Yaoi on ice oraz yuri w ilościach hurtowych – podsumowanie anime sezonu jesień 2016

Dzień chłodny w kolejnym, czwartym już z rzędu podsumowaniu sezonu! Pewnie czujecie w kościach, co to znaczy, ale póki co zajmijmy się jeszcze tradycyjnym omawianiem serii ostatniego kwartału. Jak po tytule notki widzicie, sezon nie tylko obfitował w serie sportowe, ale równie popularnym motywem anime była wszelaka miłości płci tej samej. Choć królem podtekstów było z pewnością Yuri!!! on ICE, które z yuri miało tyle wspólnego, co żaba z Porsche, to jednak panie wcale nie mniej chętnie okazywały swoje uczucia – można było to zaobserwować chociażby w Hibike! Euphonium 2, Flip Flappers, Shuumatsu no Izetta czy Watashi ga Motete Dousunda? (szach-mat, yaoistki, ShimaxKaede to wcale niezgorszy pairing!). Tak czy inaczej, 17 serii sezonu jesiennego już na was czeka; na sezon zimowy przechodzą natomiast 3-gatsu no lion oraz ClassicaLoid.

Nawiasem mówiąc, honoru japońskich licealistów, ratujących magicznie światy w tym sezonie broni… Drifters?! Ach, dobra, jeszcze Show By Rock!! # było, ufff. Już się bałam.

A zatem pamiętajcie o gifach i bawcie się dobrze!

tumblr_oh452nqb7w1qm46two1_540
Nadchodzi piekło…

Bubuki Buranki: Hoshi no Kyojin

tumblr_ofz7sezkga1qfznv0o1_500
Hide your kids, hide your wifes… i w ogóle hide yourself.

Tęczowe sri-di mechy znowu w akcji, tym razem w sosie lekko tajwańskim. Po upadku Takarajimy, latającej wyspy, na której spoczywały uśpione złe roboty, na Ziemi rozpoczęła się regularna bitka z ciemną stroną mocy. Tylko kto tak naprawdę nią jest – Buranki, czyli samoświadome mroczne mechy, czy może jednak inni „obrońcy ludzkości”? Azuma razem ze swoimi przyjaciółmi szuka ich osobistego robota, który po poprzednim sezonie gdzieś się zapodział, ale zamiast niego dość niespodziewanie wpadają na siostrę głównego bohatera. Kaoruko jest zupełnym przeciwieństwem cichego Azumy, ale ona też ma parcie na bycie kierowcą bombowca. Problem oczywiście jest taki, że mech po matuli jest jeden, bliźniąt dwoje, a żadne nie może przeżyć, jeśli drugie przeżyje (czy jakoś tak).

Chciałabym napisać coś więcej poza tym, że ta seria była, no, ale… ona była. Dla mnie całe dwa odcinki. A potem wolałam oglądać cokolwiek innego (nawet padający przez kilka bitych godzin śnieg), więc się zdechło. O ile poprzedni sezon, gdzie każdy z Power Rangersów miał swojego dorosłego przeciwnika, był nawet-nawet zjadliwy, to tutaj naparzające się bez większego ładu dzieciaki, które w tle kontroluje jakiś angielski dżentelmen o prezencji z lekka Aizenowatej nie przekonały mnie zbytnio. Nie mówię, że jest złe, ale nie wystarczająco dobre na ten sezon. Może w przyszłym, albo kiedykolwiek indziej, kiedy poczuję, że mam ochotę na ładną komputerową grafikę.

Się dropnęło, więc oceny brak.

Bungou Stray Dogs 2nd Season

tumblr_ofki3u6v7v1sz111so1_540.gif
Wszystko wygląda lepiej na tle wybuchu. Albo w slow motion.

Pieskie jest życie literatów, nawet tych nie do końca płodnych w dzieła książkowe. Zanim jednak znów wrócimy do właściwego konfliktu między Agencją Detektywistyczną (dobrzy), Mafią Portową (źli) a Gildią (i… zagraniczni), przyjrzyjmy się nieco przeszłości tej drugiej grupy. Szczególnie, że skupimy się na momencie, kiedy Dazai był jeszcze jej niezwykle aktywnym członkiem. Choć wydaje się, że z Mafią nie wiąże się nic dobrego, to w jej szeregach znajduje się pewien promyczek człowieczeństwa w postaci Ody Sakunosuke, który jako członek najniższej rangi wykonuje wszelką brudną robotę, ale bez rozlewu choćby najmniejszego kropli krwi. Taki kodeks. Jest on zarazem dobrym przyjacielem Dazaia oraz Sakaguchiego Ango, mafijnego informatora. Trójka ta często wychodzi na wspólnego drinka do baru, lecz błogi spokój zaburza dzień, w którym Ango znika. Od tego, czy zdradził, czy został uprowadzony, niezastąpiony Sakunosuke dostaje misję – zabij albo uwolnij. Tylko jak tu w ogóle myśleć o zabijaniu, jeśli w grę wchodzi nie tylko honor, ale i życie kumpla?

Początek drugiego sezonu był więcej niż zacny – to była zupełnie inna, totalnie zajedwabista seria. W ciągu czterech odcinków twórcy wykreowali jedną z lepszych postaci z tego sezonu, jeśli nie całego roku. Sakunosuke Oda to facet jakich mało, stanowczy, opiekuńczy, ze swoim kodeksem moralnym, ale i straszliwie wrażliwy. Serce mi pękało, kiedy widziałam go krzyczącego z rozpaczy po wybuchu auta. Jeszcze bardziej serce mi pękało, bo zgodnie z zapowiedzią z pierwszego odcinka ktoś z trójki kumpli miał zginąć, a ja już wiedziałam, że Ango został uratowany. Naprawdę udał im się ten wątek, aż całe anime zyskało w moich oczach. Że już nie wspomnę o modyfikowanym graficznie openingu z odcinków 2-4, który podobał mi się chyba nawet bardziej niż ten właściwy, i tak już naprawdę świetny. Natomiast w kwestii właściwej serii jest tak samo jak w pierwszym sezonie – fabuła prowadzona jest dość chaotycznie, a suche żarty sypią się nieco zbyt często jak na mój gust. Ponadto drugi sezon cierpi na bardzo interesującą, choć niepokojącą przypadłość graficzną. Jeśli ktoś oglądał, to na pewno zauważył, że wszystkie sceny, na których postacie są pokazane choćby i w niewielkim oddaleniu (tak pi razy drzwi wystarczyło, że ujęte były całe sylwetki), zupełnie nie mają twarzy. I to nie chodzi o jakichś randomów w tle, ale wszyscy bohaterowie, nawet ci ważni, nie mają oczu ani ust. Sobie znaleźli w Bonesach sposób na oszczędzanie…

8/10 – taka tam średnia. Pierwsze cztery odcinki naprawdę zasługują na 9/10, reszta serii stabilne 7/10 za to, że to po prostu dobrze zanimowany kawałek historii z potencjałem. A trzeci sezon z Dostojewskim przygarnę od zaraz.

Drifters

tumblr_ofrppxw7po1qluh07o1_500
W przygotowaniu na karnawał nie z tej ziemi.

Hirano Kouta, autor kultowego Hellsinga, znów prezentuje historię w zupełnie nieprzewidywalnym wydaniu. Shimazu Toyohisa, japoński wojownik pochodzący ze starego rodu Shimazu, kończy swój żywot w roku 1600 w bitwie o Sekigaharę… a przynajmniej tak podają jakieśtam źródła (ale kto by w nie wierzył). Tak naprawdę Toyohisa zostaje wciągnięty do innego wymiaru, gdzie spotyka dziwnego okularnika siedzącego przy urzędniczym biurku. Jegomość, nieszczególnie zwracając uwagę na głównego bohatera, wysyła go do kolejnego świata. Tam, na wpół umierający mężczyzna trafia pod skrzydła dobrych, wrażliwych… chciałby. Trafia w łapy samego Ody Nobunagi oraz nie mniej zasłużonego w bojach Nasu no Yoichiego. Mimo to są to swoje ziomy, szczególnie że świat obfity jest w gorsze szuje w stylu zakapturzonego złodupca, prowadzącego mroczną armię goblinów, smoków oraz Odpadów, czyli bohaterów historycznych, którzy znienawidzili ludzkość. I choć japońscy wojownicy kryształowej przeszłości nie maja, to wydają się odpowiednimi Drifterami na odpowiednim miejscu, aby razem z magiczną organizacją Październikowców uratować ichni świat przed zagładą.

Nie powiem, Hirano ma niesamowitą smykałkę do tworzenia ciekawych opowieści z wykorzystaniem historycznych postaci. Drifters nie ustępuje w tym względzie Hellsingowi, a nawet nie wiem, czy nie jest nawet lepszy pod kątem złożoności fabuły oraz barwności bohaterów. Techniczne szczegóły takie jak różnice językowe czy technologiczne nowinki autor oddał naprawdę starannie i aż człowieka korci, aby zobaczyć Odę przebierającego palcami na widok kolejnych nowoczesnych broni. Polubiłam ten fantastyczny świat polany sosem z absurdu i flaczków, a tajemnica tożsamości Czarnego Króla szykuje się niezgorsza (kto wie ten wie, a kto nie wie, niech się przypatrzy dłoniom i pomyśli o mocy uzdrawiania). Wykonanie wypadło całkiem dobrze, nawet jeśli daleko temu do jakiejś artystycznej siekaniny. Podtrzymuję zdanie, że najlepszą robotę zrobili seiyuu, którzy przez kilka odcinków gadali po elfiemu tylko po to, by oddać trudność w komunikacji między światami. Zresztą nie tylko – kiedy Scypion spotyka Kanno, zaczyna mówić po włosku (jak rozumiem, zapodział mu się amulet tłumaczący mowę lub nie działał w odpowiednią stronę), co wywołuje naprawdę przedni gag. Opening mimo ascetycznej kreski wypadł naprawdę nieźle; bardzo podobały mi się te szczegółowe scenki, w których postaciom poruszały się ubrania niczym na amatorskich animacjach przerabianych ze zwykłych rysunków. To była zgrabna seria od zgrabnie zapowiadającego się, początkującego studia i czekam na równie zgrabną kontynuację (hip, hip, hurrra!)

7/10 – przyjemnie, zabawnie i krwiście. Jeszcze jakby było mniej ciemno i bardziej płynne, to już w ogóle nie można by mnie było oderwać od komputera.

Flip Flappers

tumblr_oggjl95JyY1vaufk5o1_540.gif
Dla niektórych walenie kamehamami to jak jedzenie fistaszków.

