Druciane macki, sądowe tornada i wioska pełna guilty pleasure, czyli podsumowanie sezonu wiosennego 2016

Dzień doberek ponownie w podsumowaniu, już drugiego mojego na łamach Lemurilli. Minęły trzy miesiące („Trzy miesiące? Trzy miesiące? Na maj?”), więc mowa będzie oczywiście o sezonie wiosennym 2016. Nie wiem, co to litość, od podstawówki nie pamiętam, co to lakoniczność, dlatego przygotowałam dla was opisy i mocno subiektywne oceny 18 anime. Ale wiecie oczywiście, że w Japonii samych telewizyjnych serii było emitowanych 47? A ja jestem taka dobra i wcale dużo nie oglądam (bo nie możesz, durna, musisz przecież zarabiać na te szybkie internety). Dwa anime przeskakują na sezon letni – Re:Zero i nieszczęsny Ace Attorney – ale dwa z sezonu zimowego wreszcie się zakończyły, przez co mogłam z czystym sumieniem opisać swoje odczucia względem finałów. No dobra, to tyle tych ogłoszeń parafialnych z tytułu wstępu, czas na część właściwą.
Brrrrrace yourself!

Jak zwykle strzeżcie się dużej ilości gifów. Ale lubicie gify, prawda? Na pewno lubicie.

tumblr_o9c59aOYM51rr3vglo2_540
Bo fajny bohater to uśmiechnięty bohater!

 

Ansatsu Kyoushitsu 2nd Season

tumblr_nmz7emlBwM1s22704o1_r3_500
Suche bicze naszym dobrem wspólnym!

Jeśli nie znacie jeszcze pierwszego sezonu anime o zmaganiach klasy 3-E i ich kosmicznego ze wszech miar nauczyciela, to szybciutko nadróbcie zaległości. Jeśli znacie, to co ja tam będę strzępić języka, skoro wiecie już prawdopodobnie wszystko o metodach zabijania mackowatego belfra poruszającego się z prędkością Mach 20. Drugi sezon jest zarazem ostatnim sezonem, z przytupem kończącym historię pewnego nietuzinkowego planu ocalenia świata. Przygotujcie się na mnóstwo miłości, nienawiści, zdrad, plot twistów, zabójców najlepszej klasy oraz najlepszej klasy zabójców.

A skoro już przy mordowaniu jesteśmy, to na zabój pokochałam tę barwną gromadkę uczniów klasy 3-E. To świetnie zrobiona zbieranina postaci, z których każda ma charakter, mocne i słabe strony oraz momenty chwały na kartach mangi/klatkach anime. Na początku wydawało mi się, że przedstawienie na dzień dobry całej hałastry to lekkie przegięcie, bo większość i tak będzie zapchajdziurami, a ja poczułam się zawalona podstawowymi informacjami jak imiona, których w życiu przecież nie zapamiętam (czuję w powietrzu smrodek Mayoigi). Ba, po pierwszych dwóch odcinkach na jakiś czas rzuciłam serię. Teraz jednak patrzę na to z zupełnie innej perspektywy; to nie pięciu bohaterów na tle bandy randomów – ta klasa jest prawdziwą klasą z klasą. Nawet jeśli podejście do tematu jest skrajnie dziwne, a życiowe porady płynące z sytuacji mających uskutecznić morderstwo na nauczycielu drepczą po samej krawędzi kodeksu karnego, to człowiek jakoś umie się odnaleźć w tej zbieraninie indywiduów. Magia shounenów, jakby nie patrzeć. A jeśli tego było mi jeszcze mało, to dałam się jak ostatni cielak wciągnąć w shippowanie Karasumy i Bitch-sensei, chociaż był to oczywisty „chłyt materkindody” dla nastolatek poczytujących Shounen Jumpa. I wiecie co? Pieruńsko dobrze mi z tym!
Chociaż wiele rozdziałów pominięto (chyba nic kluczowego, raczej problemy tygodnia), to te dwa sezony anime to solidnie przedstawiona historia, zamknięta, motywująca i dająca masę radochy. Nawet jeśli grafika nie należy do szczególnie pięknych, to tak odwalono kawał przyzwoitej roboty, żeby podciągnąć średnią kreskę mangi. OST jest naprawdę dobry, jednak to openingi skradły moje serce (ostatni szczególnie, bardzo pomysłowo zrobiono nawiązania przeszłość-teraźniejszość). Soł… jeśli tylko macie ochotę na porządny, nietasiemcowaty shounen, to Anstatsu Kyoushitsu jest absolutnie wart spróbowania.

