Czemu nie warto oceniać mangi po magazynie – recenzja The Promised Neverland

Sezon letni anime zdecydowanie nie zachęca do spędzania godzin przed komputerem, dlatego przyszedł czas rozprostować nogi i… przesiąść się na fotel, żeby poczytać jakieś dobre, trzymające w napięciu mangu. No co? Się czasami trzeba odhamić. I tak przy tej okazji przypomniało mi się o rzuconym przed Dar przed dwoma miesiącami wyzwaniu. Stwierdzeniu, że The Promised Neverland nie da się zrecenzować bez rzucania na prawo i lewo ciężkimi spoilerami o tajemnicach, których poznawanie jest wszak samą śmietanką tej serii. Że co? Że ja nie zrobię takiej recenzji? Ja? Proszę bardzo! Hold my… green tea! Macie dziś ode mnie tekścik, bo jak najbardziej podejmuję się zadania i to na dodatek własnym sumptem, za tomiki kupione ciężko zarobionymi Mieszkami.

the promised

 

Bez przesady jednak z absurdalną lakonicznością – czy się stoi, czy się leży, zarys fabuły przecież czytelnikom się należy (żeby chociaż wiedzieli, z jakim gatunkiem mają do czynienia i w ogóle). Zacznijmy zatem od tego, że trafiamy do sierocińca… Co, już zalatuje dramą? Bez obaw. Grace Field House to dom mlekiem i miodem płynący, a dzieci wychowujące się w tej placówce mogłyby śmiało rozdawać ordery uśmiechu. Wszystko to dzięki Mamie, opiekunce, która z oddaniem i miłością dba o gromadkę kilkudziesięciu sierotek. Ponadto nad młodszymi szkrabami częściową pieczę sprawują również starsze, bardziej dojrzałe (jak na dziesięcio- i jedenastolatki) dzieci. Dzięki temu systemowi dni upływają na wiecznej zabawie i posiłkach spędzanych w prawdziwie rodzinnym gronie… A, nie, przepraszam, mimo wszystko obowiązku szkolnego tam nie zniesiono, dlatego wystarczająco duże dzieci uczestniczą jeszcze w codziennych testach na inteligencję. Dzięki temu dowiadujemy się, że placówka posiada aż trzy genialne jednostki: rudowłosą, rezolutną Emmę, urodzonego stratega Normana oraz zamkniętego, ale bacznie obserwującego otoczenie Raya. Cała trójka niezmiennie zdobywa na testach maksymalną liczbę punktów, dzięki czemu są chlubą mamy i całego sierocińca.

No sielanka, no. Aż chciałoby się oddać tych wszystkich osieroconych bohaterów słynnych shounenów. Właściwie to szkoda się stamtąd wyprowadzać, ale oczywiście tak miłe, światłe dzieci prędzej czy później muszą jednak ruszyć w świat, do nowych mamusi i tatusiów. Jedna z zasad głosi bowiem, że musi się tak stać najpóźniej przed dwunastymi urodzinami. Nasza cudowna trójka też ma już jedenastki na karku, więc tylko wyglądać, aż nadejdzie ich kolej. Tymczasem w nową, wielką podróż udaje się mała Conny, cicha, roztrzepana dziewczynka, która na swoje nieszczęście nawet w ostatniej chwili bytności w sierocińcu okazuje się gapą i zostawia na kuchennym stole ulubionego pluszaka. Nadszedł już jednak wieczór, a dzieci nie powinny się szlajać po ciemku… Emma i Norman razem z inteligencją posiadają też całkiem spore pokłady ryzykanctwa, dlatego mimo oczywistego zakazu próbują dogonić Mamę i Conny, by oddać im zgubę.

Szkoda tylko, że maskotka nigdy nie trafia do właściwych rąk.

IMG_20180728_164350
Z okładki na okładkę klimat serii zdaje się krzepnąć jak krwista, wiśniowa galaretka…

W porządku, w ten sposób streściłam połowę pierwszego rozdziału przed kluczową informacją o serii. Dzięki temu wiecie już, że tak cukrowo i różowo to tu absolutnie nie będzie, ale czemu – to już musicie sięgnąć po mangę.