Cocona jest nieco zagubioną w gimnazjalnym świecie dziewczyną – przez to, że nie posiada w życiu żadnego celu, jej codzienność jest nudna. Ma również problem z wyborem liceum, do którego chce pójść. Podczas rozmyślań w zaciszu przyszkolnego zagajnika spotyka dziwną, nadpobudliwą dziewczynę o imieniu Papika oraz robota Buu. Zabłąkana nastolatka jest uciekinierką z laboratorium, która postanowiła poszukać kompana w zabawach. Ponieważ Coconie całkiem przyzwoicie z oczu patrzało, Papika postanowiła się do niej przylepić jak rzep psiego ogona i wyruszyć na przygodę. I to nie byle jaką, ale magiczną, do której natentychmiast powiódł portal wytworzony przez robota. W innych wymiarach, bo na jednych heca się nie skończy, dziewczyny mają odnajdywać kryształy zwane Odłamkami Mimi, mogące spełniać życzenia. „A komu to potrzebne? A dlaczego?” zaczniecie pytać, podczas gdy odpowiedź w anime jest zawsze ta sama – żeby zła organizacja nie położyła na nich swoich łapsk. Elementarne.

Martwi mnie ta seria. Nie mogę nie zauważyć, jak bardzo graficznie jest dopracowana, ale bohaterki przez całą serię doprowadzały mnie do niekontrolowanych spazmów sieroctwa. Z jednej strony powinnam zrozumieć, że mamy do czynienia z gimnazjalistkami, z których jedna jest na dodatek jakimś nie do końca normalnym wybrykiem eksperymentów, z drugiej wierzę, że zawsze da się zrobić coś lepiej. Gdyby nie dziwne, mocno dziecinne zachowania bohaterek na poziomie piosenki Elektrycznych Gitar „Co ty tutaj robisz?”, to ta seria naprawdę byłaby zacnym reprezentantem gatunku nietypowych mahou shoujo (jak zrobiono TAKIE transformacje, to to musi być mahou shoujo). A tak dostaliśmy trochę nieogarnięte anime z yuri podtekstami, poszarpanymi wątkami i motywie „potwora tygodnia”. Niefajnie. Tym bardziej szkoda nieciekawej fabuły, że technicznie wszystko jest wysokiej jakości – polecam odtworzyć sobie opening i ending, jedne z lepszych w tym sezonie. I jak żyć, jak się sakuga tak marnuje na świecie, kiedy inne serie cierpią na jej niedostatek?

5/10 – ocena może byłaby wyższa, gdybym podczas oglądania wyłączała dźwięk. A może jest na sali dealer sprzedający dobre AMV-ki z tego anime?

Fune wo Amu

tumblr_ofg25nmbm31r5wphyo1_1280
A kot, jak to kot, ma wylane na całą serię, byleby tylko go jakiś ludź za uszkiem drapał.

Majime Mitsuja jest nieco zagubionym w dorosłym świecie facetem… uch, serio, te schematy są naprawdę schematyczne, można je używać do każdego opisu.
Majime jest dorosłym facetem, który niekoniecznie radzi sobie w świecie wielkiej ekonomii i wojny korpoludków. I całe szczęście, że jest pokazowo wręcz nieporadny, bo pewnego dnia przyciąga uwagę swojego kolegi z firmy, niejakiego Nishioki Masashiego, który pracuje w dziale zajmującym się słownikami. Podczas krótkiej wymiany zdań kwiecisty język głównego bohatera jeszcze bardziej zaskakuje Nishiokę, czym potem postanawia podzielić się ze swoim przełożonym, szukającym zastępcy panem Arakim. Okazuje się, że Majime spada im z nieba, ponieważ jego niewysłowiona chuć do składania pięknych i prostych definicji jest właśnie tym, czego projekt słownika „The Great Passage” potrzebuje.

Moje przypuszczenia o przebiciu Rakugo się, niestety, zupełnie nie potwierdziły. Niestety, bo miałam z tą serią związane naprawdę wielkie nadzieje, a “wielka” (czy może raczej “wspaniała”) okazała się tylko “podróż” z nazwy słownika. Kiedy fabuła skupiała się na Nishioce, nie można odmówić historii całkiem przyjemnego tempa, ale już gdy głównym aktorem stawał się Majime, można było się… no cóż, pochlastać z nudów. Spokojną opowieść też trzeba umieć przedstawiać, a tej serii nie do końca się to udało. Choć miała być to historia o słowach, to ich samych jakoś trudno było uświadczy, bo milczenie doprowadzono do mistrzowskiego niemal poziomu. Żeby to chociaż jakoś korespondowało z grafiką na wysokim poziomie, ja wiem?, takim Kotonoha no Niwa, ale nie. Było po prostu schludnie, lecz przeciętnie. Ending sobie całkiem przyjemnie plumkał, za to opening wciąż doprowadzał mnie do szewskiej pasji tym paskudnym beatem. Najgorszy był jednak z tego wszystkiego słowniczkowy przerywnik w środku odcinków, suchy aż do bólu. Ani to zabawne nie było, ani jakoś mega pouczające, za to na usta ciśnie mi się słowo “infantylne”. Przemawia jednak przeze mnie głównie zawód, a seria zła sama w sobie nie była. Coś takiego mogłabym spokojnie rodzicom zaserwować i podejrzewam, że gdyby tylko załapali kulturowe nawiązania, to bardzo by im się taka historia z życia wzięta spodobała. Podejrzewam również, że upchnięcie historii w filmie aktorskim było znacznie lepszym posunięciem niż zrobienie całej serii, ale być może ja się nie znam.

6/10 – ocenę dobrą daję chyba bardziej przez szacunek do takich poważnych produkcji niż serii jako takiej. Coś czuję, że populacja ludzi chcących mnie oskalpować znacznie wzrosła w tym tygodniu…

Getsuyoubi no Tawawa

giphy
Żeby ten tłuszczyk zawsze był taki przyjemny w podnoszeniu…

Gorąca nowość w zestawieniu. Jest to nieco dziwny short z gatunku „japońskie na wskroś, ale nawet spoko”. W poniedziałkowy poranek pewien młody mężczyzna spotyka na peronie hojnie obdarzoną na wysokości klatki piersiowej licealistkę. „Spotyka” to mocny eufemizm, ponieważ dziewczyna niechcący trafia go biustem w twarz. Nieporozumienie jednak bardzo łagodnie przechodzi w sympatyczną znajomość, w której mężczyzna co poniedziałek ochrania licealistkę w pociągu przed przypadkowymi macankami (albo chroni pasażerów przed jej biustem, kto wie). Nie jest to jednak jedyna tak dobrze wyposażona dziewczyna w tej serii, bo w każdym kilkuminutowym odcinku przyjdzie nam śledzić perypetie innej z nich.

O dziwo to wcale nie jest podbudówka pod hentai, a coś między ecchi a obyczajówką, w której pokazywane są trywialne problemy i problemiki dziewczyn o porządnych miseczkach (ale ładnych, nie tak gargantulicznych jak w Occultic;Nine). Na serię trafiłam przez dokładnie ten gif, który tu załączyłam, myśląc, że jest to szkolna komedia – nie była. Ale wiecie co? I tak Getsuyoubi no Tawawa było nawet w porządku. Nie wiem co powinnam czuć i czy to ecchi było już nachalne czy jeszcze nie, ale jako krótka seryjka sprawdziła się przyzwoicie. Jak widać nawet o dupie… pardon, piersiach Maryni da się stworzyć coś miłego. Na pewno zasługa w tym długości odcinków, bo podany pieprz tylko wzmagał apetyt, a nie rozstrajał żołądka. Ponadto bohaterki są sympatyczne, świadome swoich walorów, a jeśli nieświadome, to w uroczy sposób. W końcu ile można oglądać chłopca do bicia, który przypadkiem zobaczył majtki koleżanki. Kobiety nie gęsi, swój cycek mają, a jak mają, to się nim chwalą!

5/10 – może nie pragnę od razu drugiego sezonu, ale mimo wszystko nie żałuję, że obejrzałam Poniedziałkową Tawawę. Panom powinno spodobać się nawet bardziej niż statystycznemu Dziabowi.

Haikyuu!!: Karasuno Koukou VS Shiratorizawa Gakuen Koukou

tumblr_static_filename_640_v2.gif
Za każdym razem, kiedy zaczynał się opening.

Na ten mecz wszyscy czekali – po kilometrach obgryzionych paznokci oraz hektarach wyrwanych włosów Karasuno wreszcie dostąpiło zaszczytu mierzenia się z utytułowaną Shiratorizawą, zdecydowanym faworytem do przejścia na turniej krajowy. Ale Bezskrzydłe Kruki już nie są takie bezskrzydłe, więc w nosie mają Ushijimę i jego straszliwą piąchę. Ostatni mecz nie będzie łatwy również pod względem ilości rozgrywanych setów, bo w najgorszym przypadku może być ich aż pięć (i oczywiście nikt z widzów nie wątpi, że tyle będzie). Hinata i Kageyama mają swoją broń w postaci szybkiego ataku, ale na nic zdadzą się skuteczne uderzenia, jeśli leżeć będzie obrona. Tym razem osią drużyny będzie kierujący blokiem Tsukishima. Będzie to dla niego tym bardziej trudny mecz, bo do tej pory Tsukki nie czuł motywacji w walce przeciwko silnym drużynom.

W stosunku do tego tytułu tak samo jak w przypadku Jurków nie umiem zachowywać się godnie. Uwielbiam Haukyuu!! i jestem mega szczęśliwa trzeci sezon nie zawiódł mnie w żadnym calu (no dobra, bolał mnie pominięty trzeci set, ale to już wina autora). Choć właściwie trudno było spodziewać się innego wyniku, to najbardziej emocjonalne są pojedynki o punkty, kiedy każdy zawodnik ma moment aby zabłysnąć lub żeby wgniotło go w parkiet z bezsilności. W ogólnym rozrachunku muszę przyznać, że to był mecz Tsukishimy. Tsukki rozwinął się niesamowicie, z megacynicznego okularnika, który gra, bo… bo gra, przeobraził się w zawziętego i myślącego lidera bloku. Każdy jego wyskok był niesamowity i choć ostatecznie jedynie raz na pięć setów udało mu się faktycznie zablokować Ushijimę, to jednak każdy jego okrzyk „dotknięta!” sprawiał, że miałam ochotę piać na całe gardło „That’s my boy!”. I ta jego walka mimo wybitego palca, kurde bele, wzruszyłam się. Chłopaki z Karasuno są niesamowici, są kochani, są zabawni i nigdy nie będę miała ich dosyć. Aż szkoda, że czwarty sezon to póki co nieco odleglejsze marzenie.

9/10 – gdyby nie to, że to anime, którego finału można się spodziewać, to jest to seria śmiało skacząca w stronę ideału. To najlepsza sportówka ever, jaką dane mi było obejrzeć. Praise the lord. I oby tak dalej.