9/10 – będę okrutnie tęsknić za całą Kunigaoką, ale jednocześnie należą się wielkie brawka za skończenie serii w odpowiednim momencie. Nie każdego na to stać, żeby przestać doić krowę znoszącą złote jaja!

Big Order

tumblr_o6fgl9yXBI1rcn32co4_500.gif
Porzućcie wszelkie nadzieje wy, którzy tu zachodzicie… znaczy wchodzicie!

Kto żyw, niech trzyma się fotela, poręczy tapczanu u psychoterapeuty lub stalowej rury fi 6 – przed wami naprawdę niezwykłe anime. Hoshimiya Eiji wydaje się niepozornym nastolatkiem, jednak prawda jest taka, że przed dziesięcioma laty przez niewinne życzenie doprowadził on do olbrzymiej katastrofy, w której prawie połowa ludzkości zginęła. Obecnie jedyne czego chłopak pragnie to spokojnie spędzić razem z siostrą ostatnie pół roku jej życia, ale oczywiście nie dla psa kiełbasa, a nie dla szarego licealisty żywot szarego licealisty. Na głowę Eijiego zaczyna polować nieśmiertelna zabójczyni, niejaka Kurenai Rin, a niebawem do gry włącza się także Daifuzu, rządo-organizacjo-szajka zrzeszająca Orderów, czyli ludzi, którzy pod wpływem życzeń zyskali magiczne moce. Ponieważ Eiji posiada moc dominacji, staje się łakomym kąskiem dla osób rządnych wykorzystania go jako marionetki, by zawładnąć światem. Uroczo, nie ma co. Od momentu przyłączenia się chłopaka do Daifuzu zaczyna się jeden wielki kociokwik i walka o to kto, kogo i jak bardzo wysiuda z interesu.

Ciśnie się na usta stare jak wungiel pytanie – co ja paczę? Co ja robię ze swoim życiem? Kto i jak dużo mi zapłacił? Zwykle nie oglądam guilty pleasure anime, ale kiedy już to robię, to jadę po bandzie i wybieram taki czasoumilacz jak Big Order. Jak to powiedział sam Paulo Coelho: „Czasami trzeba na pół godziny stać się człowiekiem-amebą, żeby docenić piękno tego świata.” Dalibóg, ja wiem, że już z Mirai Nikki nie był żaden majstersztyk (ale OSTy uwielbiam), jednak najnowsze dzieło studia Asread to już prawdziwe kino dla wysublimowanych inaczej. Gdzie indziej znajdziemy świat w technokolorze, świetliste cenzurowanie, zaciążenie po dotknięciu wstążki na włosach, off-screenowe poronienie/odczarowanie urojonej ciąży, wielokątny syndrom sztokholmski, yaoi podteksty, gwałto podteksty, incest pełną gębą, zwrot akcji w postaci ostatniego bossa, z dupy happy end…? Tego nawet muzyka nie ratuje. Główny motyw to nawet dopełnia pożogi, brzmiąc jak z tych starych kreskówek z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Durni są wszyscy, od głównego bohatera po Supermana w pilotce, a fabuła się trzyma kupy jak przyklejona na ślinę do sufitu sztanga. Kurna, a po OVA spodziewałam się czegoś całkiem interesującego, nawet jeśli czuć było z daleka kolejny motyw z amnezją czy pętlą czasu. Ale dostać coś, co chciało aspirować na kolejnego seinena dla małolatów, a nie było nawet tym? Czuję się absolutnie oszukana i wykorzystana intelektualnie. I niestety nie był to jedyny raz w tym sezonie…

3/10 – Czemu aż trója? Bo choć było to totalnie idiotyczne, to wciąż miałam z tego niezłą polewkę, a pała pierwszeństwa może być tylko jedna i należy do Boku no Pico.

Bishoujo Senshi Sailor Moon Crystal Season III

tumblr_o5hh0uF5l41sz111so1_540.gif
To jest Czarodziejka z Księżyca o jaką wszyscy walczyli. Łącznie z samymi bohaterkami.

Kolejny sezon rebootowanego hitu z dzieciństwa. Siły nieczyste, które grzecznie ustawiły się w kolejce, systematyczne atakują Ziemię w celu zawładnięcia nią. Tym razem do głosu dochodzi mroczna siła z niejakim Pharaonem 90 na czele, kiedy jednak czarodziejki walczą z wielkimi fioletowymi kosmożukami, pojawia się jeszcze tajemnicza trzecia strona konfliktu w postaci dwóch czarodziejkopodobnych dziewcząt. Nikt nie wie, kto zacz i o co im chodzi, ale Usagi czuje w sercu, iż nie mogą być złymi osobami. Niemal jednocześnie Chibiusa poznaje młodą, nieco chorowitą Hotaru, która posiada coś na kształt leczniczych mocy. Ilość magicznych dziewczynek na metr kwadratowych przekracza znacznie dotychczasowe normy japońskie, a niedomówienia sypią się często i gęsto. Jeśli dorzucimy do tego głosy w głowie i przebłyski przepowiedni o Armagedonie, to wiedz widzu, że kroi się kolejna misja ratowania wszechświata.

