Schodkon na cztery nogi, czyli epilog z Animatsuri 2016

Odespane, odjedzone, można lecieć dalej z relacją – tym razem spojrzenie nieco chłodniejszym okiem i ręką (bo mam klimę w pracy). Pisać o wielkich szczegółach chyba nie ma co, ponieważ od pierdułko-ciekawostek były posty na żywo, a teraz chciałabym ogólnie podsumować tegoroczną edycję warszawskiego konwentu. Pewnie macie już po dziurki w nosie tego tematu, więc pocieszę – ja też. To już będzie ostatni tysiąc słów ode mnie a propos Animatsuri.

SONY DSC
I my tam bylim, miód i mleko pilim

A jest o czym pisać. Główną zmianą w stosunku do poprzednich lat jest miescówka – konwent odbywał się w dwóch lokacjach: Centrum Konferencyjno-Szkoleniowym jako main conplace i Maczku jako noclegownia. Czuć było zmianę na każdym kroku, ponieważ ludzie w nawale pięter w Centrum rozpływali się niczym przysłowiowa kamfora i nawet było czym oddychać. Niestety, ani na moment nie zawitałam w Maczku, więc nie wiem, czy słuszna jest moja konkluzja o rozdzieleniu sił mangowiczów na dwa fronty (panelowy i socjalowy), czy faktycznie w tym roku masa ludzka zawiodła. Sofi powiedziała, że i w Maczku konwentowiczów było wyjątkowo mało, więc pewnie „problem” leży gdzieś indziej. Ważnym powodem mniejszej frekwencji jest z pewnością cena biletów. Pierwsze dwieście wejściówek można było dostać w cenie 50zł, owszem, ale już te na miejscu miały dość wygórowane stawki: 60zł za sobotę, 80zł za cały weekend. Nie powiem, na pewno ma to swoje przełożenie w tym, że trzeba było wynająć dwa miejsca, załatwić kursujące wte i nazad busy, ale tak obiektywnie patrząc nie każdy mógł się z tymi cenami czuć komfortowo. Miało to jednak swoje przełożenie na jakość sal. Jestem zwolennikiem nieruszania tyłka poza Warszawę, więc na dobrą sprawę znam tylko jakość tutejszych konwentów oraz Pyrkon (i pewien Niucon z 2014 roku, przez którego z awersją podchodzę do zamiejscowych imprez). Jak na poziom Stowarzyszenia Animatsuri to ten konwent był naprawdę zacny. Sale były naprawdę wygodne, przestronne i zawsze miały odpowiednią ilość krzeseł (poza spotkaniem z panem Knapikiem, ale tu komfort pupci zapewniła obecna wszędzie arcywygodna wykładzina). Z nagłośnieniem, ewentualnie głosem prowadzących, nigdy nie było problemu, natomiast kłopoty sprawiał jak zwykle sprzęt komputerowy lub sama energia elektryczna. Mimo obsuw zawsze dawało się jednak znaleźć jakiegoś McGywera, który zaradzał problemowi, więc każdy panel, na którym byłam, odbył się. A cudotwórców było ci dostatek nie tylko wśród technicznych – na kilku atrakcjach napotykałyśmy 11-letniego chłopca, który wprawił nas w szczególne zdumienie niesamowitą wiedzą, świadomością tematów i rzeczowością, z jaką się wysławiał. Mało tego, młody prowadzi świetnego bloga (m-jak-manga.blogspot.com), zajrzyjcie tam koniecznie! Mówię wam, to jest przyszłość naszego fandomu. Jak sobie pomyślę, co myśmy robiły w jego wieku, to aż chce człowiek umrzeć i odrodzić się jako byle glut. Tak, ten żart to szczyt intelektualny, na jaki mnie stać. Choć może nie do końca… Cieszę się, że nie zrejterowałam z konkursu u Sofi, bo choć byłam przekonana, że mangi