Schemat działania takich serii jak chociażby My Hero Academia czy Black Clover od lat sprawdza się w mangach dla młodych chłopaków wprost doskonale, ale jednocześnie można dostrzec ciekawy trend coraz chętniej pojawiający w nowszych shounenach. To już nie są tylko historie skupiające się na głównym bohaterze oraz jego naparzankach z coraz bardziej mocarnymi (i niby-nie-do-pokonania-yhym-tu-mi-czołg-jedzie) wrogami. Obecnie Shounen Jump, czyli król tego blokowiska pośród magazynów dla nastolatków, kieruje się bardziej w stronę opowieści, które mają nieco bardziej rozwinięta wastwę psychologiczną. Dzięki temu shouneny nie są już tylko ucztą dla oczu, ale i mózgu, przez co takie mangi mogą czytać osoby w praktycznie każdym wieku. Na tej zasadzie mamy Haikyuu!!, gdzie przeciwnicy są tak samo ciekawi i mili jak główna drużyna, jest Shokugeki no Soma, który obok ecchi ma mnóstwo fachowej, zaawansowanej wiedzy o jedzeniu… Ale na czoło stawki wysuwa się właśnie The Promised Neverland, tytuł, który ma o wiele więcej wspólnego z Tytanami niż z poczciwym Naruto. Oj, nawet nie wiecie, jak wiele ma.

IMG_20180728_164646
To, co kryje się pod obwolutą, chyba dobitnie świadczy o całym wnętrzu.

Jakkolwiek Dar uważa, że w tutejszej recenzji powinno się powiedzieć jak najmniej, żeby nie psuć nawet najlżejszym spoilerem zabawy z odkrywania ogromu tajemnic i plottwistów… to absolutnie trzeba powiedzieć, że tak, to właśnie historia pełna tajemnic i plottwistów. Dzięki świetnej współpracy między rysowniczką, Posuką Demizu, oraz scenarzystą, Kaiu Shirai, udało się stworzyć pracę, która wyciąga chyba maksimum możliwości z medium mangi. Nie spodziewajcie się więc magicznych pięści ani nakama power, czyli uniwersalnych sposobów na pokonanie przeciwności. The Promised Neverland bliżej jest do trzymającego w napięciu kryminału niż sztampowego bitewniaka i nawet jeśli nie zdradzę kto komu i za ile, możecie być pewni, że manga ma do zaoferowania świetną fabułę. Chociaż główni bohaterowie mają po kilka, kilkanaście lat, czyli zdecydowanie mniej niż średni statystyczny czytelnik mangi w Polsce, to ich fantastyczność kryje się o tu *Dziab puka się w skroń* a nie tu *tyka swój wątły biceps*. To znów sprawia, że każdy może się z powodzeniem wczuć w ich sytuację i im kibicować. Gorzej. Będziecie z całych sił trzymać kciuki za ich przeżycie. Śmierć czy łamanie kończyn nie jest tutaj bowiem wcale rzadkością, ale jednocześnie absolutnie nie jest to przerysowane gore mające wyepatować jakimiś mało uroczymi flaczkami. Nawet mało przyjemne zwroty akcji są przedstawione ze świetnym wyczuciem i dają niesamowity klimat, że “łosz ty w dzwonki polne, toż to jest jakaś Gra o tron w wersji dziecięcej!“. Ano jest. Jest tu dużo powagi i kombinowania, a za pozornymi uśmiechami kryć będą się wielkie plany na to, aby nie dać się zabić. Co, spodziewaliście się pokonania złych? Niestety, zła bramka, to nie ten tytuł, tu tak dobrze to nie ma. Każdy może zdradzić, każdy może być szpiegiem, na każdym kadrze mogą czaić się podpowiedzi i przy każdym dialogu trzeba uważać, czy dana postać nie powiedziała czegoś ważnego. Może niektórych, którzy oczekują od komiksów mało skomplikowanej rozrywki to zniechęci, ale jeśli tylko macie w sobie duszę odkrywcy bądź lubicie być zaskakiwani, naprawdę, dajcie tej mandze szanse. Wkręcicie się już po pierwszym tomie.

