Warsaw Comic Con, czyli nowy rozdział historii konwentów

Czas: 1-4 czerwca 2017
Miejsce: Ptak Warsaw Expo, Nadarzyn pod Warszawą
Konwencja: Wycieczkon!

To był weekend inny niż wszystkie. W ten weekend robiła się historia. Lepsza lub gorsza, droższa lub tańsza – trudno było ocenić, jednak Lemurilla nie mogła przegapić takiej okazji, żeby tę tworzącą się na oczach krajowego fandomu opowieści nie ujrzeć na własne oczy! Warsaw Comic Con odbywał się 1-4 czerwca w podwarszawskim Nadarzynie, który splotem komunikacyjnych wydarzeń wciąż jest w drugiej strefie biletowej miasta, więc ktoś uznał za stosowne włączyć go do metropolii przynajmniej z nazwy konwentu. A że szykowała się imprezka co najmniej tak huczna jak Pyrkon, cała dzielna trójca udała się do stolycy, aby między trudami sesji oraz deadline’ów pobawić się na pierwszej imprezie spod szyldu Comic Conu.

DSC_0765
Hale, hale, dzikie hale… Ale mam już plan! Pomalutku, bez pośpiechu, wszystko przejdę sam.

Środa

Dar: Konwent w stolycy, mówili. Będzie blisko, mówili. I tak z naiwną radością wyruszyłam na podbój Warszawy. A nawet poleciałam (wiecie, że lot Wrocław-Warszawa trwa tylko 40 minut i kosztował mnie szalone 17,34 zł??). Oczywiście, wiedziałam, że impreza odbywa się w Nadarzynie i że trzeba się trochę namęczyć z dostaniem się tam, ale rzeczywistość okazała się jednak bardziej kłopotliwa. Już mniejsza o dojazd z lotniska, ale nawet jak ktoś trafił na ostatnią przesiadkę na pętli Aleja Krakowska, to musiał uzbroić się w cierpliwość, by najpierw na autobus poczekać, a potem jeszcze jechać i jechać… Rozumiem, że obiekt prezentował się całkiem atrakcyjnie – dwie obszerne hale oraz teren między nimi zagospodarowana bardzo dobrze, jednak zalety nie przysłaniają problemu z transportem.

Organizatorzy zapewnili przyjezdnym darmowe busy z Warszawy, w czwartek i piątek co godzinę, w sobotę i niedzielę co 15 minut. Znakomity pomysł, jednak w praktyce miał swoje problemy – relacje osób ledwo mieszczących się w pojazdach przyprawiały o dreszcze. Lokalizacja była szczególnie uciążliwa, mając w pamięci, że conplace nie zapewniał noclegu, a znalezienie opłacalnego cenowo hotelu w pobliżu imprezy właściwie nie było możliwe (moja ekipa nocowała w Radziejowicach, 25 km od PTAK Expo). Dodatkowo za parking samochodowy trzeba było dopłacić 20 zł. Cóż… Jako wystawca powiem, że widać było, że to pierwsza edycja konwentu, nawet jak stoi za nią doświadczona na zachodzie marka. Problemy z kontaktem z organizatorami, niedociągnięcia techniczne na hali (takie jak niedziałające w jednym miejscu światło, które naprawiano w czwartek w południe, gdy na hali byli już konwentowicze – behapowiec płakał, jak to widział). Największy problem imprezy było jednak widmo Pyrkonu. Odbywający się zaledwie miesiąc wcześniej poznański konwent jest jedną z najlepiej zorganizowanych imprez na jakich byłam. Mając w pamięci tamtejsze rozwiązania czy miłe szczegóły, wzdychało się trochę na myśl o braku jakieś strefy biznesowej z kanapami i darmową kawą dla wystawców. Ból był o tyle dotkliwy, że nasze stoisko znajdowało się dokładnie naprzeciwko Press Roomu… Cóż, przedstawiciele mediów mieli się dobrze. Jestem świadkiem, widziałam jak sobie chillowali!

DSC_1011
Dary, dary losu! (a w tle także sama Dar).

Narzekanie narzekaniem, jednak Pokemony rozpakowaliśmy bez problemów i nie sposób nie przyznać, że powierzchnia handlowa prezentowała się naprawdę dobrze – profesjonalne boksy, dobre wyposażenie, a i nam poszczęściło się dobrą lokalizacją. Organizatorzy sprowadzili wielu zagranicznych wystawców, dlatego można było uświadczyć sporo niemieckich stoisk. Oprócz tego pojawili się starzy wyjadacze konwentowych portfeli – trochę więcej sklepów z grami, czterech pancernych Jeźdźców Apokalipsy wydawców mangowych, trochę mniej niż zwykle handmade’ów, wszyscy ważniejsi sprzedawcy gadżetów. A wszystkich nas łączyło pytanie: „Co z tą niedzielą w końcu?” [Dziab: A ja myślałam o zdecydowanie bardziej politycznym „Co z tą Polską?”] Ale o tym jeszcze później…

Czwartek

Dziab: Niektórzy ludźmi pracującymi na pełnym etacie są, więc niestety (lub stety) nie mogłam być obecna na miejscu od samego początku konwentu. Nie wiem zatem, jakie pustki panowały o godzinie 10, ale gdy wpadłam o 15 na Bardzo Dziki Nadarzyn, niemal przywitały mnie pustynne krzaczory, toczące się po lekko wyludnionym conplace’ie. Niemal. Bo to wciąż był polski Comic Con, a nie San Diego…

Pierwsze wrażenie nie było jednak takie złe. Kilka dużych hal wraz z rozwieszonymi reklamami sprawiały wrażenie cokolwiek… profesjonalnych. Lekkie schody zaczęły się przy odbiorze biletów, bo raz, że miejsc było kilka, a dwa, że nikt wcześniej nie poinformował ani na stronie, ani na fanpage’u, jak należy kupione wcześniej wejściówki odebrać. I całe szczęście, że zasada „koniec języka za przewodnika” jest niezmiennie aktualna, więc jakoś udało mi się dotrzeć do blaszanej budki, gdzie wymieniłam papierek za numerek… Znaczy, za wejściówkę. Jak już się wiedziało, gdzie podejść, to sprawa była dziecinnie prosta, a kolejek znikąd. Pewnie to przez wzgląd, że to był czwartek, a o godzinie 15 normalni ludzie są albo w szkołach, albo w pracy… Albo jest się mną.

skladak
Ale kratę na pelerynie Dziab miała fajniejszą niż Stefan!

Wróćmy jednak do otrzymanego w kasie pakietu konwentowicza, który przedstawiał się tak biednie, jak to tylko możliwe – dostałam opaskę na nadgarstek, skromny, czterostronicowy plan atrakcji i… siema. To by było na tyle dobrodziejstw Pakietu Silver (nie pytajcie – nie ufałam, że konwent się odbędzie i takie zostały najtańsze). To było mocno słabe i nie dlatego, że nie dostałam milionów monet i gadżetów, które kurzyłyby się na dnie pudełka ze skarbami. Nie – zawiodłam się, ponieważ liczyłam na rozpiskę godną Pyrkonu, z zaznaczeniem każdego stoiska, każdej salki prelekcyjnej i każdego punktu informacyjnego, a dostałam jakiś ogół, który wprowadzał więcej zamętu niż pomagał. Nawet w znalezieniu toalety. Szczególnie w znalezieniu toalety.

