Książka mała i wampirów zgraja – recenzja pierwszego tomu „Księgi Vanitasa”

Po tych wszystkich podsumowaniach wreszcie przyszedł czas na kawałek innego tekstu (słowo “czas” jest tutaj kluczowe, choć “chęci” wydaje się jego nie mniej ważnym pomagierem). Zabierałam się za niego stanowczo zbyt długo, żeby nie mieć paskudnych wyrzutów sumienia. Niby tyle dobrego, że wciąż nie ukazał się drugi tom, ale… no wiecie, nie wypada. Tym bardziej, że jest to coś, na co z niesamowitą niecierpliwością czekałam w ubiegłym roku.

Ale wróćmy do meritum.

Są takie mangi, o których się nie zapomina, ale są też takie, za którymi szczerze się tęskni… i takim tytułem z drugiej kategorii jest dla mnie Pandora Hearts autorstwa Mochizuki Jun. Autorka potrafiła stworzyć interesującą, wartką, wielowątkową opowieść, oprawioną w śliczną szatę graficzną. W Pandorze nie istniało pojęcie plot armoru, co chyba stanowiło największą zaletę fabuły, nieprzewidywalnej i obfitej w śmierć ukochanych postaci. Słowem – tytuł dla wielu stał się pewnym wzorem tego, jak dobra manga wyglądać powinna. No a jak na tym tle zapowiada się Księga Vanitasa? Czy steampunkowy Paryż okupowany przez wampiry dorówna quasi-angielskiemu klimatowi przeróbki Alicji w Krainie Czarów? Czytnijmy sobie pierwszy tom!

p1050553
Czeeeść, przystojniaku~

Poznajmy zatem Noé, bohatera, który ani nie jest zwykłym, japońskim licealistą, ani w ogóle nie jest licealistą. Jest silnym (bardzo silnym), niezależnym, dorosłym mężczyzną posiadającym ciemną karnację, białe włosy oraz kota pod pachą. Tak, tak też bywa. Noé zmierza magicznym sterowcem wprost do Paryża, gdzie ma za zadanie odnaleźć tytułową Księgę Vanitasa – należący do Wampira Błękitnego Księżyca wolumin, zdolny unicestwić wszystkie krwiopijcze monstra na świecie. Można wręcz zwietrzyć w powietrzu zapach nadciągającej apokalipsy. W spokojnej podróży głównego bohatera przeszkadza jednak nie tylko atak agresji jednej z pasażerek, która okazuje się być wampirem, ale również wtargnięcie pewnego głośnego i rozbijającego szyby indywiduum, oznajmującym wszem i wobec, że jest… Vanitasem. I jakby tego ambarasu było mało, mężczyzna posiada w swoich rękach księgę niebezpiecznie zbliżoną wyglądem do legendarnego grimuaru. Azaliż to wróg czy nie wróg? Jebutnie czy nie jebutnie?

P1050564.JPG
…a jednak jebutło.

Aż żal zdradzać fabułę dalej niż do połowy pierwszego rozdziału, bo od samego początku Mochizuki Jun raczy nas plottwistem galopującym za kolejnym plottwistem. W zaledwie pierwszym tomie wydarzyło się tyle ciekawych rzeczy, że łojej, choć na to wpływ na pewno miała znaczna ilość kartek – 242 stron to wcale solidna ilość, aby oczarować czytelnika nowym uniwersum oraz wciągnąć go w wir przygody. Zdradzę, że Noé i Vanitas będą na siebie skazani dłużej niż tylko na czas pierwszego rozdziału, a problemy z wampirami nie skończą się tylko na jednej, posępnej książeczce. W ogóle bardzo uroczy z nich duet: Vanitas, przypominający z projektu trochę podpicowaną Alice z PH, jest pewnym siebie, nie pozbawionym humoru mężczyzną, podczas gdy Noé to lekki nieogar oraz choleryk o bardzo łagodnej powierzchowności. Wiadomo, że jak się połączy przeciwieństwa, to można liczyć na problemy, dobrą zabawę oraz masę dowcipasów. Pojawiła się również całkiem już barwna i liczna ekipa drugoplanowa, która ładnie uzupełnia zarówno dialogowo, jak i fabularnie nasz duet o statusie „it’s complicated”. Oj, tak, Dziab czuje, że to jest jej kawałek podłogi… znaczy się – paryskiego chodnika.

P1050563.JPG
Seconded.