Solidnie zrobiony sezon, to trzeba przyznać. Dobre tempo, śliczna kreska, przemiany na poziomie, fabuła nawet jako tako ciekawa jak na babunię wśród mahou shoujo (bo Czarodziejka z Księżyca akurat nigdy nie słynęła z szalonych plot twistów, ale przyznać się, kto to ogląda dla fabuły, a nie dla transformacji?). Jeśli miałabym wskazać jakieś minusy to drugi i trzeci ending były naprawdę słabe, a i końcówka jakoś nie porażała kunsztem fabularnym. Ale to już takie wytykanie na siłę; poza tym Crystal III jest solidną serią. No oczywiście nie jest to telenowela pełna nostalgii i uroczych (lub mniej) fillerów, a sporadyczny kontakt między przyjaciółkami jest sporadyczny, szczególnie w obliczu zagłady świata, jednak nie jest to już tak drętwe jak poprzedni sezon. Dużo w tej kwestii pomogły drobne komediowe scenki i chibiki, ale i same postacie przestały zachowywać się sztywno i patetycznie. Nawet Chibiusa stała się całkiem sympatyczną bohaterką. Okej, to kiedy następny sezon, bo nie wierzę, że tym razem hajs się nie będzie zgadzał?

7/10 – tak trzymać, towarzysze z Toei. Wreszcie nie mam tego moralnego kaca, że robię coś złego ze swoim życiem.

Boku no Hero Academia

tumblr_inline_o8paa2beGx1qc2m2x_540.gif
I like trains~

W świecie, w którym 80% populacji posiada supermoce, żyje sobie Izuku Midoriya, przypadek beznadziejny w kwestii bycia ponadprzeciętniakiem. Kto jednak sądzi, że brak jakiejkolwiek mocy załamał chłopaka dokumentalnie, ten się gruuubo myli. Midoriya twierdzi bowiem niezmordowanie od lat czternastu, że on się ograniczać do zostania bohaterem we własnym domu nie będzie. Dążenie do akceptacji marzenia o zostaniu zbawcą świata spełnia się w momencie, kiedy spotyka na swojej drodze idola światowej rangi, All Mighta, który mówi mu, że „Yes, you can!”. Młody zaczyna ciężki trening, żeby dostać się na upragnioną uczelnię, ale oczywistością jest, że matma czy PO to najmniejsze z problemów, z którymi już niedługo przyjdzie mu się zmierzyć.

No i mamy naszego drugiego kolorowego shounena. O ile o AssClass mogłabym pisać jeszcze długo i ciepło, o tyle Boku no Hero Academia w pewien sposób mnie zawiódło. Spodziewałam się nieskomplikowanej, choć wartkiej akcji i gromadki świetnych postaci, a teraz czuję się jakbym miała syndrom odstawienia niespełnionego snu fangirla, bo wszystko okazało się takie… takie se. Taki se protagonista, tacy se wrogowie, taki se świat przedstawiony. To naparzanka bez specjalnego celu ani przesłania, bo główny bohater po prostu chce być super. Z drugiej strony anime jako reklamówka mangi jest wykonane wręcz wzorowo – ładne, z dobrą muzyką, projektami, openingiem, endingiem, animacją. Chociaż fabularnie skończyło się na niczym, to jednocześnie wybrano dobry punkt na urwanie historii, bo zostawia niedosyt na tyle mocny, że mimo niezadowolenia i tak sięgnę po mangę. Wakat po Naruto wciąż mam nieobsadzony, a chyba już nic gorszego mnie w życiu nie spotka niż popełniany co tydzień Bleach. W każdym razie nie jestem absolutnie na nie, tym bardziej że spodobały mi się postacie kobiece (szczególnie Tsuyu, Ochako oraz Recovery Girl (spoko z niej babinka)). Jako czysta, niezmącona głębszą myślą rozrywka sprawdzi się doskonale, jednak wciąż długa droga przed tym tytułem, żeby przeciągnął mnie na swoją stronę fangirlowskiej mocy. Zresztą, anime wciąż ma u mnie szanse, bo skoro już ogłoszono drugi sezon, to szkoda będzie nie odhaczyć tego na liście.