Same toalety, jak już wreszcie udało mi się je znaleźć z pomocą Sherlocka-Sandry, były… okej. Ale z innych względów niż się może wydawać. Hale były pod względem łazienek po prostu tragiczne – chyba całe trzy damskie na dwa hangary to nie jest pomysł na robienie imprez masowych. Ale tu organizatorzy (albo właściciele PTAKa) wyszli naprzeciw i zorganizowali kilka zastępów toi-toiów. Dla ludzi, którzy ponad depilację pach i malowania się do cosplayu cenią po prostu szybkie załatwienie potrzeb fizjologicznych, okazał się to system najzupełniej wystarczający. I to nawet w godzinach atrakcyjnego szczytu w sobotę. Natomiast jeśli już ktoś musiał ogarnąć ten strój Harley Quin albo potrzebował bardziej sterylnych warunków, mógł odczekać swoje w kolejce do normalnych łazienkach, bo, jak wspominałam, w ilości minimalnej i takie były.

DSC_0771
Ale jak już się zdarzył jakiś cosplay, to zaprawdę miał tę moc!

Porzućmy jednak fundamenty piramidy Maslowa i idźmy na jej szczyt. Rozrywka. Zabawa. Niczym nieskrępowany fun dla fantastów szerokich horyzontów i zapotrzebowania. Zastanówmy się zatem wspólnie nad tym, co też takiego zacnego oferował Comic Con w czwartek… Yyy… No… Chyba mamy lekki problem. Gry to nie do końca moja wesoła piaskownica, więc hala C, w której skumulowano wszystkie elektroniczne zabawy, nie wydawała mi się specjalnie interesująca (za te myśli miałam potem przeprosić w sobotę…). Została hala D, w której zgromadzeni byli wystawcy oraz wszystko-co-bliżej-nieokreślone-ale-też-nie.

I tak przechadzając się po okolicy trafiłam na salkę, w której wyświetlano Grę o Tron i inne seriale HBO. Niestety, plan nie poinformował mnie wcześniej o podobnych akcjach, więc wkroczenie w połowie randomowego odcinka nie wydawało mi się spełnieniem moich fanowskich marzeń (chociaż jeśli akurat obijaliby twarz Roose’a…). Z innych rozrywek nie umiem sobie przypomnieć absolutnie nic poza szwędaniem się między dobrem kosztującym grube złotówki (a legendarnych pięćsetek wciąż nie posiadam) oraz robieniem za słup telegraficzny przy stoisku Zaprzyjaźnionych Niemców Dar i Spółki.

DSC_0736
Normalnie słyszę w głowie ten głos Shizu mówiącej „Shame! Shame! Czemu nie kupujesz poksów? Shame!”

W cudownej rozpisce wręczonej wraz z opaską próżno było szukać nie tylko tego, co ciekawego można porobić w czwartek, ale nawet nie pokuszono się o zaznaczenie jakichkolwiek atrakcji poza tymi związanymi z aktorami. Owszem, każda sala była opatrzona planem odbywających się w niej paneli, ale rozrzut odległości między pomieszczeniami powodował, że niekoniecznie chciało mi się iść z jednej hali do innej, żeby potwierdzić, że ten panel o Haikyuu to na pewno jest w niedzielę o tej i o tej. Ale o mangowych salkach to jeszcze będzie później mały elaboracik…

W każdym razie lwią część mojego ciężkiego czasu wolnego od pracy poświęciłam na męczeniu nóg przy pokemonowym stoisku, rozmawiając z dawno niewidzianymi duszkami z Wrocławia i obserwując przechadzających się to tu, to tam ludziów. I tu również czekało na post-pyrkonowców ciekawe spostrzeżenie – po hali wystawców maszerowały wcale nie aż tak sporadyczne wycieczki szkolne. Było, nie było, czwartek to 1 czerwca, czyli Dzień Dziecka. Ponadto doszły mnie słuchy, że organizatorzy rozdawali darmowe wejściówki szkołom, co może wiązać się z chęcią podbicia sobie statystyk odnośnie sprzedaży biletów do poziomu właśnie Pyrkonu. Warsaw Comic Con w pewnym momencie reklamował się, że sprzedał 23 248 biletów, co jest skalą dość zastraszającą i mocno zaskakującą jak na zaledwie drugą edycję części growej i pierwszą fantastyki ogólnej. Bo nie oszukujmy się – Nadarzyn to NIE JEST Warszawa i nie każdemu się chciało telepać na kraniec drugiej strefy biletowej, żeby wieczorem musieć z niej wracać, bo nie ma sleeproomów na miejscu. A że w czwartek doszły mnie niepokojące słuchy odnośnie dantejskich scen w darmowych busów, dlatego zdecydowałam się na znaną mi komunikację miejską, aby oszczędzić ugniatania jelit przez osoby postronne. A którą to wracałam półtorej godziny. Nie rekompensowało mi to zupełnie faktu, że mogłam położyć się we własnym wyrku, a co dopiero mówić o przyjezdnych?

DSC_1074
Elyta polskiego komiksu czyli Dranka i Kobieta-Ślimak.

Wracając do mojego stanowiska czujki – jak już wspomniałam przy okazji stękania na plan, musiałam błąkać się kilkanaście minut po hali pełnej otwartych salek skrzyżowanych ze stoiskami, zanim zdołałam odszukać zagłębie Pokemonów. Kiedy wreszcie udało mi się spostrzec szwadrony żądnych przygarnięcia Pikachu (a tak serio to nie), na miejscu przywitała mnie trójka dziewcząt pod okiem dwójki Niemców, którzy dwoili się i troili, aby przyciągnąć do zakupów sporadycznie mijających ich stoisko ludzi, ale… nie było dobrze. Dameda. Zen zen dameda.

Darya: 20k ludzia mówili. Będzie zysk mówili. Niestety… Nie powiedziano nam o wycieczkonie. Bo owszem, frekwencja się zgadzała, ale… Stoisko to takie znakomite miejsce, by wybadać przekrój uczestników. I tutaj zjawisko niezwykłe: nigdy nie widziałam tylu normalnych ludzi na konwencie. Mam tu na myśli nie-geeków, ludzi prowadzących życie poza internet… Ogólnie – niezainteresowanych wybitnie popkulturą. Wycieczki szkolne oraz rodziny z małymi dziećmi stanowiły niezwykle duży procent uczestników. Już mniejsza o to, że dla wystawców nie są to akurat najbardziej pożądani klienci (och, posłuchalibyście, co ludzie z Waneko opowiadali o cudownym utargu i niesamowitym ruchu przy swoim stoisku…). Taka demografia konwentu mocno daje do myślenia, dla kogo w ogóle Comicon został zorganizowany… Ale o tym będzie też później.

Główny wniosek po czwartku okazał się taki, że nikomu nie był on do szczęścia potrzebny. Jak widać, organizatorzy szybko to podłapali, bo druga edycja Comic Conu, będzie już trzydniowa. I dobrze. A teraz lecimy do kolejnego pełnego wrażeń dnia!

Piątek

Dziab: Runda druga walki między mną a Comic Conem rozpoczęta! Na miejscu byłam o 14 i już na wstępie udało mi się zauważyć pewną poprawę w gęstości zaludnienia hali. Astrologowie przewidywali, że populacja konwentowiczów zwiększy się i azaliż tak właśnie się stało. Mimo to wciąż przeważały rodzinki z dziećmi oraz wycieczki szkolne przedziału podstawówka/gimnazjum. Słowem, czy raczej dwoma – normalni ludzie. Dar zrobiła bardzo słuszną uwagę, na temat tego jak rozpoznać fana od człowieka: typowy konwentowicz po usłyszeniu ceny 80 zł za pokemonową maskotkę odchodził z miną „Czemu nie mam więcej piniądza… Ale jeszcze zobaczycie. Kiedyś wrócę i wykupię wam całe stoisko!”, podczas gdy Szary Człowiek (nie mylić z Szarym Robakiem) patrzył, a wyraz jego twarzy mówił „Wtf, zdzierstwo, kto to kupi”.