IMG_20180728_164750
No spójrzcie tylko, przecież to na bank będzie urocza obyczajówka osadzona w sierocińcu…

No dobrze, ale nie samą fabułą człowiek żyje – wszak to manga, więc seria musi się wykazać także w kwestii wizualnej. Przyznaję więc, że kreska jest ładna, klimatyczna i pełna detali, szczególnie w bogatych tłach, choć zdarza się, że bywa niedbała, wręcz odrobinę szkicowa, a designy postaci potrafią różnić się z kadru na kadr (ach, jak już się pojawi Krone, to dopiero będzie jazda). Oczywiście daleko temu do poziomu Tytanów czy Naszego cudu, gdzie bohaterów można rozpoznać dopiero po podpisie, ale warto mieć na uwadze, że to nie jest tytuł nastawiony na to, aby pokazywać biszów, do których można będzie robić maślane oczy. Tak jakby ktoś chciał do jedenastolatków… Zresztą, wydawanie w tygodniku rządzi się swoimi mało przyjaznymi prawami. I mimo to, że taki Norman miewa raz mniejsze, raz większe czoło (może tak mu akurat włosy zawieją? albo im mocniej myśli, tym większa musi być powierzchnia parowania czoła? ewentualnie to kolejna tajemnica do odkrycia i tak naprawdę jest on zmiennokształtnym potworem, który nie umie zachować stałego wyglądu… hej, w to ostatnie to sama się chyba przekonałam) i tak nie można oderwać od niej oczu. Całość robi wrażenie niezwykle bogatego świata, a na każdym kadrze kryją się wskazówki pomocne do przewidzenia dalszej fabuły. Warto więc uważać na te „błędy”, bo tutaj nawet kropki i nierówności na postaciach potrafią być celowym zabiegiem skrywającym w sobie tajemnice.

IMG_20180728_165045
Jakkolwiek wygląda to słodko i niewinne, zdradzę wam, że kryją się tu przynajmniej dwie wskazówki, które będą mieć jakieś znaczenie dla dalszej akcji.

Jak to jest w standardzie mang Shounen Jumpa, nie uświadczymy w wersji tomikowej kolorowych stron. Niestety, taka ich uroda. Mimo to większe ilustracje na początku rozdziałów zachowane w tonacji bieli, czerni i szarości wydają się mieć więcej powera niż gdyby były w kolorze. To  okładki (przynajmniej te początkowe) mają nas zwieść, że jest to porywająca przygodówka z garstką dzieci w roli głównej. A kiedy zdejmiemy lakierowane, lśniące, gładziutkie obwoluty… Ciarki mogą przejść po plecach, bo czai się tam coś niewypowiedzianego, ale mrocznego. Cieszę się jednak, że przy takim nawale detali, z których każdy może coś znaczyć, Waneko konsekwentnie czyści i tłumaczy onomatopeje. Przy okazji – niezmiernie zdarzają się one tak duże jak na zdjęciu poniżej, a to z tego względu, że nieczęsto natrafimy tutaj na naprawdę wielkie kadry (cóż, Kubo Tite pewnie nie śpi po nocach, wyrzucając sobie, że taka manga jest wydawana zamiast jego Bleacha). Ale jeśli już… Tak, wtedy robią wrażenie. Tak to się robi, panowie wielcy mangacy od rysowania pięści bohatera na pół strony.

IMG_20180728_165141
Bo jak wiadomo, nic nie jest tak przerażającym horrorem jak chodzenie do szkoły i przyszła praca w korpo.

Jeszcze jedną wartą wspomnienia rzeczą na temat grafiki jest oczywiście sam druk. Jestem pod szczerym wrażeniem, ale w żadnym tomie The Promised Neverland nie odnalazłam śladów łupieżu. No a przecież czerni to tutaj znajdziecie całkiem sporo, jakkolwiek nie jest ona ani trochę przytłaczająca. I znów się powtórzę – dla mangi o tej liczebności detali dobry druk to absolutny mus (w ogóle dobry druk należy się każdej mandze, duuuh) i cieszę się, że został on spełniony na piątkę z plusem. Raz na jakiś czas zdarzają się natomiast nie do końca poprawnie wyśrodkowane w dymkach teksty, ale to raczej mało przyjemna ciekawostka do wyłapywania dla zapalonych pedantów.