7/10 – z superbohaterów wolę Wild Tigera czy Kapitana Amerykę, ale jest coś w tej tematyce, że wciąż daje się oglądać. Czyżby to jednak była kwestia stara jak świat, czyli po prostu lubię patrzeć, jak inni piorą się po pyskach?

Bungou Stray Dogs

tumblr_o5lao9ZEkG1sfqz8qo1_500.gif
Za każdym razem kiedy nie wiemy, która z nas ma pisać posta.

Nastoletni Nakajima Atsushi nie dość, że jest sierotą, to jest bezdomną sierotą – chłopaka wykopano z sierocińca, gdyż było o jedną gębę za dużo do wykarmienia i na kogoś paść musiało. Wiadomo, japońska opieka społeczna w anime to albo idioci, albo skończone szuje. Atsushi mocno przeżywa ten fakt, a że przy pustym żołądku niełatwo o zdrowy rozsądek, to zaczyna rozważać jakąś małą kradzież, byleby tylko coś wszamać. I tak człapie sobie ostatkiem sił nad rzeczkę, gdy napotyka dryfujące nogi. Dogorywającym zrywem przyzwoitości i niejakim przejawem głodowego szaleństwa postanawia uratować niedoszłego topielca. Kończyny razem z resztą przyległości należą do mężczyzny o wdzięcznym imieniu Osamu Dazai, który należy do stowarzyszenia detektywów. Ale nie byle jakich detektywów tylko… magicznych detektywów! Co ciekawsze, Atsushi też ma pewien nadnaturalny problem, dlatego to spotkanie wydaje się istnym zrządzeniem losu. Ale czy na pewno? I czy groźny tygrys, który podąża za bezdomnym chłopakiem, ma jakiś związek z jego porzuceniem?

Napalałam się jak szczerbaty na suchary i przyznam, że nieco sobie obiłam na tym tytule dziąsła. Wszystko jest na swoim miejscu, animacja miejscami po prostu wy-mia-ta, pomysł na postacie jest świetny… tylko jak przychodzi do scen komediowych, to jakoś mi się to wszystko nie klei. Tu ciężkie mordobicie i trupy, a za chwilkę śmieszne minki i karykaturalne popląsywania. W mandze tych scen humorystycznych było znacznie mniej, więc cała w tym zasługa studia Bones, że anime wygląda na przepakowane wszystkim. Nie odstręcza mnie to od oglądania na tyle, by rzucić serię w trzy diabły, ale pozostaje taki niesmak, jakbym nie mogła wydłubać uciążliwego ziarenka maku z zęba. Wróćmy jednak do pozytywów – czy ja już mówiłam, że grafika jest miodzio? Z jednej strony wiem, jakie Bones potrafi być zawodne jeśli chodzi o zakończenia, z drugiej strony to solidna, sprawdzona firma, dla której „QUALITY” to stwierdzenie obce jak prawo Kirchhoffa. Fabuła natomiast, chociaż prowadzi donikąd i nie leżała nawet obok półki „odkrywcze” (obrońcy uciśnionych leją się z gangsterami, no kto by to wymyślił), to przynajmniej ma sens – Portowa Mafia zajmuje się przemytem i machlojami, a agencja wszystko-tylko-nie-detektywistyczna regularnie krzyżuje im szyki. Źli wreszcie nie marzą o podboju kosmosu, ale zwyczajnie by nabić sobie kabzę. No ale żeby tyle lat zajęło złodupcom odkrycie, że ważne jest w życiu to, by się nachapać, to się nie spodziewałam.

6/10 – dawajta już ten drugi sezon i całą amerykańską ekipę, nooo… I dajcie Christie…

Flying Witch

tumblr_o8n2tysiHa1tqsu3ro1_500
Pamiętacie, jak w pierwszych wrażeniach z sezonu mówiłam, że to leczące anime na bazie Relanium? Zapomnijcie. Chodziło o Pavulon.

Makoto Kowata to nastoletnia wiedźma, która przeprowadza się do swego niemagicznego kuzynostwa, aby nieco podszkolić się w Prawdziwym Życiu™ oraz skorzystać z dobrodziejstw bliskości wsi spokojnej i wesołej. Ponieważ dziewczyna jest mocno nieogarnięta, a jej orientacja w terenie jest paskudna jak pierwiastek z minus dwóch, to oczywistym jest, że będzie to generowało zabawne sytuacje. Zabawne, mówili. ZABAWNE.