DSC_0929
Deadpool sprawdza stan konta i liczy, czy starczy mu miesiąca do końca pieniędzy (a to akurat drugi czerwca był).

Tymczasem wraz z przyjazdem na konwent zostałam porwana przez Dar, która akuratnie rozpoczynała swoją upragnioną przerwę w niewo… znaczy, w pracy. Ruszyłyśmy zwiedzać konwent. Niezbadane prądy ludzkich ciał już wkrótce zagnały nas do niewielkiej kanciapki, w której stacjonowały nasze sempajki z czasów świetności devianarta i utalentowane polskie rysowniczki, czyli Megan-Uosiu i Razuri. A tak właściwie to tylko pierwsza z nich, ale o tym za chwileczkę.

Ilość ślicznego dobra nas przytłoczyła, a o przyspieszone bicie serduszka przyprawił nad zin z Jurkowymi fanartami od Razuri oraz Ulvar, którego na swoje nieszczęście nie udało mi się zamówić przy okazji grudniowych preorderów. Ale wtedy, na tym nieszczęsnym konwencie, któremu tak wiele mogłam zarzucić, wreszcie mogłam z dumą zakrzyknąć „shut up and take my money!”, dzięki czemu zyskałam kompleksowy poradnik do pisania kolejnych fanfików (kufufufu, tyle zacnych scen w mojej głowie, kufufufu…). A jak się jeszcze dorwałyśmy do plakatów, pocztówek i przypinek, to było praktycznie po nas… No był mangowiec i nie ma mangowca. A w dodatku przyczyniłyśmy się do wsparcia polskiej sztuki, przynosząc Megan wodę do akwarelek.

DSC_1015.jpg
Uosie… To znaczy – Megan-Uosiu w naturalnym środowisku pracy.

No ale jak już się widzi takiego podziwianego artystę, to jak tu nie zagadać? I tak upłynęło nam kilkanaście minut na rozmowie z Megan-Uosiu, z którą podyskutowałyśmy o poziomie polskich i zagramanicznych konwentów, jak również o stanie naszego rodzimego fandomu. No i niestety przykro nam było słyszeć, że mało kto zapuszczał się w rejony tamtego stoiska, ponieważ było diabelnie dobrze ukryte w salce, która nie miała z zewnątrz żadnej informacji na temat tego, co znajduje się w środeczku. Czy wewnątrz gryzą, biją, rabują i czy w ogóle można tam wchodzić – znikąd nadziei, a nasza Wspaniała Mapka™ również nie mówiła w tej kwestii absolutnie nic. W połączeniu z bliźniaczo podobnymi do siebie alejkami mamy rezultat w postaci smutnych, samotnych, zapomnianych przez Boga i ludzi artystów. Z tego też powodu Razuri musiała wyemigrować na Zachód na halę wystawców, gdzie dołączyła do innego stoiska, żeby móc poprawnie zarobić na chleb i markery.

Ale to nie koniec kopów w tyłek, jakie życie serwuje rysownikom. Ludu Duloc! Dlaczego nie umiecie w komplementy? Dlaczego nie chwalicie kogoś za kawał fajnej pracy, jaką odwala? Przecież dzięki prostym, miłym słowom życie innego ludzia może stać się piękniejsze. Co wam szkodzi? Nie musicie od razu brać kredytu na dwadzieścia lat. Po prostu zauważcie twórców. Byle lajk czy zdanie komentarza to już coś! Aczkolwiek jak Megan nam opowiedziała o sytuacji na konwentach w innych krajach, kiedy jednego dnia obcy człowiek kupuje jeden tomik ze szkicami, żeby następnego dnia wrócić i wykupić wszystko, co się rusza co jest twojego autorstwa i jeszcze przynieść autorce fanarty z jej OCkami, no to jakoś tak się łyso robi. Patrząc na ilość znakomitych rysowników okołomangowych, jacy wyrośli w kraju nad Wisłą, chciałoby się, aby byli bardziej doceniani!

DSC_1019.jpg
Panie, kup pan plakacik! Albo trzydzieści! Przecież masz pan jeszcze pusty sufit w łazience do obklejenia…

Nie do końca podniesione na duchu skoczyłyśmy jeszcze na równie strasznie ukryte stoisko Q workshop, gdzie Verbena podzieliła się z nami bardzo podobnymi spostrzeżeniami odnośnie, a potem czas nam było wracać na naszą pokemonową Dolinę Krzemową, gdzie trzeba było łupać piniądz. No co? Ja też dzielnie udawałam, że coś kupuję! I tak aż do samego wieczora, w oczekiwaniu lepsze czasy…

Sobota

Dziab: Kluczowa część konwentu i dzień, na który wszyscy czekali. Łącznie ze sprzedawcami. Zanim jednak obudziłyśmy nasze wewnętrzne rekiny biznesu, razem z Dar chwilowo umknęłyśmy sprzed oczu Bulbazaurów, Totoro i Niemców, żeby od 10 znów wykorzystać przerwę na uważne zwiedzanie hali C (bo co innego przyszło robić).

I okazało się to strzałem w dziesiątkę. Część poświęcona grom dla mnie, laika, okazała się czymś miłym, świeżym, nowym, niczym moje własne małe El Dorado. Mogłam spróbować wielu gier i gadżetów, na które nigdy nie będzie mnie stać (nawet jeśli nie finansowo, to psychicznie nie wyrobię, żeby kupić sobie konsolę za kilka tysi).

DSC_0865.jpg
Tatusiowe kiedyś kupowali dla synów kolejki, a teraz synowie szusują po drogach Hot Wheelsami.

Dwukrotnie spróbowałyśmy zabawy z goglami VR. W pierwszej kolejności grałyśmy w coś w rodzaju wirtualnej jengi na stanowisku dev4play. „Gra”, będąca w założeniu wieżą dużych klocków do przestawiania, nie porażała stopniem skomplikowania, ale nadawała się wprost idealnie dla dwóch nieogarów, dla których było to absolutnie świeże doświadczenie. Szczególnie, że zadanie wciąż nie należało do prostych, zważywszy na to, że była sobota rano po jakichś trzech niedospanych nocach. Ręce trzęsły nam się jak w pierwszorzędnej delirce, dlatego w sumie nie zdziwiła nas informacja, że większość ludzi odnajdywała największą radochę w rozwalaniu wszystkiego, co wpadło w wirtualne ręce.