Hibike! Euphonium 2

tumblr_ogdwgrrour1s307p6o1_500.gif
Kiedy wiesz, że grasz w produkcji KyoAni, więc musisz odbębnić swoją porcję moe na sezon…

Drogi na orkiestrowe zawody krajowe ciąg dalszy. Kumiko po wygranym konkursie wciąż jest wciągana w nowe problemy, choć niekoniecznie są to jej własne – tym razem sprawa wiąże się z pewną drukoklasistką, Kasaki Nozomi, która w środku przygotowań do kolejnego etapu pragnie wrócić do klubu. Co gorsze, jest naprawdę dobrą flecistką, co jednak zdaje się nie ruszać wiceprzewodniczącej, która nie wyraża zgody na dołączenie koleżanki choćby do sekcji wspierającej zespół. Nad uczniami znów zawisa widmo dawnego konfliktu z trzecioklasistami, a cicha oboistka, Yoroizuka Mizore, zdaje się ukrywać coś, co ma związek z Nozomi. A zawody w regionalne zbliżają się nieuchronnie, podczas gdy czasu na intensywne ćwiczenia jest coraz mniej…

A co, nadgoniłam pierwszy sezon i nawet zdążyłam napocząć drugi! Niestety, tylko napocząć, bo w międzyczasie nadrabiałam inne rzeczy specjalnie na potrzeby podsumowania roku… ale ja nie o tym. Jeśli nie wiecie, za które anime studia KyoAni warto się wziąć, to z całą stanowczością polecam wam Hibike, bo po prostu wymiata. Pierwszego sezonu nie obejrzałam podczas emisji, bo miałam skojarzenie (głupie, a jakże), że będą to popłuczyny po K-On! i w ogóle w słabszym settingu orkiestrowym. Dotarły do mnie jednak wszechobecne zachwyty i tak przy okazji tego sezonu postanowiłam dać serii drugą szansę. Dziś kajam się i biję w pierś. Żadne inne anime nie zasłużyło w ostatnich latach na bycie najlepszą serią muzyczną jak właśnie Hibike (fani Becka i Nany, nie bić, powiedziałam „ostatnich lat”). Muzyka jest nieustannie obecna w serii, postacie prawie non-stop ćwiczą na instrumentach, a za tak cudną oprawę graficzną to powinno się już iść do więzienia. Drugi sezon jest wykonany z taką samą pieczołowitością i dbałością o detale jak pierwszy – zresztą, to KyoAni, oni nawet z kupy zrobiliby bombkę. Jeśli już mogłabym się przyczepić, to nie do końca przekonała mnie drama z początku. Serio, te japońskie przyjaźnie, które wolą spitolić na drugi kraniec globu niż szczerze porozmawiać… No i Kumiko zbyt często się wszystkim gryzie. Dobra z niej dziewczyna, dlatego tym bardziej boli, że jak na jedną postać dostaje stanowczo zbyt dużo cudzych dram w pakiecie.

8(?)/10 – nie powinnam, skoro nie skończyłam, ale daję w kredycie zaufania. Styl KyoAni może jest już trochę powtarzalny, spokojne okruchy życia zwykle mnie nużą, ale to jest klasa sama w sobie.

Keijo!!!!!!!!

tumblr_ohjuv3nofm1smdjtbo1_540
Wielofunkcyjne tyłki z trybem prania, prasowania oraz odkurzania – zamów już dziś!

Nie masz nic lepszego nad cycka zdrowego – wyszli z założenia twórcy tego anime/mangi, więc dorzucili do pieca całe mnóstwo piersi i pup w walecznej oprawie. W Keijo chodzi bowiem o to, że dziewczyny odziane w stroje kąpielowe walczą na pływającym ringu, by za pomocą wyłącznie piersi lub pupy wypchnąć pozostałe rywalki do basenu. Kaminashi Nozomi również jest zdania, że bicie się tyłkami to nic zdrożnego, a jeśli przy okazji można zarobić grube hajsy, to tym lepiej dla niej. W końcu jej celem jest zostanie królową Keijo i opływanie w wiecznej chwale. W tym celu wspierają ją jej przyjaciółki oraz „rywalki” w jednym: Miyata Sayaka (judoczka z turbotyłkiem), Aoba Kazane (kopiująca masażystka) i Toyoguchi Non (budyniowy cyc). Póki co jednak świeżo upieczone zawodniczki muszą jeszcze ukończyć specjalną szkołę treningową Setouchi, która pozwoli im na pełny start jako zawodowe sportsmenki.

To anime było ze wszech miar zwariowane i nigdy bym nie pomyślała, że tak się wkręcę w oglądanie walk na pupy i cycki. I to jakie – świecące, świdrujące, a nierzadko niemal strzelające laserami! Jestem również zaskoczona, jak szybko dziewczyny z głównej paczki i zawodniczki z klasy zaawansowanej szybko znalazły wspólny język, ba, super się ze sobą dogadywały. Kurde, przyjaźnie poza ringiem/boiskiem/lodowiskiem tak pięknie tej jesieni rozkwitały! Wszystko to i jeszcze więcej zasługa tego, że twórcy (czy może raczej autor mangi) podeszli do tematu z duuużym dystansem i ogromnymi pokładami humoru. Wyrywanie rzepy tyłkiem, wtf. Nie wiem, w sumie mogłabym tylko wypisać co mocarniejsze sceny i nic więcej już nie dodawać, z nadzieją, że albo będzie to największa zachęta dla wahających się, albo wykurzyłabym z tego akapitu ostatnich maruderów, którzy nad istnieniem Keijo ubolewają.
Jakkolwiek efekty świetlne nie były zabawne, to animacja tej serii jest z leksza powiedziawszy do de (w końcu całe anime na de i pe stoi). Słyszałam jakieś dziwne pogłoski na temat słabych subów, rawów czy kij piernik, w których kontury postaci były rozpikselowane – no, to ja właśnie na takie trafiłam, omyłkowo lub nie, i faktycznie, aż czasami oczy zaczynały krwawić. Choć może nie jest to produkcja najwyższych lotów, to i tak miło byłoby zobaczyć wypaśniejszą animację. Z drugiej strony ze względu na tematykę i tak trudno byłoby oczekiwać jakiejś dzikiej sakugi, a przecież tak czy siak seria spełniła swoje zadanie. To co, panowie, spinamy tyłki i rysujemy kolejny sezon?

8/10 – lekko, jajcarsko (choć może lepiej napisać – piersiasto?) i z pierduknięciem. Nie raz spłakiwałam się ze śmiechu, za co ci serdecznie, Keijo, dziękuję!

Mahou Shoujo Ikusei Keikaku

tumblr_ohheqmdSw91raiijfo1_500.gif
Co każda dziewczynka powinna zrobić na dźwięk słowa „kontrakt”.

Pamiętajcie, drogie dzieci – nawet zostanie wirtualną mahou shoujo wiąże się z ryzykiem spotkania Kyubeia. Niestety, niewinna Himekawa Koyuki nigdy nie słyszała o Madoce, więc jak zwykła, nieświadoma niebezpieczeństw czyhających z kosmosu nastolatka marzyła skrycie o zostaniu czarodziejką. Wiedziała jednak, że to niemożliwe, więc w ramach pocieszenia zdrowo pykała sobie w komórkową gierkę, w której wcielała się w rolę Śnieżki, magicznej dziewczynki walczącej ze złymi potworami. Magiczne moce tylko czekają na takie łatwowierne kąski, więc pewnego wieczoru z komórki Koyuki wyłania się Fav, czarno-biała króliczopodobna maskotka, która oferuje dziewczynie zostanie prawdziwą mahou shoujo. Główna bohaterka nawet się specjalnie nie waha i już niebawem pełna zapału skacze po rodzinnym mieście, pomagając ludziom w potrzebie. Ale kiedy tak ochoczo ratujących okolicę czarodziejek robi się szesnaście, nawet pierwszy lepszy ZUS wyczułby zagrożenie z tytułu wypłacania tylu emerytur. Fav postanowił więc dopomóc urzędnikom i zorganizował akcję „wietrzenia magazynów z mahou shoujo”, aby została ich zaledwie ósemka.

Ilość czarodziejek mnie osobiście przytłoczyła i w dwanaście odcinków nie udało mi się w żaden sposób związać z którąkolwiek z nich. No powiedzmy, że szkoda było La Pucelle, fajny chłopak był z tej dziewczynki… fajna dziewczynka z tego chłopaka… no nieważne. Ale drugiej Madoki z tego nie było, nawet jeśli twórcy słali nam hinty na to, że Hardgore Alice wie więcej niż się wydaje. Nie uważam jednak, że jest to zła seria – jest całkiem mroczna, pomysłowa i nigdy nie było wiadomo, kto z czyjej ręki umrze, chociaż że umrze praktycznie każdy, to w sumie dało się przewidzieć. Graficznie było w miarę; same projekty postaci były ciekawe, ale sposób rysowania twarzy już niekoniecznie (oczy na pół głowy i z rozstawem tak dużym, że ciągle myślałam o rozbieżnym zezie). Flaczki sporadycznie zasłaniał cień cenzury, acz szanuję, że w serii o słodkich dziewczynkach twórcy zdecydowali się pokazać co się dzieje z wisielcem. Najbardziej jestem jednak zadowolona z endingu, który mimo swojej statyczności był naprawdę klimatyczny. Bardzo lubię piosenki nano, chociaż jak dla mnie stanowczo zbyt rzadko dorzuca się do anime (w sumie kojarzę tylko opening do Btooom!). A cała reszta? Ech, było, minęło…

6/10 – z jednej strony przynajmniej na końcu nie było tak cukierkowo jak chociażby w Yuuki Yuuna wa Yuusha de Aru, ale przez wielkość obsady nie poczułam nawet połowy tego, co we wspomnianym anime. Szkoda.

Nobunaga no Shinobi

tumblr_ogoq1lNT1B1qz64n4o1_540.gif
Sałatka z wrogów w stylu Sengoku, raz!

Najwięksi mocarze to nie zawsze ci, którzy mają bicki nabite jak worki ziemniaków – czasami to za maską moe kryją się koksy nie z tej ziemi. A jeśli do tego wszystkiego osadzimy moe kok(o)sa u boku samego Ody Nobunagi, to już w ogóle szykuje się piekło.
Mała Chidori, bo to o niej cały czas mowa, mimo młodego wieku jest niezwykle utalentowanym ninja. W dzieciństwie wielki wódz osobiście ocalił jej życie, więc po ukończeniu szkolenia dziewczyna postanawia pełnić u niego cichociemną służbę. W misjach regularnie towarzyszy jej Sukezou, chłopak zakochany po uszy w Chidori, a w pół-komediowym-pół-historycznym tle przewija się z leksza niepoważna gromadka podwładnych i dworzan rodu Oda.

To było jedno z lepiej zagospodarowanych, cotygodniowych trzech minut w moim animcowym życiu. Zresztą, jak się nie rozpływać nad takimi sympatycznymi rzeczami z historyczną wkładką? No jak? Chidori świetnie balansowała między błyskotliwością a naiwnością, a tutejsza wersja Nobunagi była taaaaka cudowna, że aż chciałoby się mieć takiego wujka samo (na pewno?) zło. Gagi, choć proste, potrafiły celnie trafiać puentą, a wszystkie postacie śmiały się i dokazywały aż miło. Animatorzy bardzo ładnie podrasowali dość toporną kreskę oryginalnej 4-comy, w efekcie robiąc z tej serii coś naprawdę przyjemnego dla oka. I nawet jeśli jako rasowy gaijin nie zrozumiałam nic z historii Japonii, to i tak seria oferuje wszystko, czego potrzeba, aby się trochę rozerwać.