Jestem dumna z tego, że wytrzymałam, choć to źle brzmi, kiedy bajkę, którą masz oglądać dla frajdy, opisujesz jako męczarnie. Nie no, do poziomu najgorszych oczuwyłupywaczy w mojej karierze to wciąż bardzo, bardzo daleko, ale nie ukrywam, że i tak przyjemności z tego nie miałam absolutnie żadnej. Seria była jednak doskonała jako przejściówka między wstawaniem a pójściem do pracy, kiedy musiałam jakoś uruchomić rozruch mózgu, a nie chciałam, żeby mi się z nadmiaru wrażeń przegrzał. Pięć minut do śniadania pasowało jak ulał i nawet najbardziej przeciągany gag mogłam przeboleć, zwracając oczy na michę z płatkami. Przyznaję, seria jest ładna, ma przyjemną muzykę i niezwykle chwytliwy opening. Na pewno znajdą się jakieś osoby, którym spodobało się to anime. Ale wiecie – przecież są i ludzie, co kochają krocionogi. Ja tego krocionoga polubić nie zdołałam. Głównie przez to, że do szczególnej szewskiej pasji doprowadzały mnie wszystkie memłowate postacie, które przewijały się przez ekran. Nawet Neville Longbottom był lepszy w czarowaniu od przedstawionych we Flying Witch wiedźm, a ludzie zachowywali się, jakby wiecznie znajdowali się w trybie oszczędzania energii. Tylko mała Chinatsu zachowywała się jak typowe żywe dziecko, co również nie oznacza, że uwielbiam ten typ wiecznie zjaranego byle czym smarka. Ale żeby nie było, że jestem taka arcy-na-nie – podobały mi się zwierzaki. Chito i Kenny zachowywały się jak rasowe magiczne koty, co rozumieją ludzi, ale nie tracą tak do końca na swej kociej naturze. No i drzewa były spoko… tak… drzewa były okej…

4/10 – kompletnie nie mój typ anime, nie wgłębiajmy się w to. Za to wykonanie było mocno przyzwoite, dlatego wciąż jestem dość hojna w ocenie.

Joker Game

tumblr_o82657BuzZ1qam6y9o1_500
I niech mi ktoś powie, że to nie jest wykapany dziadek Sakamoto.

W roku 1937 powstaje specjalna japońska grupa wywiadowcza zwana Agencją D, dowodzona przed podpułkownika Yuukiego z Cesarskiej Armii Japońskiej. Zrzeszonych pod jej sztandarem zostaje ośmiu młodzieńców zupełnie nie związanych z armią. Przechodzą koszmarny trening, aby stać się szpiegami absolutnymi, których wszystkie dane, od imienia po przeszłość są w całości spreparowane. Nie dbają o tak górnolotne frazesy jak honor, a przyświeca im tylko jedna zasada – nie zabijaj i nie daj się zabić. Jako że II wojna światowa zbliżała się nieuchronnie, agenci zostali rozesłani po całym świecie, aby zdobywać cenne informacje, dzięki którym Japonia miała już nigdy więcej nie ugiąć się przy międzynarodowych negocjacjach.

Ach, co to byli za szpiedzy! Tak doskonali, że nawet widz miał trudność z ogarnięciem, kto ma być bohaterem odcinka… Gdyby nie ten powtarzany na początku odcinków opis, że skupiamy się na członkach Agencji D, to można by pomyśleć, że ta seria składa się z jakiś niepowiązanych ze sobą historyjek. To nie było to końca to, czego się spodziewałam, choć nie ujmuję twórcom pomysłowości. Szpiedzy byli tylko tłem dla reszty obsady, bo byli szpiegami, heloł. Taki zawód, masz się wtopić w tłum, masz być nikim, masz udawać i znikać jak kamfora na zawołanie. Dlatego też ciężko było kogokolwiek bardziej polubić czy się przywiązać, bo każdy był bez charakteru, bo wymagała tego od nich robot, a w końcu i tak panowie znikali po odcinku, maksymalnie dwóch. Za plus uznaję za to odpowiedni balans w przedstawieniu Japonii – wśród żołnierzy znajdowali się zarówno ludzie honorowi, jak i chciwi, ale sama Agencja nie była Teamem Ratowania Świata. Ich robota nie była ani dobra, ani zła, jednak za jakiś przejaw przyzwoitości można uznać credo grupy: „nie zabijać i nie dać się zabić”. To jednak też można uzasadnić nie dobrym serduszkiem, a chęcią bycia maksymalnie dyskretnym i wydajnym, bo nawet najbardziej wyżęty z informacji człowiek wciąż może być przydatny. Oczywiście nie oczekiwałam, że twórcy sprezentują w najgorszym świetle wszystkie japońskie grzechy, ale też uniknięto totalnego wybielenia. Żałuję za to mocno, że nie pokuszono się o przedstawienie jakiejś większej akcji na, powiedzmy, pół sezonu, bo te odcinkowe wątki były stanowczo za krótkie i zbyt randomowe. W efekcie obejrzałam serię porządną, ciekawą, z dobrymi intrygami, zanimowaną i umuzycznioną znakomicie, ale jakąś taką bezjajeczną, o której bohaterach bym zapomniała, gdyby nie to, że nawet ich nie zapamiętałam. Cóż, dobre i to, kiedy jest taka posucha wśród anime dla dorosłych.