Potem nasze kroki skierowałyśmy do stoiska Kentoo games, które poleciła mi Kasia ze Ślepaków. Gra polegała na lepieniu śnieżek i nokautowaniu nimi człapiących w naszą stronę pingwinów, które chciały się przedrzeć do znajdującej się za naszymi plecami bramy. Jakkolwiek sprawa z opisu wydaje się trywialnie prosta i nudna, wcale taka nie była. Oj, nie była… Potrafiło być za to całkiem frustrująco, kiedy mimo usilnych starań trafienie w pingwina graniczyło z pewnym cudem. Tutaj nie wystarczy wyczucie myszki czy klawiatury, ale trzeba się fizycznie postarać i zapanować nad ciałem, które po godzinach pisania notek i fików nie jest takie jak za młodu… Z pomocą przyszły jednak dodatkowe itemki, czyli ryby do odciągania uwagi ptasiorów oraz dynamit (raz na minutę) do robienia miejscowej rozpierduchy. Dobrą metodą było również rzucanie po ziemi większych śnieżek, które rosły aż do rozmiarów kuli rodem z Indiany Jonesa i porywały człapiące doliną pingwiniątka. Jak już się załapało zasadę poruszania kontrolerami (wielu graczy opuszczało dłonie zbyt nisko w zaspę do nabierania śniegu, przez co gra się bugowała, odmawiając posłuszeństwa przy lepieniu śnieżek), wszystko szło mega przyjemnie i wprost ciężko się było pogodzić, gdy po dwóch próbach nadchodził koniec.

IMG_20170603_120048
Dar stanowiła idealny obiekt testowy. Trzeba by ją wkręcić do produkcji Portala 3.

Akapitem prawie-dygresji – pewnie na Pyrkonie strefa gier wygląda podobnie, a może nawet lepiej, ale wyjątkowo w przypadku Comic Conu jego wada stanowiła jednocześnie zaletę – mało ludzi. Nie, nie totalne pustki, ale czymże były trzyosobowe kolejki wobec możliwości pogrania na trzęsącej się, samochodowej konsoli na stanowisku gram.pl? No właśnie. Btw, tak jak zawsze unikam jazdy w zimowych warunkach (si, mam prawko), tak na tej konsoli wreszcie zrozumiałam, czemu tak jest. Zwyobracało mną jak diabli i trafiałam w krzaki i bandy tak często, że w rzeczywistości nie zostałoby ze mnie więcej blachy niż po puszce sardynek (tudzież tak naprawdę jestem zaginioną siostrą Patricka Chana). I dlatego ekstra, że była to wyłącznie realistyczna fikcja, bo dzięki temu żaden zwierzak, człowiek ani transformers nie ucierpiał przy tworzeniu tej recenzji.

Ale ciekawe jak by to było przenieść na takie coś Need for Speed…

IMG_20170603_105520
Dar (bez prawka) preferowała tempo emeryckie. Ale dojechała!

To jednak nie był koniec naszych włajaży po elektronicznych zabawkach. Zaraz potem natknęłyśmy się na elektryczne deski oraz hulajnogi, które nie dość, że bardzo są ostatnio w modzie, to jeszcze wydają się istnym spełnieniem marzeń dla leniuszków takich jak ja (Dar lubi chodzić, więc nie wiem, czemu się na to napaliła). Jazda na desce mimo pomocy przesympatycznego pana ze stoiska Nelro Data była naprawdę trudna. Jak już się człowiek zaczynał bujać i tracić równowagę, to nawet nie wiadomo było w którą stronę naciskać i gdzie właściwie lecieć na pysk, żeby nie zostać oskarżonym o katastrofę w ruchu lądowym. Po pewnym czasie udało się jednak jeździć na tyle prosto, że na polecenie „a teraz patrzymy przed siebie”, czułam się prawie tak dumnie jak Katniss jadąca na płonącym rydwanie. Tylko że zamiast płomieni były ledowe lampeczki.

Jaki kraj, takie Igrzyska Śmierci.

IMG_20170603_111101
Hulajnoga, hulajdeska, hulaj dusza!

Darya: GoodGames, które stanowiło imprezę w imprezie, w ogóle prezentowało się znacznie lepiej niż pozostała część konwentu. Odbywało się w tym miejscu już po raz drugi i może to kwestia doświadczenia i tego, że obie z Dziab jesteśmy growymi laikami [Dziab: No dobra, nie jestem aż takim laikiem, jednak moja wiedza jest już mocno przestarzała], ale dla nas wydawał się wielkim placem zabaw. Na hali odbywały się także liczne, żywiołowo komentowane turnieje e-sportowe, wiele konkursów dla uczestników (z jednego, związanego z Grą o Tron, Dziab zdobyła smoczą figurkę, a ja w ramach pocieszenia smoczy breloczek) i, jak widzieliście wyżej, masę gier, które można było samemu wytestować.

W tym miejscu mogę pochwalić także strefę między halami. Z jednej strony ustawiona była bardzo bogata strefa z fastfoodem, gdzie znaleźć można było wszystko, od belgijskich frytek po czekoladowe kebaby, a w innym miejscu ustawiono pojazdy z różnych filmów i seriali, przy których dało się porobić zdjęcia – niezwykle wciągająca zabawa. Niedaleko znajdował się także McDonald i gdyby nie niedobór porządnych toalet i, rzecz jasna, lokalizacja, można by rzec, że conplace sprawdził się idealnie… Choć problem stanowiły sale panelowe. Raz, że nie najlepiej opisane, dwa, że przez swoje położenie na hali często były zagłuszane przez dźwięki z zewnątrz, a trzy, że za małe na największe atrakcje. Jednak jak zwykle najgorzej mieli….

…mangowcy. To nie tak, że chcę zrobić z naszego grajdołka męczenników fandomów [Dziab: Myśmy są Winkelriedem narodów!], choć cierpienie za milijony zawsze dobrze się w Polsce sprzedawało. Po prostu wrócił problem Pyrkonów sprzed kilku lat i atrakcje mangowe potraktowano jednak po macoszemu. Rozumiem, że nie musimy być na świeczniku ani rdzeniem imprezy, jednak w sytuacji, gdy panelówki mangowe są w gorszej lokalizacji niż sala My Little Pony, po prostu boli. Sale położone zaraz przy głównej scenie, na której odbywały się koncerty, regularnie były zagłuszane. Pojawił się również problem z nagłośnieniem, w konkursie z openingów i endingów trzeba było uczestniczyć z uchem przyklejonym do głośnika i w ogóle trudno było w ogóle znaleźć drogę do sal mangowych, położonych hen daleko od innych panelówek. Same atrakcje miały różny poziom – jak zwykle z wszystkich prelekcji Duo wychodziło się zadowolonym, jednak taki panel o Haikyu!! (o tym za chwilę) zgarnął bardzo słabe opinie….

DSC_0945
Kiedy panele nie poprawiały nastroju, zawsze można było liczyć na jeżdżący na wózku Szwadron Śmiechu.

Dziab: Aż wreszcie nadszedł długo oczekiwany punkt programu soboty (a potem również niedzieli). Spotkania z aktorami Gry o Tron. Wybaczcie mi fani Teen Wolfa, 300 oraz innych seriali – to wszystko przez to, że oglądam jedynie dwie aktorskie produkcje, właśnie GoTa oraz Sherlocka. Cała reszta mojego świata to chińskie bajki i jeszcze nie dorosłam do pewnego poziomu popkultury dla zaawansowanych.

Ale wracając do meritum – panele z aktorami miały charakter Q&A, w którym to pytania zadawali zgromadzeni na sali, żądnych dowiedzenia się więcej niż wie Jon Snow (a on przecież nic nie wie) konwentowicze. W sobotę ekipę GoTu reprezentowali Carice van Houten (grająca Melisandre) oraz Hafthor Julius Bjornsson (w roli Góry), natomiast w niedzielę czerwoną kapłankę zmienił Alfie Allen (czyli pamiętny Theon Greyjoy).