Od Paryża zgrabnie możemy przejść do piękna, a od piękna dzieli nas jedynie framuga do pokoju zwanego grafiką. Jun przez te wszystkie lata zdecydowanie ogarnęła, jak rysować, żeby czytelnikowi oczka sparkliły na widok detali. Nie twierdzę jednak, że tła zawsze są wypaśne, bo, jak napisały pomocnice Mochizuki-sensei na okładce tomiku, ludzie mają tylko dwie ręce, a doba dwadzieścia cztery godziny. Niemniej tu nie ma brzydkich kadrów. Tu nie ma złych kadrów. Tu są tylko Kadry. Kadrochy. Jakbym miała swoje mieszkanie, tobym kupiła do niego tapetę w rzucik z Vanitasa. Więc tak, nieobiektywnie mi się podoba. Nie mam też wrażenia, że autorka się powtarza – projekty postaci są ciekawe i świeże, przynajmniej poza moim jednym delikatnym urojeniem jeśli chodzi o Vanitasa-Alice. Ponadto choć wampiry w popkulturze są już przemielone na drobny tatar, to zawsze da się z tematu wycisnąć jeszcze trochę (jak choćby i z motywem Alicji w Krainie Czarów). I Mochizuki póki co daje radę. Bo jak nie Mochizuki, to chyba nikt…
…no dobra, dobra. Mało kto.

P1050567.JPG
Kojarzycie panią z prawej? Jeśli nie, to poznacie pewnie przy okazji jakiejś kolejnej notki o Joaśkach.

Teraz przyjrzyjmy się wydaniu. Mam takie nieodparte wrażenie, że pod względem projektu okładki pierwszy tom Księgi Vanitasa to jedna z najlepiej przygotowanych pozycji mangowych ubiegłego roku. Logo naprawdę przyciąga wzrok i dobrze wkomponowuje się w charakter tego tytułu, a jednocześnie nie jest przekombinowane. Lakier wybrany jest prawdziwym strzałem w dziesiątkę (żeby Pandora tak wyglądała, mujbosiu…) i sprawia, że tomik aż chce się macać i głaskać. A że jest bieluchny, to można to robić bez obawy o ślady paluchów. W środku wypada to odrobinkę gorzej – na niektórych stronicach pod koniec tomu zaobserwowałam spadek jakości druku, jakby ledwie dostrzegalny cień rysunków, ale dość widoczny przy porównaniu z większością ostrych jak żyleta rysunków Mochizuki. Gdzieniegdzie można się też dopatrzeć śladu łupieżu, jednak to naprawdę są już pojedyncze okruszki i to w takich miejscach, że spokojnie dałabym się nabrać, że to część gry świateł i wszędobylskich „świetlików”, które lubi autorka.

P1050568.JPG
Obwoluta w całej pięknej krasie.

Muszę pogratulować pracy przy onomatopejach, bo wszystkie krzaczki zostały ładnie wyczyszczone i zastąpione zgrabnymi polskimi odpowiednikami (nie tylko w brzmieniu, ale przede wszystkim w wyglądzie). Tu Vanitas z pewnością pobił edycję Pandory. Tłumaczenie również przedstawia się zacnie – choć stosowanie przez bohaterów francuskich wtrętów troszkę utrudnia płynne czytanie, to z pomocą przychodzi nam wtedy zwięzły słowniczek zawarty na końcu tomu. Nie tylko wyjaśnia on kłopotliwe kwestie, ale i zdradza kilka ciekawostek, które wykorzystała Mochizuki przy tworzeniu uniwersum. Małe, a takie przydatne. Dialogi wypadły baaardzo zabawnie i nawet jeśli stylistycznie nie zawsze odpowiada to „epoce”, w której dzieje się akcja, to wynika to ze specyficznego, śmieszkowatego sposobu prowadzenia fabuły przez autorkę. No i ostatni ważny element wydania – błędy. Żaden ze mnie spec czytający z lupą przy oku, a to pewnie sprawia, że raczej nie powinnam się zajmować Wielkimi, Poważnymi Recenzjami. Uznajmy więc ten akapit za wypadek przy pracy i idźmy dalej. W przypadku Księgi Vanitasa w trakcie względnie spokojnej, uważnej lektury nie zauważyłam żadnych uchybień (no wiecie, dramatu z No Game No Life to już trudno przebić), z czego bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że to tendencja wydawnictwa Waneko ogółem, a nie odstępstwo od nieszczęsnej ostatnio reguły.