Kaoru Mori nie cieszą się wielkim powodzeniem wśród wytrawnych mangowców, na wyrywki znających openingi do co bardziej moe serii, to jednak nie czułam się przesadnie przekonana o swojej wiedzy w czymkolwiek bez powtórnego czytania od dechy do dechy. Mimo to obecność tylko mnie i Daryi była dość… nieoczekiwana. I smutna. Ludzie, naprawdę, nawet taki ciołek jak ja odpowiedział na więcej niż połowę pytań, chociaż serie skończyłam czytać co najmniej pół roku temu! Ale strata animatsurowiczów. Łatwe anijeny są łatwe. A skoro już przy nich jesteśmy, to trzeba przyznać, że sklepik nawet-nawet dopisał. Znalazły się w nim zarówno nowe mangi (co prawda tylko Studia JG, ale za do były tam świeżutkie nowości sprzed dnia, więc nie pogardziłam 7 tomem Księcia Piekieł), jak i artbooki dla wytrawnych fanów (Dar z dzikim skokiem dopadła Color Walk 1 z One Piece’a). Waluta konwentowa to jednak nie wszystko, bo realne pieniądze też można było dobrze spożytkować. Co prawda wystawców była zaledwie garstka, ale rozrzut dziedzinowy był na tyle słuszny, że każdy kto chciał, mógł się zaopatrzyć w wymarzoną rzecz. Ja odebrałam u Waneko 1 tom LN No Game No Life oraz 1 tom Dimension W, a Dar kupiła z outletu Kolegów z klasy oraz 1 tom Naszego Cudu. W duchu wciąż niezłe z nas dzieciaki, więc na stoisku prowadzonym przez Radittz oraz goku-no-baka wydałyśmy po kilka… naście złociszy na przypinki i przywieszki. A-ale to nie tak że się obwieszam jak ch-choinka, baka! Do poziomu pewnych konwentowiczów widzianych w kolejce na wejściu brakuje mi napraaawdę wielu kilogramów blachy. Liczyłam. Miałam akurat na to sporo czasu. Trzeba jednak przyznać, że choć kolejkon nie mógł obyć się bez obsuwy, to mile zaskoczyłam się tym, że czekałam „zaledwie” dwie godziny, a postęp pracy naprawdę się czuło. Z drugiej strony jakiś geniusz wpadł na pomysł, aby przez wejściem do budynku podzielić kolejkę na tych z rezerwacjami i tych kupujących na miejscu, by potem wpuszczać ludzi z tych kolejek do jednej, znajdującej się wewnątrz (bardzo powolne, cyniczne oklaski Dziab)… No ale są na świecie ludzie ogarnięci i są Janusze biznesu. I jak już jesteśmy przy tych ostatnich, to zaczynam mieć niespecjalną opinię o Animatsuri pod względem byznesowym. Oczywiście skończyły się już te czasy, kiedy konwenty były robione „od fanów dla fanów”. Ja się o to z nikim kłócić nie będę, ba, nawet uważam, że to zdrowe robić coś dla kasy, bo wtedy klient weryfikuje portfelem, czy coś mu się podobało, czy nie, a to jest najlepszy sposób na podnoszenie jakości usług. Bla, bla, bla, do meritum. Oszczędzanie na konwencie poprzez na wpół machlojowe robienie z niego „konferencji”, zamiast „imprezy masowej” jest trochę niewłaściwe. Z drugiej strony mamy atak bombowy, który był po prostu zwyczajnym, pozostawionym na konwencie plecakiem (to nie tak, że hejtuję przezorność, bo wysadzić mangowców można by przeraźliwie łatwo, ale akurat toreb pozostawionych na dziesięć minut bez opieki jest zawsze na pęczki… well, sama wyskoczyłam z panelu bez torebki, bo zaniosłam Sofi tosty). O medycznym kociokwiku to już z szacunku dla pewnej emerytowanej blogerki nie wspomnę.