8/10 – nie ma co się więcej rozwodzić, więc tylko raz jeszcze gorąco polecę tę komedyjkę.
EDIT: Myślałam, że jestem w tyle jedynie o finałowy odcinek… który nie był finałowy. Seria chyba będzie się ciągnąć również zimą, soł… taki tam falstarcik w ocenie. Ale to taki miły short, że nic nie powinno się zmienić.

Occultic;Nine

tumblr_oglrp59VcP1qe5fxvo9_500.gif
Haters gonna hate, breast gonna… oppai~

Po mocnodolnośrednim Chaos;Head, świetnym Steins;Gate i średniomehowym Robotics;Notes przyszła pora na czwartą historię z tego „uniwersum”. Jak już nazwa wskazuje, do czynienia będziemy mieć z bardzo tajemniczą dziewiątką postaci, którą łączy szeroko pojęty okultyzm. Główną osią historii wydaje się jednak być Gamon Yuuta, autor bloga Kiri Kiri Basara, na którym zbierane są wszelkie szarlatańskie ploty świata tego oraz metafizycznego. Po nawiązaniu współpracy z nastoletnią medium, Aikawą Miyuu, Gamota idzie za ciosem i postanawia zwiększyć obroty stronki przez przeprowadzenie wywiadu z popularnym ostatnimi czasy profesorem Hashigamim, specem od naukowego okultyzmu. Ale Gamota jest gamoń, i choć udaje mu się spotkać z profesorem, to samemu zainteresowanemu wszystko już leży. Trup naukowca to dopiero przedsmak paranormalnego chaosu, bo w niedługim czasie dochodzi do zgonów na znacznie większą i bardziej tajemniczą skalę…

Moja rada na przyszłość – nie dajcie się zwieść średnikom, bo to jeszcze o niczym nie świadczy. Początek zrobił widzom z mózgu kupkę wykałaczek: zawrotne tempo, ilość danych i postaci przewijających się w samym tylko pierwszym odcinku, cyce jak donice czy nowatorska animacja. Jak już przy tym ostatnim jesteśmy, to przyznaję, że choć ilość szczegółów i teł była fantastyczna, to cały czas miałam wrażenie, że coś jest mocno nie tak z jakością. Cierpienie sprawiało mi też nadążanie za fabułą… czy raczej napisami, które poruszały się z naddźwiękową niemal szybkością. Zarówno Gamon, prezes kultu, albinos, jak i prężny pan detektyw mieli zwyczaj prowadzenia tak szybkich konwersacji, że jeśli człowiek nadążył, to było fantastycznie, lecz gorzej, jeśli się ta sztuka nie udawała. Nie mogę jednak złego powiedzieć o historii, bo był to kawał porządnej, plottwistowej i klimatycznej roboty. Szósty odcinek to już w ogóle mistrzostwo. W skali wszystkich średnikowych anime, Occultic;Nine może nie pokonał Steins;Gate, ale zdecydowanie prześcignął pozostałe serie. Wraz z oglądaniem mój respekt coraz bardziej zyskiwały opening i ending, obładowanie symboliką i podpowiedziami jak świąteczny schab śliwkami. Muzykę też dało się odczuć, choć może niekoniecznie będzie to mój soundtrack roku. Po miernym początku seria zaczęła wychodzić na solidną prostą, by na końcu dać satysfakcjonujące zakończenie domykające chyba wszystkie popaprane wątki. Nontet okultyczny okazał się wcale nie taką słabą, przypadkową zbieraniną bohaterów, ale przyzwoicie zgraną i intrygującą ekipą. Cóż, w takim razie do zobaczenia w kolejnym równie dobrym średniku. El Psy Congroo.

7/10 – końcówka dała radę, jak mamę kocham. Co prawda nadal mam wątpliwości co do wystąpienia pewnych paradoksów (choć jak tak powoli myślę to chyba dałoby się je wyjaśnić), ale jak na ilość poruszonych wątków to jestem niezwykle zadowolona z efektu. Kurde, ja to chyba ogarnęłam! Z angielskimi napisami na poczwórnym speedzie! JA!

Show By Rock!! #

tumblr_ogyx7m50gy1qhvhj3o6_500
Dla tego występu warto było obejrzeć drugi sezon.

Wszystko, co ma kotki i pieski sprzedaje się dwa razy lepiej, więc co należy zrobić z serią, w której postacie o kocich, psich i wszelkich innych uszkach są na porządku dziennym? Oczywiście dać jej drugi sezon!
Cyan swoją przygodę w innym świecie już odbębniła, więc wydaje się, że nic już nie może pójść nie tak w życiu nastolatki, która przeżyła zostanie Godoką. A jednak – dziewczyna złapała artblocka stulecia, przez co nie umie ukończyć piosenki na szkolny festiwal. Zgroza, panie, kryj się kto może. Tymczasem w zwierzaczkowym Midi City znów lęgnie się zło, a paskudny Dagger zdobywa nowy zespół mrocznych moe dziewczynek, z pomocą których chce zawładnąć światem. Remedium na takie problemy jest tylko jedno: trzeba znów sprowadzić przeciętną dziewczynę do magicznego wymiaru. To działa skuteczniej niż etopiryna od Goździkowej.

Show By Rock!! to seria dobra – czy „tylko”, czy „aż” to ciężko mi stwierdzić, jednak jest to typ anime, które oglądam z zacieszem, mimo że nic szczególnego się w nim nie dzieje. Mówię wam to po raz kolejny z ręką na sercu, że to seria najzupełniej przeciętna, mocno stereotypowa, ale taka sympatyczna, że i tak chcę ją polecać, chociaż… może nie akurat ten sezon. Graficznie coś nie zawsze do końca pasowało, a fabularnie to już w ogóle przez pół serii jest większa padaka. Wszyscy źli jeden za drugi nawracali się na stronę tęczowych misiów. O ile w przypadku takiej Rosii to dopowiedzenie po poprzednim sezonie, a BUD VIRGIN LOGIC bym przeżyła, bo miała fajny i hintowany zwrot akcji, to już najgorsze co mogło spotkać serię to Dark Queen i jej kjutne retrosy. Czy nie można było zrobić drugiego przeciwnika jak Dagger, który jest zły, bo jest? Nie, bo wszyscy uszaści i ogonkowi bohaterowie muszą być w głębi serca dobrzy, inaczej byłoby to zaprzeczenie słodkości uszek. Na szczęście to co dobre w tej serii się nie zmieniło, a tylko się polepszyło – muzyka. Nowa grupa w postaci ARCAREFACT to miód dla moich uszu jeśli chodzi o japoński pop ze skrzypeczkami w tle. Uwielbiam takie klimaty. I jeszcze dali mi postać przystojnego niebieskiego jednorożca o imieniu Titan (chemicznie!), który gra na fortepianie, ma głos Subaru z Re:zero, dobre serduszko i dwóch słodkich, młodszych braci? Czy oni chcą mnie zabić? Dobra, wybaczam wszystko co złe i idę odpalić po raz kolejny playlistę z piosenkami. W końcu show musi trwać!

7/10 – nie znam się i chcę to oglądać dalej. Byleby tylko wciąż grali na koncertach, a nie robili festiwalowo-plażowe odcinki.

Shuumatsu no Izetta

tumblr_oetg225QD21rac3s9o1_540.gif
Laski lecą na świecidełka, mówili. Lecą. You know.

Japończycy wiele rzeczy robią fantastycznych – fantastyczne pociągi, księgarnie, konwenty… i fantastyczną fantazję na temat II wojny światowej. Początek był w gruncie rzeczy taki sam jak w rzeczywistości: Niemcy (w anime cesarstwo Germanii) zaatakowali Polskę, a Francja i Wielka Brytania groźnie tupnęły nóżkami, słownie sprzeciwiając się takiemu stanowi rzeczy. W następnej kolejności na widelcu niemieckich sił zbrojnych znalazło się istniejące tylko w alternatywnym świecie maleńkie księstwo Elystadt. Pochodząca z niego młoda księżniczka Fine stara się jak może, by małżeństwem z przeszło dwukrotnie starszym, brytyjskim księciem zapewniło bezpieczeństwo jej ojczyźnie, ale kiedy misja kończy się fiaskiem, a dziewczyna wpada w ręce wroga, honorowa śmierć wydaje się jedynym słusznym rozwiązaniem. Przypadkowo jednak w samolocie, którym Fine ma zostać dostarczona do Niewąsatego Fuhrera, znajduje się stalowa kapsuła wielkości nastoletniej wiedźmy. Znajduje się w niej… no jasne, że nastoletnia wiedźma! I to taka jedyna w swoim rodzaju, ratująca księżniczki na rączych karabinach.

To nie jest zbyt łatwe w ocenie anime – oryginalna, umieszczona w dość intrygującym Europejczyków uniwersum miała wielkie szanse zostać kolejnym kitem na miarę Gosicka. Już samo użycie jako bazy II wojny światowej i wepchnięcie w niego czarów oraz magicznych dziewczynek prosiło się o solidną skuchę, ale jeśli odrzuci się samo porównanie, to… cóż, to nie była zła seria. Owszem, pacing miała dość słaby, macanki i jedzenie ciasta to nie były moimi ulubionymi częściami “fabuły”, ale poza tym w 12 odcinkach udało się przekazać całkiem solidną opowieść. Flaki nie ciągnęły się kilometrami, ale mimo to miałam poczucie, że ta wojna faktycznie jest wojną, choć oczywiście absolutnie nie tak ciężką jak ta w rzeczywistości. Jeśli ktoś dowiedział się o czymś niepowołanym – cóż, kulka w łeb. Miał za duże parcie na władzę? SS-man w prezencie. Propaganda? Normalka. Twórcom na pewno należy się plus za nawiązania do prawdziwych dat, miejsc i wydarzeń (choć odszyfrowanie ich czasami stanowiło nie lada problem). Kiedy jednak przejdziemy do bohaterek, to niestety robi się odrobinę gorzej. Jakkolwiek do yuri nic nie mam, to nie do końca czułam chemię między bohaterkami. Szczególnie patrzę w kierunku Izetty, dla której powtarzanie raz za razem “hime-sama” było chyba jedyną poważniejszą formą wyrażania się. Fine natomiast mimo wszystko zaimponowała mi konsekwentną grą pod publiczkę i wykorzystaniem legendy Białej Wiedźmy w politycznej grze. Kiedy przychodził czas, umiała zebrać się w sobie i stawić czoła poważnym sytuacjom, choć to wcale nie znaczyło, że Izetta nie była dla niej najważniejsza. Zakończenie wydaje mi się jednak dość naciągane i wcale bym się nie obraziła, żeby ten ostatni wybuch rozdupczył co miał rozdupczyć, bo… cóż, posiadanie kochanki na boku nigdy nie kończy się dobrze. Wykonanie było przyzwoite, choć pod koniec jak zwykle anime dostało quality gorączki. Za muzykę wcale nie odpowiadała, jak przypuszczałam na początku sezonu, Kajiura Yuki, ale nieznana dotąd pani o pseudonimie (chyba) Michiru. Cóż, w takim razie gratuluję ładnego soundtracku i życzę, aby przerosła w przyszłości mistrzynię włoskich chórków. Opening i ending to ładna, przyzwoita robota, ale też nic, nad czym można by się pastwić lub rozwodzić. Jak zresztą nad całym anime.