P1050560.JPG
To jeszcze ładna, kolorowa szota na koniec~

Księga Vanitasa wypada po pierwszym tomie bardzo zachęcająco i mówienie tutaj o duchowym spadkobiercy Pandory chyba nie wydaje się stwierdzeniem na wyrost. Przy tempie wydarzeń z tylko tej jednej części szykuje się albo historia jeszcze bardziej intensywna niż poprzednik, albo przynajmniej krótsza. Żadna z opcji nie wydaje się zła, nawet druga, zważywszy na to, że już dogoniliśmy japońskie wydanie. Dwójka głównych bohaterów zaskarbiła moją sympatię (a że mam niedosyt męskich duetów po… you know what…) i z pewnością chcę śledzić ich dalsze losy. Tak, to chyba manga, na którą naprawdę, naprrrawdę będę czekać z niecierpliwością. A pewnie nawet pokuszę się o dalszy preorder. Dzięki niebiosom, że tom drugi już w marcu.

Za mangę serdecznie dziękuję wydawnictwu Waneko.

~Dziabara

Advertisements

16 komentarzy do “Książka mała i wampirów zgraja – recenzja pierwszego tomu „Księgi Vanitasa”

  1. I love them all! Especially Joan's, when I first found her blog, I'm sure she thought I was stalking her :).All of your makeovers are beautiful, love your viiD.noiebbse

    Lubię to

  2. […] rękawy i rozpoczynam nowy, mini-cykl recenzj mangowych! (Oki, oki, zaczęła go już Dziab tekstem o Vanitasie…).Oto Nasz Cud (jp. Bokura no Kiseki), wydane przez Waneko w zeszłym roku josei, który jak […]

    Lubię to

    • No ale w końcu to nie jest żaden sequel ani nic, można nawet Pandory nie nadrabiać :) Tym bardziej, że to póki co jeden tom, nic strasznie kolizyjnego, planu czytelniczego nie zawali na grube miesiące XD

      Lubię to

    • A powiem, że machnięcie takiej ilości pod rząd to wcale nie jest głupi pomysł. Przynajmniej lepiej ogarnia się fabułę.
      szeptem Więc jesteś przed Elliotem… ojojoj…

      Lubię to

  3. …białe włosy? Ale Ty wiesz Dziab, co z dużym prawdopodobieństwem się z nim zadzieje, nie? Lepiej się nie przywiązywać za bardzo.

    (I jeśli na tym joaśkowym zdjęciu to Vanitas po lewej, to tak. Nie jesteś sama. Wygląda jak Alice, zwłaszcza przez tę kokardę.)

    A co do francuskich wtrętów, well, każdemu co innego. Mi by np. nie przeszkadzały hiszpańskie wtręty, bo znam język, ale typowemu Kowalskiemu pewnie by zawadzały tak, jak Tobie francuski. Kwestia obeznania z językiem wtrętów… (Chyba że miałaś na myśli to, że „klimatycznie” nie pasują do dialogów i masz wrażenie, że są tam wciśnięte na siłę bo hurr durr Fhrancja, to wybacz, że się odzywam. Tak samo, jeśli chodzi o to, że znasz francuski i gramatycznie Ci te wtręty nie pasują, bo nieodmienione i zdania brzmią dziwnie, czy coś.)

    Lubię to

    • Nie chcę zdradzać fajnego plottwista z pierwszego rozdziału, ale… you are so, sooo wrong… ;)

      Tak, to Vanitas. Na tym kadrze podobieństwo wyszło jeszcze większe, bo nie objęło mu boczków, przez co nie widać, że jednak nie ma odstających kosmyków jak Alice. Ale poza tym wygląda co najmniej jak wykapany starszy brat.

      Nie, nie, mnie sam francuski nie przeszkadza, broń mnie borze tucholski. Chodzi raczej o to, że kiedy napotykałam francuskie słówko, to musiałam przerwać lekturę, skoczyć do słowniczka, pokiwać ze zrozumieniem główką po przeczytaniu mądrej rzeczy, a potem wrócić do mangi i znów wkręcić się w wartką akcję. Zupełnie normalna rzecz, ale też w jakiś sposób utrudniająca czytanie. Pewnie jakbym umiała we francuski, to bym inaczej śpiewała. Pewnie z zachwytu. A tak muszę kolejnego języka się nauczyć XD

      Lubię to

  4. Bardzo chciałabym to przeczytać, ale na razie muszę jeszcze Pandorcię nadgonić. Ferie już tuż tuż, więc nic tylko czytać <3
    Cieszę się, że autorka wręcz zarzuca nas tutaj wartką akcją, a postaci mają ciekawe charakterki. Złapałam motywację, by przeczytać PH od początku, a później jak najszybciej zabrać się za Księgę. <3