8/10 – solidna pozycja, ale bez tej iskry czegoś. No i ja się pytam, gdzie był Sakuma, kiedy go potrzebowałam?!

Kiznaiver

tumblr_o9caw0zQJ31qet0cro1_540
Honokowe „chcę cię utuczyć, żeby nikt inny nie patrzył na ciebie pożądliwie” czyli kjutny Yuta jest kjutny.

Katsuhira Agata mimo swego ciekawego imienia nie jest pół-Polką, ale Japończykiem tak bardzo japońskim, że nie jest w stanie okazywać żadnych poważniejszych emocji. Za wszystko odpowiedzialny jest fakt, że Katsuhira nie odczuwa bólu. Przypadkiem lub… oczywiście, że nie przypadkiem!, zostaje on razem z pięciorgiem kolegów z klasy porwany i dołączony do tajemniczego projektu. Nastolatkowie zostają połączeni tzw. systemem Kizna, który pozwala na współodczuwanie bólu towarzyszy. Potem zostają wypuszczeni, ale na odchodne dostają misję, aby się zaprzyjaźnić. Może nie byłoby to nic specjalnie trudnego gdyby nie to, że bohaterowie reprezentują skrajnie różne, sztampowe osobowości, nie do pogodzenia w normalnych warunkach. Czy problemy nastolatków rzeczywiście mają doprowadzić do opracowania metody zdolnej zaprowadzić pokój na całym świecie?

Jestem tą częścią internetów, która nie wie co sądzić o tym tytule. Grafika była mocno fajna, a gifami można by ze dwadzieścia dobrych tumblri obdzielić. Fabularnie jednak było dokładnie tak, jak się spodziewałam (a nieczęsto udaje mi się coś dobrze wywieszczyć) – tania drama, wielokąty i nieodwzajemniona miłość, traumatyczna przeszłość, walka z podobnie połączonymi bólem randomami, friend no jutsu. Czysty koktajl zwany nastolęctwem. Z drugiej strony kilku postaciom udało się mnie kupić. Lubię pozytywnych, nieco zbyt energicznych typków ala Irokez-kun, szczerze polubiłam Yutę, który nie był fałszywym przystojniaczkiem, tylko naprawdę chciał być fajny (dodatkowo jako jedyny był normalny i nie miał tró dramy w pakiecie), nawet Nico zaakceptowałam, bo była dość urocza w swoim wariactwie. Reszta była już zdecydowanie zbyt sztampowa, a główną parę to miałam przemożną ochotę przejechać snopowiązałką, żeby te bezwolne drągi wreszcie zbliżyły się do siebie i pozwoliły skończyć się temu anime. Jako dzieci byli niezwykle uroczy, ale to, co Trauma z Dzieciństwa z nimi uczyniła, sprawiło, że przez jakieś 10 odcinków męczyłam się, kiedy tylko spojrzałam na ich martwicę twarzy. Nie dałam się też nabrać na wszechogarniające feelsy, które nacierały na mnie jak tłum korpoludków w porannym autobusie, bo były zbyt oczywiste. A ja nie lubię, jak twórcy robią ze mnie durnia, co zacznie płakać, jak się bohaterowie na ekranie rozbeczą. Mimo to z jakąś ulgą i nawet ciepełkiem przyjęłam ostatni odcinek, który wreszcie zrobił to, co miał zrobić od tych kilkunastu odcinków, czyli zahintować utworzenie szczęśliwych par. No, nie można było tak od razu? Trzeba było brać przykład z takiego Nijiiro Days i robić mi miło od samego początku. Ale, Trigger, umówmy się – nigdy więcej dram na dzień dobry. Nigdy.

7/10 – easter egg z Luluco i Novą w 12 odcinku sprawił, że twórcom wreszcie udało się mnie rozmiękczyć (jednak się spotkali! kolejna szczęśliwa para odfajkowana!). Ale t-to w-wcale nie tak, że się cieszę się happy endem i d-dlatego podwyższyłam ocenę, baka!