6/10 – okej fabularnie, okej techniczne, okej… no okej. I żyli długo i szczęśliwie, hodując stado corgi w chatynce na zadupiu. Och, wait. Mam jakieś dziwne skojarzenia…

Udon no Kuni no Kiniro Kemari

tumblr_ofknurwdia1vx8mzlo1_540
Bitch, I’m fabulous~

Nie każdy świeżo (lub troszkę bardziej nieświeżo) upieczony niespełniony zawodowo dorosły ma okazję spotkać dżentelmena oferującego tabletkę młodości. Czasami punktem zwrotnym jest śmierć ojca i konieczność powrotu do domu rodzinnego, aby uporządkować go przed sprzedażą. Tawara Souta bierzę więc bliżej nieokreślony długością urlop i jedzie z Tokio do rodzinnego miasteczka w prefekturze Kagawa, gdzie musi odbębnić swą synowską powinność. Powinność, bo w młodości pokłócił się z rodzicami na temat swojej kariery i zamiast przejąć rodzinną knajpkę z udonem, wybrał wielką karierę jako projektant stron internetowych. Podczas oględzin domu Souta natrafia na dzban, w którym znajduje… dziecko. Całkiem dobre, żywe dziecko, smacznie śpiące sobie na worku zboża. Z głównego bohatera mimo wszystko jest całkiem poczciwy chłop, więc postanawia przez chwilę zająć się małym, aż nie znajdzie jego opiekuna. A to proste raczej nie będzie, bo na spacerze chłopiec pokazuje w pełnej, puchatej krasie swoje prawdziwe ja jako tanuki.

Najlepsze dzieciorki to dzieciorki po przejściach – im gorsze przejścia, tym sympatyczniejsze malce. W Amaama to Inazuma Tsumugi straciła matkę, w Usagi Drop Rin była nieślubnym dzieciakiem i sierotą, a tutejszy Poco to w ogóle nawet gatunku ludzkiego nie jest. I co? I takie dzieci przynajmniej umieją się zachować, są słodkie, a nawet jak są niegrzeczne, to w jakiejś zdrowej proporcji do reszty świata. Polecam serię – choć udon w nazwie może przynieść skojarzenie z kolejnym do cna kulinarnym Amaama, to Udon no Kuni naprawdę jest porządną, lekką obyczajówką. Jedzenia przez kilka pierwszych odcinków nie uświadczymy prawie wcale (jeden niedogotowany makaron na cztery odcinki to naprawdę nic), za to rozwój Souty jest lepszy niż nawet najdłuższe kluchy. Miło było obserwować, jak odkrywa w sobie powołanie tacierzyńskie, i szczerze mu kibicowałam, aby przy okazji znalezienia fajnego malucha na jego drodze znalazła nie mniej fajna kobitka. Przyjemne, nieco pastelowe kolory wraz z prostymi projektami postaci sprawdziły się w tej spokojnej serii naprawdę dobrze. Brak fajerwerków akurat w tym anime jest jej atutem, choć jednocześnie nie brakuje w nim humoru. Strasznie sympatyczna pozycja, coś w rodzaju Shounen Maid, tylko jeszcze bardziej sielska.

Niestety, jeszcze nie jest skończone, dlatego powstrzymam się przed oceną (a tak naprawdę to nie słuchajcie, zasługuje spokojnie na 7/10).

Watashi ga Motete Dousunda

tumblr_ofvxmvigIy1qa3yjho1_1280.gif
To był ciężki sezon na zachowanie godności.

Serinuma Kae jest okazem kwiecistego pączka… pączka… i może na tym poprzestańmy. Choć jej sympatyczna osobowość jest piękniejsza od puszystej otoczki, to i na duszy dziewczyna ma wielką „skazę” – jest nieuleczalnym przypadkiem fujioshi, czyli fanki, która paruje wszystko co ma dwie nogi i jest rodzaju męskiego. Ten zaszczyt nie omija także kolegów ze szkoły Kae, których dziewczyna obserwuje z czasami chorobliwą wręcz częstotliwością. Pewnego nieszczęsnego dnia dochodzi w życiu głównej bohaterki do dramatu, kiedy ginie jej ulubiony bohater z anime. Przeżywa jego śmierć tak bardzo, że przez tydzień nie wychodzi z wyra. Kto inny może nabawił by się odleżyn, ale główna bohaterka z pączka (tym razem nie nadzianego) przeobraża się w szkolną piękność. Pod największym wrażeniem jest czterech kolegów: Igarashi, Nanashima, Mutsumi oraz Shinomiya, którzy teraz towarzyszyć będą jako jej męski harem oraz niekończący się kontent do pairingowania.

Wraz z postępem serii polubiłam wszystkich bohaterów i mimo że wciąż najmocniej chyba kibicuję Mutsumiemu, który wreszcie ogarnął, co czuje do bohaterki, to i tak nie uważam pozostałych chłopaków za zapychacz przestrzeni. Są bardzo sympatyczną zgrają, mimo swej zamierzonej sztampowości. No i równie cudna Shima – w sumie pasowałaby do Igarashiego (niah, niah, pairing mode is activated). Seria była źródłem mojego nieustannego zacieszu – nawet nie wiecie, jak żarty z fujioshi pasowały w odniesieniu do zajarania Jurkami na lodzie. W tym kontekście dobry był chociażby gag z odwiedzeniem grobu dawnego japońskiego generała. Jakaś starsza pani dziwiła się, co tak dużo młodych kobiet zjechało tego roku na uroczystość rocznicową, myśląc, że wypuszczono jakiś ciekawy serial historyczny, a absztyfikanci Kaede w głowach komentowali “żebyś ty babciu wiedziała, co to za serial….”. Tak to jest, jak się wykorzystuje prawdziwe lokacje czy postacie. Jedyne co mogę mieć tej serii za złe to miejscami zbyt duża kumulacja wszelkich shoujowatych motywów na sekundę. W jednym odcinku ekipa gubi się na bezludnej wyspa, w kolejnym gubi się w lesie, a potem jeszcze gubi w jaskini… Nie do końca wiem, czy autorka miała problem z tym, jak odseparować chłopaków od siebie, czy to również miała być parodia. Mimo to była to jedna z lepszych, jeśli już nie najlepszych komedii w tym roku. Bardzo cieszę się z tego, że manga wychodzi u nas, bo przynajmniej się człowiek się w ludzkim narzeczu dowie, co dalej. A jeśli nie kusi was, by wesprzeć polski rynek, to zerknijcie na anime, niezależnie od tego, czy chcecie się pośmiać z „Tych Durnych Yaoistek” czy same nimi jesteście, oczywiście z odpowiednią dozą dystansu.

8/10 – ładne, zgrabne, estetyczne, muzycznie letko padaka, ale styknie. Bardziej za humor i fajną obsadę niż za jakieś fabularne fajerwerki. Śmiech to zdrowie. Rzekłam.

Yuri!!! on ICE

tumblr_ohgxw50cOC1qkz08qo1_500.gif
Nie uciekniecie od Jurków. Po prostu nie.

Doszliśmy wreszcie do anime, które według wielu fanek uratowało rok 2016 (a pewnie i wiele kolejnych fandomowych lat). Katsuki Yuuri jest zawodowym łyżwiarzem figurowym, któremu udało się dostać do finału Grand Prix. Tam mógł na własne nogi zmierzyć się ze swoim idolem, Viktorem Nikiforovem, lecz presja okazuje się tak wielka, że Yuuri przegrywa z kretesem i zajmuje ostatnią lokatę. Potem zawala koncertowo cały sezon, aż wreszcie z podkulonym ogonem wraca do rodzinnego Hasetsu. Yuuri poważnie zastanawia się nad zakończeniem kariery łyżwiarza, lecz resztki dawnej pasji odzywają się w chłopaku, kiedy w idealny sposób udaje mu się odtworzyć program Viktora z rzeczonego finału. Jakimś fangirlowskim zbiegiem okoliczności nagranie z tego przejazdu trafia do sieci, docierając również do samego rosyjskiego zainteresowanego. Takiej okazji wiecznie zadziwiający publiczności Viktor przepuścić nie mógł i w całej trenerskiej okazałości zjawia się przed Yuurim w jego domu. A właściwie nawet wannie.

Co tu powiedzieć, czego nie jęczałybyśmy już od kilka tygodni? Ta seria jest jedyna w swoim rodzaju i jestem jej wdzięczna, że natchnęła mnie do tego, żebym znów czerpała radochę z oglądania chińskich bajek. Nie dość, że jest to nieszablonowa sportówka, to jeszcze nieszablonowe okruchy życia, nieszablonowy romans i w ogóle nieszablonowy bigos wszelkich dzikich rozwiązań w absolutnie uroczym wydaniu. Oglądanie oryginalnych anime jest naprawdę wspaniałym doświadczeniem, bo można napawać się, jak z tygodnia na tydzień cały fandom rozkminia każdą scenę, robi teorie spiskowe na temat raka oraz tocznia (to nigdy nie jest toczeń) i tworzy tysiące przepięknych grafik. Najbardziej jednak moje serce rozmiękczyła gromada totalnie zajefajnych postaci, które mimo ograniczonego czasu antenowego wykorzystały każdy możliwą scenę jak się da. Szczególnie dwójka głównych bohaterów na długo zagości w moim osobistym panteonie postaci, które aż chce się przytulić, razem i z osobna. Yuuri jest uroczą cynamonową bułką, który w swoim Eros mode jest tak bardzo innym człowiekiem, że aż mnie samej grzywka dęba staje. To powinno być nielegalne, żeby tworzyć postacie, które wyglądają zajebiście bez okularów, a potem wyglądają jeszcze bardziej zajebiście z okularami. Viktor, który z początku kreowany był na comic relief, potem stał się tak samo dynamiczną, rozwijającą się postacią jak Yuuri, aż w końcu pewne retrosy z dziesiątego odcinka na stałe zmieniły sposób postrzegania go. No a Jurij/Yurio/Yuroczka, rosyjska koszka namba łan – dużo jeszcze przed nim, ale wierzę, że ten buńczuczny nastolatek jeszcze kiedyś na dobre przerodzi się w urokliwego chłopaka rozdającego pirożki.
Graficznie nie zawsze było okej, a czasami było gorzej niż nie-okej. Rozumiem, że praca nie była łatwa, a oddanie naturalnego ruchu łyżwiarzy to nie pierwszy lepszy rasengan, jednak po pierwszym odcinku często czułam się oszukana. Pozostaje mi wierzyć, że DVD/Blu-ray wszystko naprawi. Z drugiej strony nie mogę nie powiedzieć, że to naprawdę-naprrrawdę ogarnięta sportówka, w której łyżwiarstwo to nie tylko wymówka, ale absolutnie najważniejsza część fabuły. Detale takie jak liczenie punktów, stroje, muzyka – serio, wykonanie jest fenomenalne. A jak już jesteśmy przy muzyce to tu czas na kolejny okrzyk zachwytu, bo była ona zarąbista, od fazowego openingu i endingu, przez kilkadziesiąt (tak, kilkadziesiąt) indywidualnych utworów przygotowanych specjalnie pod łyżwiarskie programy, po sam soundtrack. Jak nie zachwyca, skoro… zachwyca! I robi historię. Absolutnie.