Format standardowy, w jakim wydawana jest większość mang Waneko, wydaje się tutaj całkowicie wystarczający. Oczywiście moja gadanina w poprzednich akapitach może skłaniać do rozważań, czy aby na pewno nie trzeba tej mangi studiować z lupą, to jednak nie można dać się zwariować. The Promised Neverland nie jest serią do powolnego podziwiania niczym Opowieść Panny Młodej czy nawet Bakuman. Ją się pochłania. Wsuwa jak cieplutką frytkę oblaną keczupem. Łyka jak pelikan rybkę. Czyta się tak szybko, że po godzinie ma się kaca „kiedy wyjdzie kolejny tom”, a potem popada się w masochistyczne skłonności, gdy tomik wreszcie dociera, lecz żądny poznania fabuły czytelnik odkłada sobie przyjemność na później, żeby było mniej do czekania do kolejnego razu.

IMG_20180728_164534
W glorii chwały tomiki stały, hej-ho i butelka rumu~

W kwestii tłumaczenia również nie mam się do czego przyczepić, a właściwie nawet gdybym miała, to obawiam się, że wszystko i tak rozbijać się będzie o to, czy w danym zdaniu ukryto coś ważnego dla akcji, czy też nie. Dla prawie-abstrakcyjnego przykładu – jeśli postać A pyta postać B „czy byliście wczoraj na stołówce?”, chociaż rozmawiają na osobności, to to wcale nie jest błąd, a utajona groźba, że osoba A wie o szajce, która wkradła się do stołówki. Nie wiadomo więc, czy niektóre zdania traktować jako zbyt sztywne, czy może właśnie podpowiedzi i sposób bohaterów na przeszpiegi. Łatwo jest też uznać, że skoro trójka głównych bohaterów jest genialna mimo swojego wieku, to mogą posługiwać się bardziej skomplikowanym językiem czy wręcz rzucać na prawo i lewo technikaliami. W końcu naprawdę mocno dbają w tym sierocińcu o edukację.

IMG_20180728_164949
Ciężkie życie na Bronxie w sierocińcu daje +10 do krzepy, ogłady oraz czadowych póz.

The Promised Neverland to taki Death Note podany w odrobinę lżejszej, ale nie mniej skomplikowanej otoczce. Tutaj warto przysiąść i uważnie przeanalizować to, co się dzieje na kadrach, żeby nie ustępować kroku sprytowi Emmy, Normana czy Raya. No i oczywiście żeby im kibicować, bo to bardzo barwna, niejednoznaczna gromadka. Czasami bowiem przyjaciele będą zmuszeni do brudnych zagrań, mówienia kłamstw czy zatajania swoich prawdziwych motywów, których będzie tu bez liku. Bardzo cieszy mnie, że podobna manga została wydana na polskim rynku mimo raczej znikomej popularności czy wiedzy, że taka seria istnieje. A warto, naprawdę. Manga broni się zarówno fabułą, jak i klimatyczną grafiką, dzięki której warto sięgnąć po nią więcej niż raz. Pierwszy, żeby jak najszybciej dowiedzieć się o wszystkim, co tu się dzieje, a drugi (i więcej), żeby zobaczyć, ile się po drodze pominęło i zignorowało. Na kartach zaledwie czterech tomów wydarzyło się bowiem tyle, że niejedna piwnica Erena mogłaby się przy tym schować. Dawno nie było mangi, która tak by mnie wciągnęła już od pierwszych rozdziałów, dlatego jako miłośniczka akcji i kryminałów mówię The Promised Neverland soczyste DAVAI.