Koutetsujou no Kabaneri

tumblr_o7m352eeCS1qa5n0qo1_540.gif
A temu panu pomyliły się castingi, bo chciał startować jako członek Żandarmerii w Tytanach. Nie w tym roku, proszę pana, nie w tym roku…

Jeśli należycie do ludzi, którzy przebierają palami u nóg na wieść o czymkolwiek tytanopodobnym niczym L na widok ciastka z kremem, to możecie czuć się zainteresowani tą serią. W samurajskiej Japonii o steampunkowym zabarwieniu ludzie muszą walczyć z zombiakami (kabane). Ze względu jednak na ich znaczną ilość obywatele poukrywali się w rozsianych na terenie całego kraju miastach chronionych przez stalowe mury, między którymi kursują masywne pociągi. Pewien żądny poklasku młodzieniec, Ikoma, pragnie wynaleźć broń zdolną zabijać kabane przez przebicie ich twardych jak diament serc. Nawet gdy wrzucają mężczyznę do więzienia, bo zbyt mocno rzucał się na żołnierza mordującego niewinnego człowieka i nawet gdy do jego rodzinnego miasta wbija pociąg pełen zombie, Ikoma wciąż maniakalnie myśli o udoskonaleniu parowej spluwy. Kiedy wreszcie udaje mu się stworzyć dzieło swego życia, a nawet zabić nim jedną z bestii, okazuje się, że chłopak nie zdołał uchronić się przed ugryzieniem. I już był w grajdołku, już witał się z gąską, gdyby nie zdarzył się cud. Cud, z którym wiele wspólnego ma tajemnicza przyjezdna imieniem Nikt.

I tak nasze kombinerki… to znaczy Kabaneri okazały się serią przekombinerkowaną, a poziom z pierwszego odcinka poszybował w dół niczym spadająca z wiaduktu ciuchcia. Twórcom zabrakło jaj, aby uśmiercać kogokolwiek poza randomami, co już sprawia, że fabularnie oceniam to anime niżej od Tytanów. Bohaterowie Kabanosów jadą od punktu A do punktu B, walcząc od zombiaka do zombiaka. Czasami pojawi się większy zombiak, zwinniejszy zombiak, myślący zombiak, albo zombiaków kupa (nie mylić z zombiaczą… no). Pomiędzy zdarzyła się drama o człowieczeństwo, drama o sens życia, drama na tle traumy z dzieciństwa, drama o konflikt interesów, drama o panowanie nad światem i drama o dramę. Fabuła – robisz to źle. Poza tym chociaż Ikoma nie jest specjalnym wyzwaniem jeśli chodzi o przeskoczenie Erena względem fajności, to jednak cała reszta ekipy Pogromców Kabanosów jest już o wiele nudniejsza niż ludki z SnK. Tak właściwie moją ciekawość wzbudziła jedynie Yukina, pani motornicza z bickami prawie jak Hardkorowy Koksu. Dobrze chociaż, że graficznie było mocno spoko, choć i to nie zawsze. Czemu? Bo to Studio WIT, co regularnie coś odpierdziela – jak nie skopiowane piruety Leviego, to jakieś QUALITY przy rysowaniu chmary trupów. Za to można pochwalić serię za bardzo dobre umuzycznienie, bo i opening, i ending, i nawet ścieżka dźwiękowa są zrobione z dużym rozmachem (Sawano Hiroyuki i egoist na propsie).

6/10 – zepsuło się w międzyczasie jak nieświeży trupiaczek. Dla widowiska można jednak obejrzeć.

Kuma Miko

tumblr_o6o6ad9cXu1ukol42o1_500.gif
Tak się czuję, wiedząc, że wam to polecałam na początku sezonu.