I już tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt tych spotkań – brak zapowiadanego niemal od samego początku Charlesa Dance’a, który dla mnie stanowił naprawdę nie lada zachętę, żeby w ogóle na Comic Con przybyć. Niestety, tuż po skończeniu sobotniej atrakcji nikt z prowadzących nawet nie zająknął się na ten temat, że kluczowa gwiazda konwentu się zwyczajnie nie pojawi. Null. Nada. Zupełnie zignorowano sprawę. Owszem, w tym samym czasie na fejsie pojawiła się krótki, opatrzony uśmieszkiem post powiadamiający o nieobecności gwiazdy, jednak zabrakło mi tej samej informacji na konwencie, gdzie zgromadzeni byli przecież najbardziej zainteresowani. Poza tym niektóre rozwieszone po halach plakaty wciąż opatrzone były nazwiskiem aktora grającego Tywina Lannistera. Nawet komórkowy plan (tak, taki też był, ale bezużyteczny, bo nie był aktualny względem atrakcji odbywających się na scenach) nie uległ najmniejszej korekcie. Nie umiem powiedzieć, co zaszło, kto nie dopełnił umowy i jak to w ogóle było. Wiem jedynie, że organizatorzy postanowili to trochę przemilczeć i liczyć, że nikt nie zwróci uwagi. Oczywiście podejrzewam, że gdyby nawet głośno za to przeprosili, to wciąż narzekalibyśmy, że w takim razie powinni zwracać za bilety, ale jednak sumienie byłoby takie… czystsze?

W każdym razie same spotkania były bardzo przyjemne i miło było zetknąć się na żywo z zagranicznymi aktorami ulubionego serialu. Szczególnie pozytywne wrażenie wywarła na mnie Carice – promieniowała taką dobrą energią, ale i klasą. Fajnie wymieszana dawka profesjonalizmu  i luzu. To było na swój sposób słodkie, kiedy musiała się jakoś wykpić z pytania „jak to jest całować się z Kitem Harringtonem?”, na co aktorka po długiej pauzie i dwudziestu minach powiedziała wyraźnie teatralnym głosem: „It was niiiice”. A potem dorzuciła, że jej mama, która ogląda serial, mówiła jej, że bardzo chciała być na miejscu córy. Pozazdrościć relacji rodzinnych!

A, no i ciekawa sprawa – w scenie z Melisandre-staruszką to ciągle była Carice. Do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że to był ktoś inny, ale nie. To wszystko cuda charakteryzacji (sześciogodzinnej, trzeba nadmienić).

IMG_20170603_154746.jpg
Góra, Która Paczy.

Z drugiej strony Alfie, czyli serialowy Theon, wydawał się na żywo o wiele mniej urokliwy i dość… chaotyczny – a mówimy tu o gościu, który gra zmaltretowanego, wynędzniałego przez tortury face… fac… no, biedaka. Sprawiał wrażenie, jakby nie do końca wiedział, co tu w tej Warszawie robi (łączę się w bólu) i co ma mówić. Naprawdę, ja wiem, że go zapowiedziano na dwa dni przed konwentem, ale czy go siłą z tego planu wytargano i pakowano do samolotu, że taki niezorientowany był? Potrafił oczywiście świetnie rozbawić publiczność i miał całkiem cięte riposty, ale sposób, w jaki siedział i przygryzał paznokcie – no nie oczarował mnie.

A Góra, ach, biedny Góra… Chociaż występował dwukrotnie, dostał jednocześnie najmniej pytań (licząc łącznie). Na pewno było to związane z faktem, że towarzyszył o wiele ważniejszym aktorom, ale pewnie równie mocno onieśmielała jego naprawdę solidna aparycja (i problemy z mówieniem wynikające z jakiejś drobnej wady oraz islandzkiego pochodzenia). Bo wiecie, on naprawdę w każdej scenie występuje w ciężkiej zbroi na pełnym słoneczku. To nie są żadni podstawiani goście – on tam serio jest zapuszkowany, nawet jak nic nie mówi.

Mimo to jeśli już ktoś odważył się na jakieś pytanie do Hafthora, to często wiązały się z walką na ręce lub przytuleniem pytającego gagadka. Wciąż słyszę ten bezsilny zgrzyt zębów ochrony, oj, słyszę do dziś. Nie, żeby Góra nie poradził sobie sam z ewentualnymi zamachowcami, ale gdyby w ogóle ktoś skorzystał z okazji… Brrr. Shame. Shame. Shame.

Oczywiście nie padły żadne informacje na temat nadchodzącego sezonu (aktorzy składali przysięgę chyba nie mniej wiążącą niż ta Nocnej Straży) poza tym, że będziemy zaskoczeni. No ale to Gra o Tron. Nawet jeśli będziemy zaskoczeni, ale słabością fabuły, to wciąż cel zostanie osiągnięty.

Shizuru: Chciałam napisać coś więcej od siebie, ale dziewczyny powiedziały do tej pory chyba wszystko, co chciałam… Dlatego skupię się gali cosplayu, który stanowił mimo wszystko jeden z najważniejszych punktów całej imprezy. Konkurs rozpoczął się o godzinie 17 i miał trwać 2 godziny, ale pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że starą, góralską tradycją zaliczył obsuwę. Ale tylko taką 15-minutową [Dziab: Istny kwadrans akademicki, no, no…], więc nie było źle. Gala odbywała się na w pełni profesjonalnej scenie, przed którą ustawiono dla widzów wcale wygodne krzesła więc komfort oglądania był niezły. Wraz z Dziabem przybyłyśmy na miejsce prawie na styk, a i tak udało nam się dostać dobre miejsca. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie oświetlenie, a właściwie jego brak. Na halach panował… Powiedzmy, że romantyczny półmrok, ale ja ciągle miałam wrażenie jakby wszystko miało się zaraz skończyć. Słabe oświetlenie stanowiło nie lada problem w trakcie robienia zdjęć, choć organizatorzy twierdzili, że to efekt zamierzony i całkowicie kontrolowany.

DSC_0861
Wojownicy o wygraną w cosplayu naprawdę nie brali jeńców…

Wracając do cosplayu – jego prowadzącym był Jakub Ćwiek, człowiek znany w fandomie i poza nim, a który to prowadzi również od wielu lat Maskaradę na Pyrkonie. Bardzo podobał mi się sposób prezentacji uczestników, wszystkie anegdotki i interakcje z publicznością, dzięki czemu nie sposób było nie zauważyć, że prowadzący zjadł już zęby na podobnych imprezach. Jury naprawdę znało się na rzeczy; siedzące w nim osoby można spokojnie określić mianem profesjonalnych cosplayerek, plus do ekipy czysto fandomowej dołączyła jeszcze jedna pani z ramienia stacji TLC, która to była sponsorem głównej nagrody.

Poziom strojów był naprawdę bardzo wysoki, scenki w większości interesujące i zróżnicowane (oprócz dwóch dziewczyn, które nie dość, że zrobiły ten sam strój z Wieśka, to jeszcze zaprezentowały autentycznie identyczną scenkę). Gama strojów była naprawdę zróżnicowana: od strojów z gier z uniwersum Wiedźmina, przez cosplaye z LoLa, Warhammera 40.000, Star Wars, Toy Story, Zeldy i wielu, wielu innych serii po projekty własne. Niestety, fandom mangowy nie doczekał się swojej reprezentacji, przynajmniej dopóki siedziałam na sali. Musiałam wyjść przed końcem atrakcji, ponieważ konkurs się przedłużył, a ja musiałam niczym Kopciuszek wracać z zabawy do ciężkiej pracy na stoisku. Na szczęścia wyniki wraz ze zdjęciami ukazały się całkiem szybko na fanpage’u Comic Conu. To bardzo, bardzo wygodne rozwiązanie, a szkoda, że nie wszystkie konwenty to robią.