Co zatem z konwentem jako całość? Na pewno cieszę się, że był tak blisko mojego mieszkania, bo przespanie w ludzkich warunkach choćby kilku godzin było zbawienne dla mojego samopoczucia, a i mogłam sobie zafundować ciepły posiłek w rozsądnej cenie. Skoro więc ten człowiek był względnie wyspany i najedzony, to będzie miły i da Animatsuri 2016 solidną czwóreczkę w skali szkolnej. Trudno zrobić konwent bez wad, ale porządna miejscówka, nieprzesadnie duża ilość konwentowiczów i dobre atrakcje dla niezbyt wymagającego mangowca jak ja (nawet cieszę się, że nie było motywu głównego, bo lubuję się w panelach przeglądowych przez wszystko) pozwoliły mi spędzić naprawdę miły weekend. Ach, no i socjal, social wspaniała rzecz! Nawet ryczące trzynastolatki nie straszne, kiedy ma się po pachą dwie poważne, szacowne studentki.

Dziękuję Dar za współudział w tym szalonym przedsięwzięciu, Sofi za świetnie spędzony czas, kumoterstwo oraz fachową poradę medyczną (okazało się, że tyle złaziłam na konwencie, że dostałam zapalenia mięśni w lewej stopie), pana Knapika za miłą, spontaniczną półgodzinkę na ławeczce przez Centrum, a wszystkich ludków stąd i z fejsa za obecność mentalną. I do siego roku!

~Dziabara

Reklamy

12 komentarzy do “Schodkon na cztery nogi, czyli epilog z Animatsuri 2016

  1. „Poważne, szacowne studentki”? Łe, to taki gatunek istnieje? o:

    Hm. 8 dych, mówisz? Czekaj, a Pyrkon na 3 dni był po ile…? O_o znaczy, wiem, jasne, inna skala imprezy, inna liczba konwentowiczów, ale i inny cennik wynajmu, bo mniejsza mimo wsio powierzchnia…
    kaszldrogokaszl

    Jak tak się chwilę zastanowię, to chyba w każdej notce pokonwentowej (no, tutaj przynajmniej) było wychwalanie socjalu, podczas gdy dla mnie na moich całych trzech konwentach dużą wartość stanowiły panele, a ludzie, no, fajnie że są, miło widzieć znajomych z internetów, ale tak jak bez znajomych bym się obyła, tak bez paneli nie miałoby dla mnie sensu iść. A tu co? Notka, w której, no, może nie krytykujesz, ale stwierdzasz, że coś było nie halo? O_o skoro aż takie stwierdzenie padło, to musiało serio coś nawalić.

    P.S. O 11-latku już pisano wyżej, więc się jakoś szerzej nie wypowiem… ale jeżu zielony, w tym wieku nawet nie byłam świadoma tego czym są chińskie bajki ;_;

    Lubię to

  2. W końcu ktoś, kto może się wypowiedzieć na temat prawdziwości wieku tego chłopca. Jakie to smutne, że nawet nie jestem od niego dwa razy starsza… tylko jeszcze milion lat starsza :””D

    Lubię to

      • Nie no, wiem, że się jakoś szerzej nie wypowiadałeś (żałuję), ale chociażby pytania, które zadawałeś na panelu Waneko czy na panelu Vanitachi o tym jak tworzyć własny komiks, były bardzo ciekawe i trafne. No i kuras-senpai mocno cię chwalił :)
        (a poza tym mam nadzieję, że nie czujesz się obgadywany i traktowany protekcjonalnie, bo na serio uważam cię za świetnego człowieka :D)

        Lubię to

      • Powiem szczerze, że przez trzy panele zbierałyśmy się, by do Ciebie zagadać, ale gdy wreszcie, po panelu o robieniu mangi (prowadzony przez Vantiachi), pokonałam moją wewnętrzną bohaterkę shoujo i chciałam się przywitać to zniknąłeś :<

        Ale przynajmniej dowiedziałam się o Twoim blogu (baka Dar żyła w niewiedzy) i na pewno będę teraz go czytać!)