9/10 – gdyby nie kulejąca grafika to… ech, co poradzić. Sprawiedliwość musi być, a fangirlizm powinien przynajmniej w teorii mieć swoje granice. Każdemu polecam spróbować, choć zdaję sobie sprawę, że hajp potrafi być bronią obosieczną.

 

Najlepsza grafika
Czyż naprawdę jest coś lepszego niż sakugogasm z Hibike! Euphonium 2? Bo jeśli ktoś wciąż nie wie, jak dobre to jest, to niech sobie odpali chociażby występ orkiestry na konkursie i przypatrzy się na te wszystkie ruchy palców grających na instrumentach. Albo w ogóle byle jaką scenę, bo ilość detali i pięknych teł mnie osobiście poraził. Czysta zaczepista.

Najlepsza muzyka
Yuri!!! on ICE ze względu na masakryczną masę dobrych utworów. Seria może poszczycić się nie tylko bogactwem insert songów (które dostały oddzielną płytę), ale też kochanym sountrackiem, pełnym pianinowych i skrzypkowych melodii. Że już nie wspomnę, jak muzyka z końcówki odcinka dziewiątego mocno chwyciła mnie za serce…

Najlepszy opening/ending
„Hikari Are” z Haikyuu!! 3 – wybór wcale nie jest taki trudny, bo ten opening był animacyjną klasę wyżej niż pozostałe. Scena ze skaczącym Hinatą, które zmienia się na ujęcie pikującego kruka jest naprawdę magiczne. Ciężko będzie o tym zapomnieć.

Najlepsza postać
Oda Sakunosuke z Bungou Stray Dogs 2. Chciałam wstawić cały panteon postaci z Jurków, ale chyba Odasaku udało się coś, czego nie zdołała żadna inna postać – pokochałam tę postać w cztery odcinki (a właściwie nawet mniej, w czwartym moja dusza już tylko ryczała). Świetny facet, absolutnie fenomenalny jako „złodupiec” i jako człowiek.

Moje OTP
He… hehe… błagam… to jest coraz bardziej tendencyjne i straszne. Ale na szczęście nie było takiej konkurencji, żebym musiała oszukiwać. Viktor x Yuuri to najlepsza para, jaka mogła się przydarzyć w tym sezonie, nie, w tym roku. Zdrowy, subtelny, choć niepozbawiony czułości i przytulasów związek, a nie jak w tych wszystkich shoujo, w których byle dotyk dłoni jest analizowany przez pół serii, że o rozmowach łaskawie nie wspomnę.

Największe wtf?!
Świdrujące cycki? Cerber zaklęty w pośladkach? Hip of Babylon? A może jednak obrącz… nieee. Zostańmy przy Keijo, kopalni wszelkich śmiechogennych łot-de-faków w tym sezonie. Każda kolejna technika walki pupą i piersią powodowała jeszcze większe zdziwko niż poprzednie. I wiedzcie, że było ono dobre.

Moje guilty pleasure
Jakkolwiek źle to nie zabrzmi, to jednak wybieram właśnie Keijo. Było cudowne i było prześmieszne, ale absolutnie, aaabsolutnie nie chciałabym przyznawać się rodzicom, że takie coś obejrzałam. Wszystko, nawet Naruto, ale może nie to.

Największy zawód
Animacja w Jurkach. Weźcie, po pierwszym odcinku narobili smaka na orgazm dla oczu, a potem wyszło jak wyszło. Z drugiej strony bardzo mocnym zawodem było też Flip Flapers, gdzie… animacja była super, lokacje były super, ale fabuła już nie do końca.

Najlepsza kontynuacja
Jak się cieszę, że mamy takie rozbicie w kategoriach. Darya zaraz tu wskoczy i napisze, że naj-naj był piaty sezon Natsume (i ja jej wierzę, naprawdę), tylko że ja jestem trzy sezony do tyłu i nie mogę tego powiedzieć tak absolutnie z czystym sercem. Na szczęście od tego mam Dar. Ja wybieram Haikyuu!! 3 i idę cieszyć się ze zwycięstwa chłopaków z Karasuno w innym kosmosie, bo ten już zaczyna nie mieścić mojego poziomu zadowolenia.

Najlepsza nowa seria
Pięknie to przewidziałam w poprzednim podsumowaniu, choć sama w to chyba nie wierzyłam. Tak, miejmy to już za sobą – Yuri!!! on ICE wygrywa w moim sercu i nie jest mi straszny żaden pogardliwy wzrok skierowany w moją stronę. Jurki dały wszystko co najlepsze mogą dać serie oryginalne: teorie spiskowe co tydzień i masę smaczków technicznych i zakulisowych, jak również fantastyczną muzykę… kheanimacjękhę… kawał interesującej sportówki no i… bohaterów. Gromadkę słodkich bułek i ziemniaków w różnym stadium, bez których tak ciężko będzie żyć od środy do środy. God bless the Jurki. Amen.

 

Ale, ale, to jeszcze nie koniec podsumowania! Jestem tu z wami już okrągłe cztery kwartały, które dają pełny rok, a jak rok… to czas na podsumowanie roku. Z tej okazji z boku bloga znajdziecie ankietę, w której to wy, moi drodzy parafianie, bierzecie sprawy we własne ręce i wybieracie głosem ludu najlepszą (a może lepiej byłoby – ulubioną) serię roku. Nasze zestawienie naszym zestawieniem, jednak czytelnicy nierzadko mają odmienne zdanie i chętnie się dowiemy, co w roku 2016 wam w duszach grało. Ze względu na ogromną ilość różnych tytułów zawęziłyśmy jednak wybór jedynie do serii TV w pełnym wymiarze odcinków. Pamiętajcie jednak, że o pozostałych typach jak shorty, kinówki, OVA i odcinki specjalne zawsze możecie napisać w komentarzu notki podsumowującej – Dziab wszystko przeczyta. Ankieta będzie aktywna przez tydzień (mam nadzieję, że ilość danych mnie nie przytłoczy), o czym postaram się regularnie przypominać i informować.

A tymczasem… do następnego!

~Dziabara

Advertisements

18 komentarzy do “Yaoi on ice oraz yuri w ilościach hurtowych – podsumowanie anime sezonu jesień 2016

  1. O, byłam przekonana, że skomciałam, a tu jednak nie.

    Mnie się Driftersi nie podobali. Humor nie mój, bohaterów początkowo miałam ochotę zbiorowo utopić we wrzącym oleju, ale jednak koniec końców zbyt kompletnie mnie nie obchodzą, żeby ich nawet hejcić. Bardzo, bardzo mnie meha podejście do kobiet, nie mam nic przeciwko seriom, w których populacja żeńska jest znacznie mniejsza od męskiej, ale pod warunkiem, że panie są przyzwoicie napisane, a tu mamy a) chodzący fanserwis z dodatkową opcją zatychania się z wrażenia nad ołsomnością gierojów, b) psychopatyczną zUą biczę, której dobry Toyo wygłosi wykład w stylu „marsz do kuchni, babo, a nie jakieś wymysły”, c) rozkapryszonego dzieciaka, który bardzo się stara sprawiać wrażenie groźnego przeciwnika, a wychodzi mu jak Jureczce z kocimi uszkami pozowanie na tygrysa. Mam nadzieję, że kontynuacja wyjdzie w jakimś przyzwoitym sezonie, w którym będzie wybór ciekawych serii i nie będę się musiała z desperacji za nią chwytać.

    Nishioka ukradł całe Fune wo Amu, aż go dodałam do ulubionych na MAL-u. Tak bardzo się ucieszyłam, kiedy po paru odcinkach ciszy w tym temacie okazało się, że jednak nie zerwał ze swoją dziewczyną, tylko jest szczęśliwie żonaty i dzieciaty <3 Chociaż ta nowa babka, jak jej tam było, która doszła po time skipie, też była bardzo fajna. W ogóle bohaterowie mi się w tej serii bardzo podobali, no, Kaguya była trochę nudna, ale znośna. Heh, a ja tam lubię ten opening ^^

    Keijo!!!!!!!! było jednym z najprzyjemniejszych zaskoczeń w tym sezonie, w życiu bym nie myślała, że taka seria tak mi się spodoba. Naprawdę polubiłam bohaterki, bardzo fajne też było to bratanie się poza Lądem, nie tylko z dziewczynami z klasy zaawansowanej, ale i na koniec z przeciwniczkami z tej drugiej szkoły. Trzymam kciuki za kolejne sezony, chociaż zakończenie ta seria miała w sumie równie wyraźnie sugerujące sequel, jak Jurki, więc się o to zbytnio nie martwię.

    Niech sobie Nobunaga no Shinobi wychodzi na zdrowie dalej, choćby i w setki epizodów szło to tym lepiej C: To taki uroczy, fajniuchny cotygodniowy cukiereczek na poprawę humoru. Sorry, dziadu z Driftersów, w tym sezonie był tylko jeden jedyny słuszny Nobunaga Oda i to nie byłeś ty.

    Izetta miała taaakie fajne momenty… a potem wszystko brało w łeb przez durną cukierkowość. I to zakończenie, oessu, a już miałam podwyższać ocenę za ładny ostatni epek. Jedynymi bohaterami, którzy mnie trochę obchodzili, byli Berkmann i ten niemiecki – pardon, germański pilot.

    Właśnie doszłam do połowy w rewatchaniu Jureczków i, Eru, wcześniej nie zwracałam uwagi, ale teraz jak to quality daje po oczach… ;p Za to oglądanie wszystkiego z perspektywy wiadomego plot twistu i wyłapywanie smaczków, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi, jest czudne <3 A, no i dubbing, danke schon kto tam w swoim czasie zamieścił na FB ten filmik z fajnymi dubowymi momentami, przez który się zachęciłam :D

    Z niewymienionych a niedennych serii oglądałam jeszcze drugiego Ajina, który mnie zaskoczył równie fajnie jak Keijo. Pierwszy sezon był, no, przyzwoity, ale często gęsto nudnawy, dopiero pod koniec razem z rozwojem planów Sato zaczęło się robić ciekawiej. W drugim się od początku do końca dzieje i to porządnie, tylko łyżwiarzy wyczekiwałam z tygodnia na tydzień z większą niecierpliwością. Animacja też się mam wrażenie poprawiła, zrobiła bardziej naturalna, ale fakt, że za bardzo byłam zajęta akcją, żeby za bardzo zwracać na nią uwagę. Cieszę się, że najwyraźniej czeka nas przynajmniej jeszcze jeden sezon. Tylko szkoda, że patrząc po AO3 najwyraźniej interpretuję sporo rzeczy zupełnie inaczej, niż cała reszta fandomu.

    Lubię to

    • Jak się komuś Keijo nie podobało, to niech idzie ze mną na solo! D:<
      …no dobra, żartowałam, każdy ma swój gust. Ale fajne było, strrrasznie fajne!

