawił, czy była to całkiem nowa postać. W Mononokeanie tak nie jest i dzięki temu można tu trafić na naprawdę ciekawe, piękne bądź groźne indywidua. Jednymi z moich ulubionych jest księżniczka Anmo oraz drobniutka Kinako. Z wielką chęcią bym takie stworki wyprzytulała, a kto wie, czy nie przygarnęła do siebie na stałe.

*Właściwie nie ma… Właściwie…

IMG_20180903_144633
W takich momentach zdecydowanie nie zazdroszczę Ashiyi jego zdolności widzenia demonów.

Anime Fukigen na Mononokean było emitowane dość niedawno, bo w sezonie letnim 2016, a w czerwcu tego roku ogłoszono, że drugi sezon otrzymał zielone światło (jeszcze nie wiadomo, na kiedy powstanie – ja obstawiam zimę, ewentualnie wiosnę 2019). W podsumowaniu Lemurilli nie uświadczyliście jednak tego tytułu, ponieważ ze względu na zbyt duży wkład animacji komputerowej przy projekcie Włochacza dość szybko odpuściłyśmy sobie seans (mnie jeszcze zraził Kaji Yuki w roli Ashiyi – i dobrze, bo z czasem denerwowałby mnie dziesięć razy bardziej swoimi krzykami). Nie wiem, może ostatecznie nie wyszło to wcale tak źle, jak mi się na pierwszy rzut oka wydawało, ale po kilku minutach pierwszego odcinka spodziewałam się raczej ładniejszej otoczki, sprawniejszej reżyserii i puchatego Włochacza. I choćby dlatego warto sięgnąć po mangę – na papierze wszystko wygląda jak trzeba.

IMG_20180903_145000
– PIP – zgodził się z nimi Śmierć Szczurów.

I tak jak już przyznałam, że interakcje na przestrzeni Ashiya/Abeno kompletnie mi nie leżały, tak przeważające w mandze sprawy demonów to samo dobro tego tytułu. Historie dotykające youkai tak naprawdę niejedną obyczajówkę potrafiłyby srogo zawstydzić – znajdziemy tu rodziców martwiących się o swoje dzieci, małżonków, których nawet śmierć tak do końca nie może rozdzielić, cierpliwych adoratorów, przyjaciół popełniających wielkie błędy, przysposobione rodzeństwa, które równie mocno się ranią, co o siebie dbają… Podziwiam, jak mimo epizodowości fabuły autorka zadbała, żeby opowieści nie były powtarzalne i żeby każda z nich miała jakieś ciepłe, ciekawe przesłanie. Nawet kiedy o tym piszę, uśmiecham się do komputera, bo wiele z wątków nawet mimo dość szybkiej lektury mocno zapadło mi w pamięć. Sprawa stracha na wróble Nobou była tak kuriozalna i smutna jednocześnie, że aż się wzruszyłam, a w przypadku malutkiej Kinako do ostatniej chwili myślałam, że historia potoczy się inaczej – a tu mnie manga zaskoczyła. Pod tym względem muszę przyznać, że nawet jeśli Mononokean nie stanie się moją ulubioną mangą, to właśnie z tego względu mam do niej wyjątkowo duży szacunek.

IMG_20180903_143735.jpg
No cóż… Każdy ma takiego Włochacza, na jakiego sobie zasłużył.

Co do jakości tłumaczenia – no tym razem nie będę śpiewać pieśni pochwalnych ani nic z tych rzeczy. Było poprawnie, ale nieszczególnie porywająco. Wypowiedzi brzmiały momentami dość sztywno, szczególnie gdy autorem był Ashiya, który cierpi na biegunkę słowną, więc raczej nie powinien się przejmować absolutnie wszystkimi podmiotami w zdaniach. Czasami zdarzają się dość niejasne (i, niestety, nie celowe) sytuacje jak w 4 tomie, kiedy Abeno mówi, że znalazł „yoko”, a Ashiya bierze to za imię demona. Nie jestem przekonana do tłumaczenia „youkai” na „demon” (bo raczej przywodzi to na myśl to gorsze „oni”), jakkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że „duch” to też nie do końca to (i że odpowiada to słowu „yurei”). Typesetting też nie zawsze dawał radę, a teksty w dymkach uciekały momentami na ich krańce. Oczywiście nie ma dramatów ani nic z tych rzeczy, ale jest jeszcze nad czym popracować. Pochwalę natomiast jakość druku, bo ani razu nie miałam z nim problemów – ani pod względem ostrości, ani łupieżu.

IMG_20180901_155553
A mi się nie podoba kierunek, w którym zmierza tekst tego ostatniego dymka.