Dziab: I tak minął poranek i wieczór dnia trzeciego…

DSC_1081
Trzeba było użyć dużo pokładów mocy, aby przetrwać do końca Comic Conu.

Niedziela

Dziab: Po trzech dniach konwentowania człowiek, dla którego największym ruchem w ciągu doby jest przesuwanie myszką po blacie biurka, powinien umierać na stojąco [A przypominam, że niektórzy wystawcy przeżywali już dzień piąty – dop. Dar]. Mimo to w przypływie ułańskiej fantazji, depresji związanej z kończącym się weekendem i odrobiny zaćmienia umysłowego zaryzykowałam zabawę na Just Dance!, czyli grze tanecznej, która polega za jak najdokładniejszym odtwarzaniu ruchu gibającej się na ekranie postaci, aby kontroler ruchu przyznał nam punkty. Kto się na to porwał? Dziab, który jak nie siedzi, to pisze, a jak siedzi, to też pisze. Dziab, który przez ostatnie pół roku osiągnął wyżyny lenistwa…

I Dziab… Bawił się zarąbiście! Nawet jeśli talentu we mnie mniej niż mało, a ręce mam tak długie, że czasami zdarzyło mi się o kogoś zahaczyć (bardzo, bardzo, barrrrdzo przepraszam), nie mogłam się wprost powstrzymać przed włączeniem się do kolejnego tańca. I jeszcze jednego. I jeszcze jednego. Gdyby nie słaba kondycja, to na pewno jeszcze trochę bym poszalała, szczególnie że boli mnie przegapienie „Hips don’t lie” Shakiry (za to najlepiej bawiłam się przy starym jak świat „Dragostea Din Tei” grupy O-Zone). Konsola miała tę wadę, że przy sześciu tańczących osobach robiło się naprawdę ciasno i troszkę niebezpiecznie. Cztery to był przyjemny maks. Dar dała się skusić na jeden taniec, ale potem z braku towarzystwa sama musiałam wpadać na halę C przy każdej możliwej okazji, żeby jeszcze trochę się pobawić, skoro była to jedyna taka okazja. Ale jak już kiedyś się dorobię tego własnego mieszkania… To kto wie, może poważnie zastanowię się nad czymś w tym rodzaju.

DSC_0896
Raz, dwa, lewa! Raz, dwa, lewa! Idzie sobie żooołnierz i piosenkę śpiewa~

Shizuru: Wpadłam jeszcze powiedzieć tylko parę słów o panelu z Haikyuu!!. Była to rzecz, na która bardzo, bardzo, barrrdzo czekałam. Panel miał zająć 2 godziny, ale trwał jakoś połowę krócej. Na początku zjawił się Duo, który przeprosił za brak prelegentki, która była bodajże w toalecie. Potem oznajmił, że panel raczej nie zajmie przewidzianych dwóch godzin, bo prowadząca prosiła o mniej czasu antenowego i ogólnie nie miała rozpisanej tej atrakcji na tak wiele minut, po czym zagaił rozmowę o serii (która, nomen omen, była naprawdę sympatyczna, ale to przecież Duo). Już chwilę później przyszła właściwa prelegentka, która powiedziała, że z uwagi na autobusy i problemy z transportem ma tak naprawdę jakieś pół godziny na atrakcję. Stanęło więc na tym, że nie opłaca się prowadzić normalnego panelu, który miała przygotowany, bo nie zdąży, więc „może po prostu sobie pogadamy”. I „może” jeszcze by to uszło, gdyby chociaż było ją i uczestników słychać… Ale nie było. Nie dość, że prowadząca mówiła cicho, to jeszcze wszystko zagłuszały próby koncertowe. Wyszłam więc bardzo zawiedziona po zaledwie 15 minutach.

Jak to mówią – chcesz wziąć udział w jakimś panelu, to sobie sam go zrób.

DSC_0973
Aż wreszcie konwentu nadszedł kres i trzeba było pakować manatki do swojego batmobila.

Podsumowanie

Dla kogo to był konwent?

Darya: Właśnie. Pytanie podstawowe. Fundamentalne wręcz.

Często porównuje się Pyrkon z Comic Conem czy nazywa wręcz ten pierwszy „polskim Comic Conem”, jednak po przeżyciu obu imprez widzę przede wszystkim różnice. Zgadza się, że w obu przypadkach mamy do czynienia z targami na ponad 20 tysięcy ludzi, gdzie zapraszani są goście, spotkać można licznych wystawców, odbywają się panele tematyczne oraz wiele, wiele atrakcji powiązanych elementem popkultury: fantastyki, gier (planszowych i komputerowych), mangi, komiksu zachodniego, seriali… A jednak klimat obu konwentów różnił się od siebie diametralnie.

Pyrkon to konwent z wieloletnią tradycją, dobrze znana marka, zaczynająca się w szkołach, a zakończona latami ciężkiej pracy sukcesem jaki możemy zaobserwować co roku na wiosnę w Poznaniu. Nawet jeśli obecnie jest to impreza komercjalna, duch pracy „od fanów dla fanów” nie zniknął jeszcze, a Ziemniakon stanowi jasny punkt w kalendarzu wszystkich polskich geeków. W pewnym momencie każdy musiał się określić czy w tym roku jedzie czy nie, a nawet jeśli nie pojawiło się osobiście w Poznaniu, wszyscy trochę żyliśmy tamtejszymi wydarzeniami.

Za to Comicon przeszedł praktycznie bez echa wśród środowiska geekowskiego. Mimo tak ogromnej frekwencji, spotkanych znajomych mogę policzyć na palcach, a i tak głównie były to osoby pracujące na stoiskach (Kotki z Waneko), zajmujące się panelami (cześć Duo!) oraz Dziab (psujesz mi statystyki :/) [Dziab: Nie moja wina. Uznaj mnie za media.]. Pierwotnie amerykańskie Comic Cony były konwentami dla komiksiarzy i do teraz panuje przekonanie, że powinny to być imprezy, gdzie komiks odgrywa główną rolę (nawet jeśli najsłynniejszy Comic Con, ten w San Diego, oczekiwany jest przede wszystkim ze względu na newsy filmowe oraz serialowe). Nikt mi nie powie, że tutaj komiksy zajmowały jakąś zaszczytną rolę. W sumie naczelny konwent komiksowy Polski to niepodważalnie łódzki MFKiG i nikomu tutaj nawet nie śniła się próba konkurowania o ten tytuł. Fantastyka? Były jakieś panele, spotkania, poustawiane smoki i nawet lembasy do kupienia, ale dużo, dużo, dużo za mało stoisk z książkami. Nie, klasycznej fantastyki nie uświadczono. Mangowcy? Jak już pisałam – nas nikt nie kocha. Jesteśmy złem koniecznym na takich imprezach. Gry i e-sport? Trochę. GoodGames wyglądało naprawdę porządnie. Moja wiedza o środowisku graczy jest dość skromna, trudno mi orzec jak konwent spełnił ich oczekiwania. Mimo to pozwolę sobie oddzielić trochę GG od Comic Conu, bo przecież w zamyśle twórców, nie samymi grami ludzie żyją… Czyli czym, popkulturą? I chyba ta odpowiedź jest najbliższa. Popkultura uznawana za pewne mainstreamowe tytuły i seriale, Gwiezdne Wojny i Gra o Tron. Tutaj właściwie Comic Con mógłby znaleźć swoją niszę i widownię. W końcu nawet na tę edycję, skromną jeszcze, przybyły całkiem dobre gwiazdy, ale wciąż liczymy na więcej, prawda? Tylko… Wciąż moje pytanie brzmi: dla kogo był ten konwent?