      Recka z Jurków będzie, jak będzie :”D I ja też się nie mogę doczekać.

      Lubię to

  2. Chciałam napisać „spoko”, bo w moim podeszłym wieku już nie chce mi się śledzić sezonowców na bieżąco (z wyjątkiem Aggressive Retsuko i, ostatnio – Sengoku Choujuu Giga), ale jednak napiszę coś więcej.
    To ten.
    Z Driftersami czekam aż manga od JPFu zrówna się z anime, bo tłumaczenie na Crunchy jest okej, ale jednak Dybała z kolegami odwalili fantastyczną robotę, której daję okejkę Fana Sengoku – choć zdaję sobie sprawę, że te długaśniaste przypisiory w anime nie mogłyby mieć miejsca, nie w dzisiejszych czasach – bo chyba, że w takiej formie jak w subach do Oruchuban Ebichu.
    We Flip Flappers kompletnie brakuje mi chemii, początek jest o tym, jak Cocona nienawidzi tej irytującej, narzucającej się Papiki. Dalej nie oglądałam. Ich twarze są bez wyrazu, ich interakcje kiepskie, jak chcę magical girls z sakugą mam jeszcze dużo Precure do nadrobienia – Precure są szczere, bezpretensjonalne i ich bohaterki mają w miarę naturalne reakcje i interakcje.
    Potwierdzam, Tawawa była bardzo przyjemna, nawet mimo że nie jestem fanem wielkich cycków.
    Eno, Nobunaga no Shinobi jeszcze trwa! Zaskoczyło mnie, że Crunchyrollowi udało się nawet wrzucić odcinek zerowy, o tym, jak się poznali, bo byłam pewna, że zostanie na youtubie, nigdy bez jakichkolwiek subów. W ogóle, trzy Nobunagi w tym sezonie, a żaden nie jest panienką, tylko dwaj faceci i kukułka, panie, co za czasy!
    Izetta mnie mocno rozczarowała, bo raz, że po wafla wymyślają jakieś udawane konflikty i kraje, boją się wklejać swastyki, czy co? A dwa, że zapowiadało się na coś podobnego do Maria the Virgin Witch, ale było zupełnie bez mocy i polotu tamtego.
    Ankieta ma Brave Beats i odpowiednią ilość wykrzykników przy Keijo!!!!!!!!!, poniekąd szanuję (chociaż Go! Princess Precure bym dodała, skończyło się w tym roku w końcu, no i Zhen Hun Jie lubię (ale jestem dopiero gdzieś w połowie, no i to chyba 100% chińska produkcja), a i Brotherhood: Final Fantasy XV bardzo mi się podobał, tyle że trochę nie da się go oderwać od gry. No ale godzę się na takie traktowanie, sama wybrałam tę ścieżkę gdy zostawałam fanem niszowego shitu ;)

    Lubię to

    • Też miałam czekać, ale tempo JPFu jest naprawdę, naprawdę… frustrujące. Jakkolwiek nie mam do nich ogromnego szacunku i wiem, że robią swoje mangi dobrze, to jednak plan wydawniczy znowu jest jakiś taki nieokiełznany. A poza tym – lepsze zostawia się na koniec. Wtedy mogę mieć frajdę i z anime, i z mangi (bo poodkrywam nowe smaczki, których nie zrozumiałam z subów).
      Flip Flappers to w ogóle czegokolwiek brakuje poza grafiką. Nie tylko między bohaterkami nie grało ale z nimi samymi było coś nie halo. Także tak, bierz wszystko, co tam masz, bo na pewno będzie fabularnie lepsze i sympatyczniejsze.
      Jeee, ktoś jeszcze oglądał Tawawę! :D Hajf fajf!
      No rypnęło mi się, zrobiłam dopisek. Byłam przekonana, że było oznaczone jako zakończone na malu i dopiero po obejrzeniu 13 odcinka musiałam aż zajrzeć i przetrzeć oczy. Ale co się odwlecze, to nie uciecze :)
      Izetta – jak dla mnie dobrze, że nie zrobili magicznego yuri w kontekście prawdziwej II wojny, bo by to wyglądało po prostu durnie. Z drugiej strony chyba nie chcieli pójść w sztampę i wymyślać kolejnego konfliktu w quasi-średniowiecznym świecie, bo mało kto już by się na to nabrał. A tak to i trochę kontrowersji liznęli, i się zbyt mocno realiami nie skalali.
      Zasługa anicharta, było najłatwiej ogarnąć XD Z głowy bym tego nie dała rady stworzyć. Za Precure cię przepraszam, mogło mi umknąć właśnie dlatego, że początek był jeszcze w 2015, a nie ogarnęłam, że się skończyło w tym. Mogę dopisać, ale pewnie lepiej będzie, jeśli zachowam to w pamięci, bo już zagłosowałaś na co miałaś zagłosować .3. No i chińsko-chińskie bajki – to nie ja decydowałam, to stronki, ja jestem niewinna :< (ciężkie kryteria chińskich bajek są ciężkie, jak się sama w notce przy okazji Shelter rozpisywałaś).

      Lubię to

      • Iii tam, tempo JPFu. Tempo Hirano, to jest to! Na kolejne tomy Hellsinga czekało się czasem dłużej niż na drugi i ostatni tom Tokyo Toy Box.
        Przed chwilą zobaczyłam, że były jeszcze wa dodatkowe odcinki Tawawy na blureju, właśnie zassałam, zaraz też obejrzę :3 Dobra Tawawa nie jest zła!
        No gdyby Izetta była czymś więcej niż tylko fanserwiśnym yuri, to wolałabym prawdziwsze dekoracje – Maria w końcu brała udział w rzeczywistym konflikcie, choć dużo dawniej i trochę na uboczu. Mam wrażenie, że jednak nie chciało im się robić riserczu, a i tak jeszcze cała „zachodnia kultura” to wszystko to samo, więc po co się męczyć, i tak nikt tego nie doceni. Gdzie te czasy, gdy w Lucky Starze Konata z koleżankami dyskutowała o mitologii greckiej BEZ długaśnych przypisów ani wyjaśnień kto jest kim ;_;
        Rety, nie przepraszaj, mówiłam – jest Brave Beats, jest impreza :D Ja ostatnio głównie korzystam z chartów na MALu, bo jeszcze przy okazji pokazują mi co jest na moje liście i mogę się przeklikać, bardzo wygodna opcja.

        Lubię to

  3. Mnie jakoś ekranizacja mangi Junko nie porwała, obejrzałam to głownie dla ładnej kreski, a to dziwnie, bo powinno mi się podobać… Fune za to wszyscy mi polecają i jak tylko skończę Udon, który przemawia mi do serducha całkowicie to chyba się za Fune wezmę :D

    Lubię to

    • Mangę już mam w łapkach i muszę powiedzieć, że kreska w anime była odrobinkę ładniejsza :O
      Fune jest fajne, Fune okruchy życia :) Po Udonie powinno się sprawdzić idealnie, mniej więcej ta sama kategoria spokoju i słodyczy (chociaż ja wolę Poco od słowników).

      Lubię to

  4. nie mówcie że głównym złolem w drifters jest Jean Clode ;-) choć w sumie może to nie dziwne w końcu była seria w której zła samurajka aktywowana całusem jej najpotężniejszym zaklęciem był cytat…
    dobra jak oglądałem (acz muszę zakończyć bo są na holdzie filmy kungfu i gify same się nie zrobią ;p ) keijo szalony pomysł tony śmiechu acz zobaczyłbym główną bohaterkę w alternatywnej serii gdzie by pokazano jak zdobywa medale na zawodach akrobatycznych ;) izetete trochę mi przypomina mai otome clasicoidy wciąż nie wiem dlaczego z fredzia zrobili hikimori z tego co pamiętam odludkiem nie był :) do tego jeszcze nie ujęte tu magic kunn?? renesanse panna magiczna florystka i stado bishów może to i stereotypowe ale co poradzę że bohaterka słitaśna że można by hurtownie waty cukrowej otworzyć :) szczęśliwego nowego roku dla całej ekipy lemurili :)
    i taneczny gif w prezencie
    http://makeagif.com/i/vVxRAT

    Lubię to

    • Jezus Maria, jasne, że nie Jean Clode Wam Da XD
      A wiesz, że coś podobnego pomyślałam w trakcie oglądania? Że te supermocne dupcie i nogi to przecież miałyby zastosowanie w zupełnie innych dyscyplinach. Ba, życie mogłyby ratować! Ale cóż, wszystko dla beki :)
      Tak samo jak Fredzio-odludek dziwnym pomysłem jest Mozart-lowelas. Naprawdę nie wiem, co robili, kiedy wybierali charaktery postaciom. Grali w rzutki?
      Co zrobisz, jak tyle serii do oglądania (i jeszcze więcej do nadrabiania ;) ) Jak wszystko ląduje to na moją emerytalną listę to watch.
      Spóźnione, ale nie mniej szczere życzenia dobrego roku, rob :)

      Lubię to

      • mi przyszło to do głowy bo wspomniano tam zdaje się że była super zdolną akrobatką i się o nią szkoły gimnastyczne biły w całym kraju dobrze było by zobaczyć taką ścieżką jej kariery zwłaszcza że dawno już nie widziałem anime o gimnastyce sportowej czy akrobatyce :) a co do ratowania życia zobaczymy to pewnie w sezonie drugim xDD odpieranie inwazji obcych mocą 4 liter xDD

        Lubię to

  5. W zimowym honor licealistów będzie ratowało AnE, nie? (jeśli uznać tę ich szkołę za liceum) Aleeeee, no, jesień mamy, jesień. Tak. Gdzie mi do tych 17 serii, ale cośtam jednak się widziało…

    Bungou Stray Dogs 2 (a właściwie podpis do gifa) – a najlepiej, jak dać w tle jakieś chórki. To już w ogóle nie do przebicia. Właśnie, miałam te pierwsze odcinki obejrzeć… UPS. No, wrócę do tego. A co do brakujących twarzy pat pata po plecach Bones bawi się w Toei? (beztwarzowy „Slender Mu” swego czasu miał się w fandomie dobrze.)