Ja tymczasem dziękuję wam za uwagę i odpełzam na bok, bo po czwartym tomie muszę porządnie odchorować znajomość z tytułem (moją ulubioną postać spotkał wyjątkowo tragiczny los). No i ewentualnie czym prędzej zamówić sobie prenumeratę na kolejne, bo ten cliffhanger z końca…

Za wydanie mangi serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

 

~Dziab

PS. Chociaż to późno, zapraszamy serdecznie do wpadnięcia na wrocławski Niucon w dniach 10-12 sierpnia. Darya będzie mieć tam stoisko Bubonerii, jak również poprowadzi panel „Najładniejsze i najgorsze momenty animacji w 2018 roku” (póki co sobota, godz. 20, sala Fantastykaa 2), natomiast Dziab poprowadzi panel „Jak (nie) pisać fanfików” (sobota, godz. 11:00, sala Warsztatowa). Tajemniczo zdradzimy też, że powoli szykujemy się do nowej formy publikowania mangoanimcowych treści, ale o konkretach póki co cicho-sza…

Reklamy

8 komentarzy do “Czemu nie warto oceniać mangi po magazynie – recenzja The Promised Neverland

  1. O, idziecie na youtuba? :)
    Szkoda, że info o konwencie dopiero teraz, dziś już nie pojadę na drugi koniec Polski :(
    A Promised Neverland kojarzę z mnóstwa pochwał i nawet ten słynny plot twist znam i szanuję, ale nie mam ochoty pchać się w kolejny tasiemiec, niechęć do zbierania miliona serii sprawiła, że jestem do tyłu ze wszystkim poza Usagim Yojimbo i Kolekcją Junjiego Ito. Ale te tytuły są specjalne nawet pośród tych najspecjalniejszych.

    Polubienie

  2. Ha, tak jak Robowi, coś mi majaczyło że czytałam gdzieś zarys tej fabuły… w Twoim wydaniu bardziej mi przypomina ciut serię Anny Kańtoch, tę „Tajemnica [czegoś]”. Tylko w ciut innych realiach, no i tu jest aż trójka tych mądrych. (Nie, to pozytywne skojarzenie, serio, po „Tajemnicach” też mam kaca książkowego)

    Kurka, pamiętam że ktoś (już nie pamiętam kto) mi mówił coś bardzo podobnego o Pandora Hearts, że każdy kadr może kryć wskazówkę. Nijak ich tam nie widziałam, może temu w końcu czułam się zagubiona w tym co tam się dzieje (opóźnienia w tłumaczeniach rozdziałów i ogólny brak entuzjazmu nie pomagały w połapaniu się). Mam niejasne wrażenie, że tu by mogło być podobnie niestety. Chyba nie jestem typem czytelnika który zwraca uwagę na nadprogramowe ważne kropki…

    Polubienie

  3. Koło „The Promise Neverland” kręcę się, jak lis z kulawą nogą. W dodatku taki trochę chory na świerzb, bo co raz zaswędzi z innej strony. Ale ta recenzja mnie przekonała i utwierdziła w przekonaniu, że to tytuł dla mnie. Dziękuję za diagnozę, lecę kupić leki. XD

    Polubienie

    • O, cieszę się, że naprowadziłam na dobrą drogę :D A co do kupna to oczywiście najlepiej poczekać na jakąś promocję na Gildii albo Arosie, ewentualnie jakiegoś nieszczęśnika, co stwierdzi, że za dużo ulubionych postaci zostało uszkodzonych i zechce sprzedać mangę XD
      Życzę miłego kurowania się! :*

      Polubienie

  4. czyli ver.1 mama nie jest wcale dobra tylko szkoli dzieci do niecnych czynów lub ewentualnie obiad dla kogoś jeszcze gorszego ;) albo odwrotnie to nasze słodkie dzieciaczki to banda potworów do których tylko strzelać z daleka bo zrobią kęsim kęsim xDD w sumie z opisu jedno i drugie będą możliwe

    Polubienie

      • mam nie jasne wrażenie że już coś podobnego kiedyś oglądałem ;)) nawiasem czy to nie dostanie swojego anime bo wydaje mi się że taki news gdzieś mi mignął w sieci :)

        Polubienie

        • Ten motyw przejawia się całkiem często w różnych wariacjach, także tak być może. W sumie nawet w Owari no Seraph jest podobny wątek, ale jednak można go na różny sposób przedstawić…
          Tak, anime będzie, zapowiedziane jest na styczeń. Aczkolwiek bałam się o nim wspominać, bo odpowiedzialne jest za to studio A-1 Picture pod nieco zmienionym szyldem, a oni mają ostatnio spore problemy z robieniem serii… Więc jak już wyjdzie i okaże się dobre, to pochwalę podwójnie ^^”

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s