    Lubię to

    • Aj tam, Vanitas to póki co ledwie jeden tom. Zdecydowanie łatwiej to „nadrobić” niż Pandorę. Ale i tak popieram Projekt Nadganiania Pandory w Ferie unosi kciukasa w górę
      Też się bałam, że Mochizuki może nie do końca się wyrobić po poprzedniej mandze, że to będzie taki bardziej przystanek na odsapnięcie, ale nie. Vanitas naprawdę daje radę, a z początku to na pewno sprawia lepsze wrażenie niż PH (tam się miało wrażenie, że znów mamy do czynienia z małolatem ratującym świat przy użyciu magicznych mocy). Tylko niech jakoś nie spadnie, proszę, proszę…

      Lubię to

  5. Ojojoooj, jakie to łaaadneee~ Niby już widziałam na żywo i trzymałam w łapkach, ale to dawno było, teraz się zachwyciłam od nowa <3 A tu mój egzemplarz (i te trzy ostatnie – w sensie ostatnie brakujące, nie ostatnie chronologicznie – tomy Pandory, na które czekam z dalszym czytaniem, coby nie zostać przypadkiem z jakimś cliffhangerem czy czymś i bez dostępu do dalszego ciągu) dopiero za jakieś trzy tygodnie przyjdzie, ech…

    Oprócz zachwytów natury estetycznej niewiele więcej tu mogę powiedzieć. Pandorki jeszcze prawie nie znam, więc i oczekiwań w stosunku do autorki jakichś wyjątkowo wygórowanych nie mam. Jak obsada fajna i lubialna, to tyle na dobry początek wystarczy. Od razu łagodzenia niedosytu po we know what nie wymagam, ale miło by było ^^ Fajnie, że tomiki takie grube (mam nadzieję, że wszystkie takie będą, a nie tylko ten), od razu ma człowiek jakieś takie poczucie, że kasa poszła na coś konkretnego i warto było. Poza tym praktycznie od samego początku zrównanie z Japonią, portfel lubi to.

    Lubię to

    • Tak czytam i czytam i chyba sporo ludzi utknęło z czytaniem Pandory :”D Trochę ci zazdroszczę, jeszcze tyle dobrego przed tobą. Mnie dopada kryzys dobrych tytułów…

      No ładne jest, nie to co pierwsze tomiki PH (no brzydkie nie były, ale paaanie dzieju kochany, jakie zmiany w kresce nastąpiły!).
      Co prawda to nie duet tego typu co you know what, ale na pewno lepiej się czyta o dorosłych bohaterach niż licealistach (czy jakichkolwiek nastoletnich, chodzących do szkoły koksach). Zawsze to powiew świeżości.
      Amazon podpowiada, że drugi tomik ma 240 stron, czyli znów niezły grubasek :D No, na takie to można czekać. Chociaż mam nadzieję, że nie dłużej niż na takiego Kurosza, bo ostatnio strasznie zapominam fabułę… nie, żeby tam jakaś konkretna istniała…

      Lubię to

      • Ja nie utknęłam, ja strategicznie zastopowałam xD

        Nie no, że nie tego typu to ja się domyśliłam ;3 Dorośli, hurra, za samo to dla mnie +100 do fajności, zwłaszcza że ostatnio trochę przedawkowałam licealistów.
        No i dobrze, tak trzymać, pani autorko :D Jak tak sobie przypomnę, co to w ostatnim Kuroszu było, to w sumie zapomnienie nie wydaje się taką złą opcją ;P

        Lubię to

  6. gdyby bohater na ostatnim rysunku miał oczko czerwone to bym jakieś podobieństwo do tegami bachi??(czy jak to się piszę ) wyczuwał a z kolei sterowiec i wampiry to jakoś tak trinity blood?? kojarzyło xDD

    Lubię to

    • Właściwie to on ma czerwone oczy, tylko akurat ten rysunek dobrze tego nie prezentuje (znaczy… autorka poszła w dziwny różowy, choć w fabule… no cóż, na pewno wspomniany jest czerwony). O Lagu nie pomyślałam, a w sumie trochę podobni są – mali, białowłosi, niewinni… tak jakby… XD

      Lubię to

      • czyli jak rozumiem nasz bohater jest z pozoru nie winnym chłopaczkiem a w rzeczywistości dobra nie władcą demonów bo tu ich chyba nie ma a zatem strzelam wampirów może pierwszym wampirem na świecie tak by mi schematy opowieści tego typu podpowiadały lub odwrotnie boską odpowiedzią na błaganie udręczonej ludzkości xDD

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s