    Drifters – o, toto oglądałam! Mi akurat ciemność nie przeszkadzała – była na tyle jednostajnie, że wsadziłam do szufladki „klimat serii” i dalej się nad tym nie głowiłam. Co innego, jakby każdy odcinek inaczej, ale tak nie miałam co się czepiać. Zgodzę się co do tych „fanowskich animacji” z openingu (w ogóle, opening fajny, na na na na…). Ale i tak najbardziej w pamięć mi zapadły właśnie Odpady – Joaśka zionąca ogniem, no zrobiło to na mnie solidne wrażenie. Czarny Król, hmmmmmm, kto to może być? Ja wiem, Lord Voldemort! Kontynuację obejrzę, choć Hellsing akurat bardziej mi się podobał (co nie znaczy, że Driftersi źli, brońcie…)

    …a, ten, mogę tu alfabetycznie wepchnąć Nozakiego od konwentów? Bo obejrzałam akurat w sezonie jesiennym, i… tu by pasowało, pod G… Bardzo to przyjemne było, cieszę się, że wepchnęłam na czwartkowe oglądanie (tak jakoś się wpasowało). Sakura momentami miała swoje momenty iście szojcowe, ale na tyle rzadko, że nawet nie zdążyłam się porządnie zirytować ani nic, a jednocześnie na tyle często, żeby było widać, że dalej jej zależy i w ogóle, czemu jej senpaj nie notuje, czarną robotę za niego odwala a ten co? A, i dobrze, że takie zakończenie, Nozaki który po całym sezonie bycia ślepym nagle się ogarnia przez pół odcinka nie pasowałby do klimatu serii moim zdaniem. Ale to tak, no, trochę nadprogramowo. W sezon zimowy też coś starego wepchnę. ^ ^”

    Haikyuu!! (tam są dwa wykrzykniki, tak? nachyla się do monitora tak… Dios, co za sezon.) – a czemu w sumie odleglejsza? Materiał mangowy jest na wykończeniu? Wiesz, zawsze mogą machnąć jakiś film albo co…

    Keijowykrzykniki(jestemleniem) – w dalszym ciągu boję się nawet sprawdzić, jak to wygląda. Nie że ubolewam, ale jakieś opory mam O_o zaufam Twojej opinii… (ten gif to rozumiem odkurzanie przedświąteczne?)

    Mahou Shoujo – paaaanie, jakie emerytury… gdzie, przeca nie od ZUSu… ale to w sumie może bym i kiedyś nadrobiła? Mimo tej 16… Pewnie by to lepiej było upchać w 24 odcinki, albo coś. Ale tak, już po wstępie do sezonu to mi się po tyle głowy kołotało, a że doobejrzałaś i nie radzisz uciekać z wrzaskiem, to zapiszę gdzieś ten tytuł, na… na kiedyś.

    Occultic;Nine – kurczę, mówisz że się rozkręciło, a ja po 3 odcinkach (czy tam 4) stwierdziłam, że nie zdzierżę i rzuciłam w diabły ._. I w sumie jedyne co pamiętam z tej części co obejrzałam, to właśnie te antygrawitacyjne cycki i to, że podobało mi się to wyliczanie w endingu… eh. Moja strata.

    rozgląda się nerwowo Tego. No…
    SaikiKusuonoPsiNan-jawiem,żemiałamjużniepisaćiwogólemiałosięskończyćnapoczątkujesienialestudiozrobiłomifajnąniespodziankę,liczbęodcinkówzmieniłoz85na120,iwefekcieterazwtenponiedziałekoglądałamostatnieino,nieżałujężadnejztych4minutnaodcineczekiwogólebędziedrugisezonimamztegopowodubanananatwarzyijużkończędziękujęzauwagę.
    Nie ma czasu na spacje.

    Watashi ga cośtam – wait, też tak chcę, z tym niewychodzeniem z wyra! Może i ze mnie nie pączek, ale… dobra, w sumie mi by wystarczyło, żeby ten tydzień był bez odleżyn, cudownie bez zaległości żadnego rodzaju, i ze świętym spokojem.

    Jurki na ślizgawce – nie, ale ten gif to akurat jest złoto. I srebro. W sprincie korytarzowym. (Bonusowe punkty za tocznia.) Co ja mam powiedzieć, no? Mi ostatecznie nie przypasiło. Nie znam się na łyżwiarstwie na tyle, żeby tu coś krytykować czy chwalić, więc zamilknę na ten temat. Nie będę też mówiła, że to zła seria – ino mi się jakoś nie wpasowała w gusta. wzrusz no, ale tak z boku patrząc, mogę powiedzieć, że rozumiem co ludzie hajpują. Ja nie hajpuję, ale rozumiem. Szkoda mi tylko trochę, że tak jak po pierwszych odcinkach mówiłam, że podoba mi się różnorodność językowa (czy to dworzec, czy komórki), to potem jakoś przestało to być dla mnie widoczne – nie wiem, czy to ja przegapiałam seryjnie, czy po prostu znikło… (Btw, wolałam ending od openingu i jak w jednym odcinku go wywalili, to się czułam mocno oszukana.)

    P.S. Senpaj zanotował moją odpowiedź w ankiecie, ale czemu na liście do wyboru nie ma Saikiego? T_T doczytuje o shortach a, temu… no dobra… niech będzie… jak mam o kinówkach pisać, to już w tej podsumowującej naskrobię coś o Garo: Divine Flame. Męcz się ze mną. (A jakbyście się zastanawiały nad swego rodzaju kontraknietą, to największym zawodem 2016 było dla mnie Garo Guren no Tsuki. Choć to zahacza o 2015 jedną połową.)

    Lubię to

    • Nieee no, kolejna KonoSuba będzie flagową serią z hikkikomori ratującym magiczny świat .3. W Egzorcyście tak do końca nie ma innego świata.

      Bungosy – ano się bawi, bawi, ale na szczęście to i tak wygląda dobrze. Jakby na jakiejś wieczornej popijanie człowieka od rysowania twarzy zapodziali.

      Drifters – ciemność była okej, najgorzej działała chyba tylko w pierwszym odcinku. Ale chyba nigdy nie było dnia, jak pokazywali wydarzenia u Ody i spółki. Dziwne… Mnie się Driftersi podobają bardziej ze względu na antagonistów, bo mają bardzo ciekawy pomysł na siebie. Nie takie “hurr durr, zniszczymy wszystko, bo mamy tę moc”, tylko coś się za tym większego kryje. Ba, wręcz przeeciwnie, chcą zbudować nowy, wspaniały (albo nie?) świat.

      Nozaki-kyun <3 Sakura musiała wypełnić lukę bohaterki shoujo, żeby móc się naśmiewać ze schematów! Jak dla mnie jest zrobiona ta tyle umiejętnie, że stanowi świetną shoujo bazę, ale jednocześnie jest lepsza, bo miewa wiele przebłysków świadomości, jak bardzo odczapowe jest jej zachowanie. W ogóle w Nozakim wszyscy są tacy… tacy <3 W punkcik wyważeni.

      Hakyuu!! ma dwa wykrzykniki, dwa :) I odleglejsza, bo właśnie dość mocno zbliżyli się do aktualnych w mandze wydarzeń. Na ile nie jestem pewna, ale to chyba kwestia jednego meczu.
      NIE CHCĘ FILMU, CHCĘ SERIĘ, DWUSEZONOWĄ :x

      Keijo (osiem wykrzykników :D) jest dokładnie takie, jakie opisuję – tam naprawdę są świdrujące sutki i inne dziwy, ale wszystko jest zrobione świadomie, dla beki. I dlatego seria jest piękna nawet dla pań :)

      Mahou Shoujo Projecty są zjadliwe. Jak chcesz rozrywki i trochę średniospektakularnych niespodzianek to jest to niezłe anime, aby obejrzeć i… i zapomnieć.

      Co sezon będziesz mi spamowam Saikim, prawda? XD Karma wraca. A ja będę o Jurkach, o.

      Przecież to animu. Co ty chcesz od animu. Realizmu? Tam są drzwiczki z napisem “życie” :”D
      A tak serio to takie komediowe uproszczenie. I tygodniową zwiechę i brak apetytu tak trudno nie jest mi uwierzyć. Natomiast czy da się dzięki temu stracić 20 kilo żywej yaoistkowej wagi… nie wydaje mi się .^.

      Różnorodność językowa przepadła, bo całe odcinki zajmowały konkursy. Zresztą, wszystkiego było za mało i za krótko – jazdę na lodzie można by pokazać w całości, bohaterów drugoplanowych rozwinąć, obyczajówkę rozszerzyć, i tak dalej, i tak dalej… Ale i tak dało się zauważyć, nie ma że nie .3. Ending w Jurkach wywalali częściej niż jeden raz. Na pewno w 5, w 9, 10 i z oczywistych względów w 12… och, wait, ja się właśnie pogrążam, prawda? Nieważne, żyjemy z tym :)

      Zapomniałam dopisać, że korzystałam z listy na anicharcie, więc jeśli Saiki wylądował niekoniecznie tam, gdzie chciałaś (bo wiem, jaka jest jego specyficzna konstrukcja), to tylko dlatego, że jako szort został określony na stronce.
      A jak coś zahacza o 2015 to i tak liczę go w 2016. Bez zakończenia to dupa, a nie ocenianie anime. Liczy się to, gdzie seria miała finał.

      Lubię to

      • Zaraz co sezon =w= Nah, teraz przerwa, aż nie wyjdzie druga seria! Także na razie masz spokój.
        (Ale jeśli druga seria zbiegnie się w czasie z Saintią Sho… oł. W sumie jest to całkiem prawdopodobne. Obstawiam lato.)

        Co do tej jazdy na lodzie, to w sumie się właśnie zastanawiałam, czy nie dopisać o tym kawałka – nie wiem, mi się oglądanie wciąż tego samego dość no, dłużyło. Znaczy, ja wiem, że a) zawodnicy się wymieniali, więc to nie tak, że 100% to samo b) pokazywali różne fragmenty c) przyznam, nie oglądam na żywo, ale przypuszczam, że w RL figurowym też jest w kółko to samo, więc to że tak jest to argument inwalida, ale… np. Jurkowy „Eros” był w sumie tyle razy, choćby w kawałkach, że już nawet niezbyt patrzyłam na to, co się dzieje pod koniec ^ ^”

        I nie no, ja nie mam pretensji ani nic :’D po prostu najpierw zobaczyłam, że ankieta, znalazłam, zjeżdżam w dół, dół, dół, dół, aż do S, patrzę… nie ma. Bu. Dopiero potem doczytałam w tekście, czemu.

        P.S. Dopiero po czasie zauważyłam, że pisanie bez spacji „psuje” stronę. Mea culpa. Już nie będę.
        P.S.2 Bo czytałam inne komentarze… pjona, oglądamy nieletnie czarownice.

        Lubię to

  6. Mnie też brew drgała, że tak spadła ilość klatek po 2 odcinku Jurków. Wkurzały mnie też trojaczki. Ale generalnie to jedna z lepszych serii, jakie widziałam. Drugi sezon Ajina też był świetny, miło było patrzeć na akcje niezniszczalnego Satou. I to koniec moich zachwytów. Pozostałe serie do mnie nie przemawiają. Mam nadzieję, że w nowym roku znajdę dla siebie więcej interesujących rzeczy. Już mam na oku dwie produkcje. ^^

    Lubię to

    • przybija piąteczkę Jeśli chodzi o Ajina to wciąż nie mam go nadrobionego, choć mój specjalny wysłannik (nieszczególnie animcowy) mówi mi, że ogląda się okej. Pewnie nie jest przyzwyczajona do tej nieco niewyrobionej grafiki komputerowej, ale uznaję, że nie jest jeszcze źle.
      A co ciekawego masz teraz w planach? Bo wydaje mi się, że sezon zimowy będzie, cóż, troszkę słabszy. W sumie nie mam żadnego totalnego must watch na ten moment (Little Witch Academia, drugie Rakugo i kolejne Talesy to chyba jedyne, co jakoś mocniej przyciąga moją uwagę).

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s