Pozwolę jeszcze zwrócić uwagę na to, co jeszcze oferuje nam tomikowe wydanie Posępnego Mononokeana – czyli ukryte pod obwolutami dodatki. Dodatki, które są… najgorszym pomysłem, jaki kiedykolwiek gdziekolwiek widziałam. Nie, nie obwiniam o to wydawnictwa Waneko. Po prostu autorka ma naprawdę słabe poczucie humoru, żeby nie powiedzieć, że ma je zwyczajnie wyprane. Pod obwolutami możemy bowiem poczytać sobie mini rozmówki między Abeno a Ashiyą, przedstawione w formie uproszczonego czatu z ciągle-tymi-samymi-martwymi-minkami. Jak możecie sobie sprawdzić na zdjęciu poniżej, te dialogi są autentycznie „o dupie Maryni” (i to z szacunkiem dla każdej Maryni, bo nawet dupo-rozmówki potrafią być bardziej inspirujące). Co sama manga co tom zyskiwała w moich oczach, to kiedy zaglądałam pod obwoluty, miałam ochotę zadać autorce proste zapytanie – po co? Czemu nie umieściła tam jakichkolwiek szkiców postaci, ich profili, ewentualnie nie zrobiła prostego logo i wiśta wio? A tak tylko rujnowała z trudem wypracowane, pozytywne zdanie o głównych bohaterach.

IMG_20180913_144720_1
Suchość nad suchości i wszystko suchość…

Nie mogę więc powiedzieć, że to manga bez wad. Wręcz przeciwnie – te, które ma, w oczach wielu czytających będą ją ogromnie dyskredytować. Niezbyt rozgarnięty główny bohater, licealne głupotki, żarty cienkie jak postny barszcz… no nie dziwię się, jeśli ktoś nie poczuje się nimi urzeczony. Jednocześnie jest to tytuł zaskakująco dobry i ogrzewający serce. Manga konsekwentnie realizuje zamierzone od początku cele i skupia się na historiach zagubionych w ludzkim świecie demonów. Nie ma się jednak poczucia, że jest to tylko zaliczanie kolejnych „potworków tygodnia” (czy może raczej „tomu”), bo każde spotkanie niesie ze sobą jakieś fajne przesłanie, porusza inne emocje, ma inny klimat. I przede wszystkim – tworzy ładny świat, do jakiego aż chciałoby się zajrzeć. Oczywiście z czasem kroi się większy wątek przewodni, dość mroczny nawet, ale nie przysłania on ogólnego wrażenia. Jeśli więc będziecie mieli kiedyś okazję zapoznać się z tą mangą, to szczerze polecam poczytać ją dla relaksu. O, z takim deszczem za oknem będzie jak znalazł. Bo chociaż nie jest to pozycja, do której będzie się maniakalnie wracać, warto dać jej szansę, bo zaszczepi w waszych głowach dużo dobrych przemyśleń.

Za mangę serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

~Dziab

Reklamy

6 komentarzy do “Magiczne zwierzęta i jak je wysyłać do Zaświatów – recenzja mangi Posępny Mononokean

  1. Moim youkaiowym faworytem i tak pozostaje Włochacz. :3 Chociaż w pamięć zapadł mi jeszcze jeżyk przypominający Nishinoyę z Haikyuu!! (przynajmniej w anime, nie jestem pewna, czy w mandze aż tak go przypominał, czy to jednak głównie zasługa kolorystyki).
    Bardzo polubiłam tę mangę (a najpierw anime), nawet jeśli Ashiya nie był zbyt rozgarnięty, zwłaszcza na początku. Ważne, że z czasem robi się coraz lepiej i teraz niecierpliwie czekam na każdy tom.

    Polubienie

  2. Ja tam strasznie lubię relacje Abeno/Ashiya, nawet te pod obwolutą, tak że to już kwestia gustu :D. Co do projektu potworków to się totalnie zgadzam! Ogólnie cała manga mi siadła i staram się zamawiać i czytać tomiki na bieżąco, co nie zdarza mi się w wielu przypadkach :D

    Polubienie

  3. Bardzo przyjemna seria. Też myślę, że dupy nie urywa, ale jest takie dobre na poczytajkę, między bardziej angażującymi seriami. :D Przede mną jest jeszcze 3 tomy by być na bieżąco, ale mam na półce i pewnie dziś lub jutro sobie je łyknę. Dużo tekstu nie ma patrzy na „Służącą…” to szybko pójdzie. XD

    Polubienie

  4. To „nie da się gorzej” brzmi trochę jak wyzwanie. Może lepiej nie.

    Kurka wodna, z tego co opisujesz brzmi to generalnie jak coś na deszczową niedzielę i siedzenie pod kocem, na generalne odprężenie… ale niekoniecznie coś, co by się wciskało ludziom że MASZ ZOBACZ MUSISZ?

    A w sumie, jak byś przełożyła yokai? Znaczy zgodzę się, że „demon” to trochę za dużo a „duch” za mało, ale jakiś pomysł na coś pomiędzy?

    Polubienie

    • No dobra, zawsze da się gorzej. Zawsze można jeszcze pomyśleć nad jakimiś rasistowskimi albo homofobicznymi żarcikami. Nieśmieszne są wtedy całkiem niewinne ^

      Tak, dokładnie. Nie polecę tego z czystym sercem każdemu i w ogóle na zdrowy rozum jest to dość średnia manga, ale ma w sobie tyle sympatycznych wątków i ładniutkich kadrów, że jest dobrą alternatywą na spędzenie wieczoru. Jak masz od kogo pożyczyć, to wtedy bierz śmiało ;)

      Nie wiem, czy nie poszłabym bardziej w „potwory” albo „stwory”, szczególnie że te tutejsze youkai praktycznie zawsze przypominają jakieś zwierzęta. „Demony” do kompletu z „egzorcyzmami” brzmią za mocno chrześcijańsko…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s