Jak pisałam wcześniej, bardzo zaskoczyła mnie demografia imprezy. Rodziny z małymi dziećmi, wycieczki szkolne, mało ludzi naprawdę wkręconych w temat (co widać choćby po niskim procencie cosplayerów). Comic Con reklamujący się bardzo szeroko, nawet na Dworcu Głównym w Warszawie, celuje jak widać w normalnego człowieka, czy raczej normalnego Warszawiaka, który szuka pomysłu na spędzenie jednego dnia. Albo dla rodzin, które chcą jakoś zająć czas dzieciom i dochodzą do wniosku, że popkultura jest powiązana z rozrywką, więc czemu nie? W dodatku te wycieczki szkolne – mimo wszystko uważam sam pomysł za niezły, jednak nie w formie „puśćmy dzieciaki samopas”.

Wyobraźcie sobie porządnie zabranie się za sprawę, wymyślenie dla tych wycieczek jakiegoś planu zwiedzania, specjalne panele, gdzie mogłyby nauczyć się podstaw o popkulturze – czemu nie wolno mylić DC i Marvela, jakie są najważniejsze tytuły dla fantastyki, co to w ogóle ta manga, jaki jest aktualny stan rozwoju technologii w branży gier, dlaczego elfy to pedały… W obecnej formie boję się, że nieprzekonana do kultury geekowskiej młodzież może utrwalić się w przekonaniu, że nasze środowisko jest trochę dziwne i nudne, co zwiększone jest presją utrzymania wśród rówieśników swojego statusu. A przecież każdy ma jakąś mniejszą czy większą styczność z popkulturą, a im więcej coś rozumiemy, tym większą możemy czerpać z tego radość. Element edukacyjny Comic Conu mógłby być niesamowicie przydatną inicjatywą. Oczywiście o ile nie będzie polegał na leniwym dostarczeniu szkołom biletów i nienadzorowaniu uczniów, którzy mogliby wynieść z tego coś więcej.

W przypadku rodzin z dziećmi nie mam tak silnych wątpliwości – konwent miał sporo atrakcji dla młodego człowieka, od wystawy Lego poprzez liczne gry, na strefach z rysowaniem czy grami planszowymi kończąc. Choć mam jakąś cichą nadzieję, że w towarzystwie rodziny dzieciak może na takiej imprezie mieć pierwszą styczność z popkulturą i oswoić się z „naszym światem”, martwi mnie postrzeganie Comic Conu oraz całej otoczki geekowskiej jako czegoś infantylnego, z czego powinno się wyrosnąć. Możliwe, że przesadzam w tym momencie, ale powiedzcie – czy nie podzielacie tych lęków przed zaszufladkowanej waszego hobby lub pasji jako „zabawy dla dzieci”?

Na koniec wspomnę jeszcze o żalu, że oto mamy sporą, bardzo sporą imprezę popkulturalną, gdzie duch fandomów tylko puka do okna. Często wspominam przy relacjach z konwentów, że „socjal był dobry”. Tutaj nie mam jak o tym wspomnieć. Raz, że na tak szaloną ilość uczestników liczba znajomych okazała się ostatecznie minimalna. Dwa, że sam konwent nie do końca sprzyjał integracji. Choć sam obiekt chwalę, brakowało jakieś trawki, pustego miejsca, strefy, gdzie po prostu można by usiąść wśród ludzi i wplątać się w dzikie dyskusje o tyłkach animowanych łyżwiarzy albo zagrać w improwizowaną mafię. Trzy – nawet takie szczegóły jak brak identów dla zwykłych uczestników, a dla osób funkcyjnych (wystawcy, media, goście itp) były identy, owszem, ale bez miejsca na wpisanie nicku, świadczyły o tym, że w zamyśle imprezy nie była chęć zapoznawania ze sobą potencjalnych, nowych znajomych. Cztery to rzecz jasna brak noclegu, czegoś tak nieodzownego na imprezach geekowskich, że stanowi niemal odrębną atrakcję, od razu pokazywała, że to inny typ konwentu, nie nastawionego na osoby spoza Warszawy, którzy chcieliby spędzić na imprezie więcej niż dzień.

I tak zostaje ze mną takie swędzące uczucie, że oto impreza reklamująca się czymś tak bliskim mojemu życiu, tak dla mnie osobiście ważnym jak popkultura, funkcjonuje trochę obok naszego środowiska. Jakby ktoś obcy opowiadał komuś nieznającemu się na temacie o czymś dotyczącym mnie osobiście, a ja mam tylko ograniczony wpływ na to, jaki obraz u takiej niewyrobionej osoby zostanie. I nie jestem pewna jak się z tym czuć. To dopiero pierwsza impreza Comic Conu i może z czasem zmienię opinię, ale na razie zostaje ze mną pewien dyskomfort, że ten konwent znajduje się gdzieś obok polskiego fandomu, nie mówi ani do niego, ani do końca z nim, jednocześnie przyjmując na siebie rolę kształcenia wizerunku geekostwa w oczach zwykłych Polaków. Nie bez echa przeszła wieść, że druga edycja Comic Conu odbywa się tydzień po wspomnianym już MFKiG i dokładnie w terminie dużo bardziej znanego i cenionego Coperniconu – zgadnijcie, gdzie większość z nas pojedzie? Oczywiście do Torunia. I kto zostanie w Warszawie…? Kto pokaże tym wycieczkom szkolnym i rodzinom, które nie dotarły na Pyrkon, o co chodzi w naszym świecie?

Mam nadzieję, że moje obawy są przesadzone i Comic Con znajdzie swoją niszę i miejsce w środowisku. Choć pierwsza edycja miała swoje wady i niedociągnięcia, wszystko można wybaczyć według zasady „pierwszy raz jest dla próby”. To druga, a może bardziej trzecia edycja pokaże, z czym naprawdę mamy do czynienia. Dlatego nie spuszczajmy oczu z Nadarzyna. Możliwe, że tam właśnie wydarzyła się Historia.

Dziab: Ja się pod wszystkimi słowami Dar podpisuję wszystkimi pięcioma kończynami (wait… lembasy za mocno weszły…) i miło byłoby wierzyć, że tuż pod moim nosem wyrośnie impreza, która w dalszej perspektywie dorówna braciom i siostrom z innych krajów. Kto by nie chciał, żeby ulubione gwiazdy wielkiego formatu i autorzy mang pojawili się w Kraju Kwitnącej Jabłonki. Nie powiem też, że bawiłam się zupełnie źle na pierwszej edycji – wbrew pozorom to nie był Konwent Ukryty w Liściach, ale po prostu impreza z niedociągnięciami, więc finalnie wystawiam Comic Conowi jakieś solidne 4- (ale to tylko ze świadomością spania we własnym wyrze). I dalej współczuję przyjezdnym. Na wrześniowej drugiej edycji mnie nie będzie ze względu na pewną o wiele mniejszą i bardziej prestiżową imprezkę, ale mam nadzieję, że na niej konwent nie umrze…

DSC_0829.jpg
Czuj-czuwaj, Comic Conie! Margery Tyrell życzy, aby kolejna edycja była jeszcze bardziej bombowa!