        Lubię to

  3. What. Ej, to z tym jedenastolatkiem prowadzącym M Jak Manga to żart, tak? JAK. Okay, idę pokrzyczeć wewnętrznie i poczekać, aż mój mózg to przetrawi. Nie wiem czemu, ale jakoś głupio mi się przez tę informację zrobiło. No bo jak, no tak się nie da, no…
    W sumie to od jakiegoś czasu mam ochotę na jakiś konwent pojechać, ale głównym problemem jest fakt, że nie mam z kim, a samej to tak głupio (bo jeszcze się w tłumie zgubię, albo zdarzy się jakaś okropność i nie będę mogła znaleźć wyjścia i w ogóle to ludzie i straszno D:). Ale kiedyś pojadę, chyba. Kwestią pozostaje czy uda mi się dożyć do momentu, kiedy nic nie będzie stało na przeszkodzie ku temu.

    Lubię to

    • Nope. To nie żart, to nie ściema, a jeśli to była ukryta kamera, to chłopak jest genialnym aktorem. Wydawałoby się, że nic mądrego z tych mangowców wyrosnąć nie może, a jednak. Recenzje to jedno, ale jak się go posłuchało na żywo, to dopiero czuło się wiekuisty shame na samego siebie.
      Na początku też czułam się niepewnie (a miałam 18 lat, jak zaczynałam konwentować – stara pierdoła ze mnie), kiedy musiałam dotrzeć gdzieś sama – w realu nie mam znajomych-mangowców. Na szczęście są jeszcze znajomi z internetów. Nawet jak byli dalsi, to z czasem zrobili się bliscy, a z niektórymi to nawet utknęłam na dłużej w jednej blogosferze. A na konwentach panuje taka swobodna atmosfera, że można zagadać do każdego i nie jest to absolutnie nic dziwnego/strasznego/zdrożnego (kwestia nieśmiałości).
      No i z Dar polecamy się także na żywo :)

      Lubię to

  4. JEZUCO
    Koleś od M Jak Manga ma dopiero jedenaście lat?! Pewnie tak naprawdę jest czterdziestoletnim karłem i tylko udaje D: Teraz to poczułam się megastara, zmarnowana, zużyta i odbiję to sobie na swoich dzieciach, za kilka lat, wytrenuję je na Największych Wojowników Pod Słońcem D:
    Też wolę się nie ruszać poza Warszawę, szkoda, że większość znajomych nie przepada za ruszaniem się do Warszawy, więc w tym roku dla nich zaliczyłam Magnificon. Spanie we własnym łóżeczku w czasie konwentu mnie tak rozpaskudziło, że wynałęjam tam hotel i jeśli jeszcze gdzieś na konwent wyjadę to też tylko z hotelem :3

    Lubię to

    • Węszyłabym w tym srogą teorię spiskową, gdyby nie to, że go widziałam na własne oczy… ale rozumiem, że komuś trudno w to uwierzyć w takie rewelacje na sucho. Tym bardziej, że autor niespecjalnie epatuje swoim wiekiem (a zresztą, kto by uwierzył? Na forum Waneko uważałam jego wiek na profilu za zwykły trolling). Mimo to wolę mieć kompleksy przez mądrych jedenastolatków niż widzieć tabuny tępych piętnastolatek, wrzeszczących na pół korytarza. Hm. Czy to już czas żeby pierdyknąć sentencjonalne „a za moich czasów”? .3.
      Rozumiem cię doskonale. Kiedyś zarywało się całe nocki, ale teraz konwent bez chociaż wygodnej karimaty nie ma prawa bytu. Ale najlepsze jest i tak własne łóżko na warszawskich imprezach. Co to za rozrywka, kiedy ciągnie się na niej ostatkiem sił?

      Lubię to

      • Nom ja pracuję z dwudziestojednolatką, co do której mąż jest przekonany, że ma maks czternaście, bo tak się zachowuje. Moim zdaniem jest zbyt surowy, jego piętnastoletnia bratanica jest dużo bardziej dojrzała ;) Tak podejrzewałam, że jest młodszy ode mnie bo jakieś awkward rzeczy mu się jeszcze zdarzają, ale, damn, ja w jego wieku to już nawet nie pamiętam co robiłam, to było tak daaawno ;___;
        Tak, spanie w łóżku jest najzdrowsze i najdogodniejsze dla starych kości. A jeszcze gdy obok jest mój własny prysznic i moja własna kuchnia… Właściwie po co wychodzić z domu ;)

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s