A zatem – do zobaczenia kiedyś!

~Dar&Dziab&Shizu

Reklamy

15 komentarzy do “Warsaw Comic Con, czyli nowy rozdział historii konwentów

  1. A ja widziałam już 500zł banknot, czaaad.

    U nas niestety nie docenia się rysowników, u nas zapanowała tylko moda na cosplayerów, a straszna szkoda, bo sama nie dość, że kupuję coś na każdym konie, to marzy mi się własne stoisko.

    Lubię to

  2. musicie zagrać w totka wygrać i wtedy cała ekipa na jakiś hamerykański anime convent by się wybrała i nam tutaj szpanowała my byśmy podziwiali i z zazdrością brawa dali xDD

    Lubię to

  3. O, widzę powrót koszuli Dziab… czy to jakaś specjalna Koszula Konwentowa?

    Wait, tak na wstępie. Czy to jest to-to, co się miało w końcu nie odbyć? Co nawet u siebie pisałyście, że tego nie będzie? O_ó czy tamto to było co innego? I czemu w ogóle tak szybko zapowiedziano kolejny? Co oni, docelowo chcą 3-4 rocznie robić? Toż to zarżnięcie portfela, a i chęci z czasem po prostu zabraknie… obecnym tempem by wychodził kolejny w grudniu. Jeśli głównym targetem są rodziny, to wtedy ludzie są raczej zajęci wszystkim okołoświątecznym, a nie konwentowaniem… ale co ja tam wiem, ja na innym kierunku. kręci głową
    Poza tym, rozdane wejściówki nie liczą się do statystyk sprzedaży. Odwiedzin tak, jak najbardziej. Sprzedaży nie.

    Z tym Theonem to może i tak było, że go ściągnęli z planu właśnie za tego… no, tego co nie przyjechał. Tywina? Nie umiem za bardzo w GoTy. No bo skoro go tak późno zapowiedzieli… (a może zagubienie wynikało z faktu że po prostu nie wiedział co to Polska i zastanawiał się kiedy skądś wyskoczy na niego jeden z tych miśków polarnych, co chodzą po ulicach)

    Szkoda że tym razem wasz opis paneli jest już wybitnie szczątkowy. Trudno się ogarnąć, ten o siatkówce się de facto nie odbył, na innych było zagłuszanie, fantastyki mało i… tyle. Meh. Ale tak to jest, jak coś co dla mnie jest najważniejsze na tego typu imprezach (jak już ruszę zacne cztery litery na ten Pyrkon) dla was jest w szarym ogonku ważności. I vice versa.

    A lokalizacja przypomina mi aż ten stary dowcip:
    – Skąd jesteś?
    – Z Warszawy!
    – A dokładniej?
    – Z Radomia.

    P.S. Pod względem cen proszę mnie wrzucić do worka Szarych Ludzi (choć akurat określenie to niefortunnie dość kojarzy mi się z płatnym zabójcą z pewnej książki, którego określano właśnie mianem Pan Szary do samego końca, mimo wskoczenia przez niego na zacną pozycję ważnej postaci drugoplanowej…). Ale tu może być też ważny czynnik związany z moim zamieszkaniem. :’)

    Lubię to

    • To był ten Comic Con, który miał się odbyć, odwołano inny ;)
      To była impreza, która raczej nie stawiała na panele i to było widać. Więc nawet nie było sensu się nimi zbytnio zajmować. Szczególnie ze na salach prelekcyjnych często panowały pustki.
      ~Shizuru

      Lubię to

  4. Dopiero teraz w zasadzie widzę ze faktycznie, comic-con przeszedł bez echa a Pyrkon mi spami tablice conajmniej raz w tygodniu ( mamy, nomen omen- czerwiec). I Nie miałam jechać wiec się nie orientowałam ale tak bez sleeprooma? Nie żebym kiedykolwiek ceniła noc na konwencie ( po nocy na Japaniconie skutecznie sobie odpuszczam) ale no…no wypada. I w zasadzie nigdy nie czułam się takim dumnym członkiem Polskiego Fandomu Fantastyki, bo mimo ze Pyrkon jest kochany i człowiekowi miło na sercu ( jak to mówi moja bff- taki tumblr w realu :D) to jednak to jest takie ” nie obnośmy się za dużo na codzień bo ludzie krzywo patrzą”…A każdemu miło jak spotka kogoś z przypinkami w dzień powszedni i nie święto, faktycznie ta fantastyka potrzebuje propagowania… cięży na nas ta odpowiedzialność (takie refleksje wprowadzacie w mój umysł, takie refleksje…). Chyba muszę zawiesić oko na Coperniconie, wszak Toruń nie jest wcale tak daleko od ziemniaczanej stolicy wielkopolski.

    Lubię to

    • Nooo, w okolicach Pyrkonu, to normalnie otwierasz lodówkę, a tam ziemniak ;O

      No właśnie bez sleeprooma! Czyli tak jak na większości imprez na zachodzie, ale nietypowo na Polskę :U

      Wydaje mi się, że powinno chodzić przede wszystkim o to, by nie uznawać wielbienia fantastyki czy pokrewnych za coś dziwnego, a zwykłe, sympatyczne hobby. A nie, że żyjemy sobie trochę obok, w ukryciu, w piwnicach… xD

      Zapraszam także do Wrocławia, mamy wiele mniejszych i większych imprez, choćby Wondercon czy Dni Fantastyki na przełomie czerwca i lipca :3

      Lubię to

      • Chętnie się wybiorę do Wrocka bo tam to chyba w 2h ciuchcia dojedzie, w czerwcu sie nie wyrobie ale chyba później coś też jest , jakiś legendarny konwent którego główną atrakcją jest upał ~… ;)

        Lubię to

  5. Ta relacja taka długa, a taka dobra, ale za późna pora, żeby analizować krok po kroku. Z mojej perspektywy zdjęcia wyszły, organizatorzy byli wobec mnie bardzo mili i sami fotografowani ludzie byli bardzo interaktywni. Ale zgadzam się z zarzutami o salki mangowe – a właściwie wszystkie salki, bo na panelu z P. Philipiukiem lepiej nie było (salka niedaleko stoiska Uosiu) – miały koszmarne warunki słyszalnosciowe. Wynika to z tego, że te hale mają szklane ściany – to miało super zastosowanie gdy były tam powierzchnie galerii handlowej, na konwenty średnio… No a o oświetleniu nic nie wspomnę, bo widać po zdjęciach – na jednych jest klimat, na innych kiszka. Ale skoro to był zamierzony efekt, a ja mogłam poćwiczyć pracę w moim aparatem w trudnych warunkach, to czemu nie :)

    OH WAIT – gdzie były lembasy ja się pytam?

    Kasia ze facebook.com/Slepaki

    Lubię to

  6. Ooo, jaka śliczna ta Margaery <3

    W zasadzie ta notka potwierdziła moją poprzednią opinię o Comic Conach wszelakich: imprezy kompletnie nie dla mnie. Znaczy, no, ja to ogółem nigdy w życiu nie byłam na konwencie i cholera wie, kiedy i czy w ogóle będę, ale gdybym już na jakiś jechała, na pewno nie na ten.

    Lubię to

    • Comicon był bardzo specyficznym konwentem, więc nie polecam liczyć go jako przedstawiciela całości :)

      Ale na jakiśkolwiek konwent serdecznie zapraszam – choćby, żeby przekonać się jak to jest albo spotkać się ze znajomymi :D

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s