Młoda kapłanka misiowej świątyni (Machi) oraz gadające „bóstwo” we własnej niedźwiedziej osobie (Natsu) żyją razem w górach, z dala od wi-fi czy supermarketów. Dla gimnazjalistki jest to źródło wszelkich dziewczęcych zmartwień i dlatego decyduje się, że pójdzie do miejskiego liceum, na co nie zgadza się Natsu. W końcu dziewczyna wychowana przez wilki tak troszkę przez misia nie ogarnia podstaw współczesnego świata, a co dopiero mówić o nowych technologiach albo modzie. Pomiędzy kłótniami dochodzą jednak do kompromisu – Machi nauczy się umieć w życie, a Natsu pozwoli jej wyjechać do miasta. I oczywiście nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Niełatwo było dla głównej bohaterki i niełatwo było dla mnie. To anime jest okej, czysta przeciętność, ale to znów nie ten poziom, którego się pierwotnie spodziewałam. Jaki ten sezon zawodny był, no nie mogę. Główny wątek przeprowadzki do miasta zdechł po drodze niczym ślimak na gorącym asfalcie, a randomowe problemy Machi i Natsu nie były aż takie śmieszne jak chciałam, żeby były. Zresztą, kto w ogóle wymyślił, że lanie i krzyczenie na swojego najlepszego przyjaciela może podpadać pod kategorię „zabawne”? O, słyszę z trzeciego rzędu jakąś odpowiedź… „Japonia, kraj tsundere płynąca”? Brawo, wygrywasz dwa kilometry granicy Internetu. Wywrzaskiwanie „baka!” i okładanie pięściami stało się niemodne już jakieś dziesięć lat temu, tylko zgodnie z fabułą anime Machi zupełnie nie jest na bieżąco z jakimikolwiek nowinkami, dlatego robi to, co robi, stając się przy okazji totalnie antykjutną i antyrozwojową heroiną. Jej towarzysze zresztą to też żadne przyjemniaczki, szczególnie Yoshio, którego powiesiłabym za… skarpetki (gdyby Machi nie nokautowała go regularnie), takim był skończonym bucem. A mogło być tak pięknie, mógł być taki Barakamon w drugą stronę, tylko wyszło jak zwykle, średnio na jeżozwierza. Meh, cokolwiek. Wiecie, że wciąż jest coś, co mi się bardzo podobało? Ending. Więc jak nie wiecie, co ze sobą zrobić, to go sobie włączcie i pośpiewajcie razem z bohaterami. Ja idę sobie zrobić okład z niedźwiedziego sadła.

5/10 – zwykły, niewykorzystany potencjał. Dobrze chociaż, że mogłam sobie posłuchać Yasumoto Hirokiego w roli Natsu.

Magi: Sinbad no Bouken

tumblr_n5qappAzy91rdhbd2o3_500.gif
To się nazywa wpaść jak śliwka w kompot… albo jak Yunan w gruszki.

Po sukcesie mangi będącej shounenową interpretacją Baśni z tysiąca i jednej nocy oraz dwóch sezonach anime, przyszedł czas na ekranizację nie mniej lubianego spin-offa. Sinbad, wspaniały wojownik, znany żeglarz i władca siedmiu mórz też musiał od czegoś zaczynać. Pierwsze kroki (dosłownie) stawiał przy boku taty, a zarazem osławionego w bojach żołnierza, Badry. Sinbad już za dzieciaka wykazywał ponadprzeciętne zdolności w odczytywaniu pogody, co było znakiem, że w przyszłości dokona on wielkich rzeczy. Nie dane mu jednak było długo cieszyć się rodzinnym ciepełkiem, bo jego ojczysty kraj, Partevia, coraz agresywniej angażował się w konflikt z cesarstwem Reim, a gdy rodzina Sinbada nieświadomie przyjęła pod swój dach szpiega, wyrok na Badrę mógł być tylko jeden – wcielenie siłą do wojska.

Rzadko kiedy powstaje spin-off tak sensowny, nie będący czystym skokiem na kasę. Tym bardziej, że jest co opowiadać – zebranie siedmiu dżinów, siedmiu generałów i zaczątki konfliktu z Al-Thamenem to materiał na nie mniej porywającą historię niż samo Magi. Dziwi mnie natomiast tempo akcji, jest przerażająco sprawne. Po jednym sezonie Sinbad zebrał już niezłą grupkę sojuszników, obskoczył trzy kraje partnerskie, zawiązał kontakty z kolejnymi trzema, zdobył dwa dżiny z labiryntów i jednego magiego z beczki… uff, a ja nie umiem czasami zmusić się, żeby  pobiec na uciekający bombaj. Dobrze chociaż, że prędkość akcji nie wpłynęła znacząco na grafikę – to typowy poziom poprzednich serii, bez fajerwerków, ale na szczęście obyło się bez takich kwiatków jak robotaniec Morgiany. Za to zawiodłam się warstwą muzyczną, była baaardzo przeciętna. No i humor już tak przyjemnie wiariacki nie był. Ponadto nurtuje mnie jedno pytanie… co dalej? Dostaliśmy nawet nie połowę historii, a manga, choć wciąż trwająca, ma już wystarczająco materiału, aby pokusić się o kolejny sezon. Mam nadzieję, że po prostu przedwcześnie wyskakuję z tą ciekawością jak guma z przetartych gaci, bo, well, seria zaczęła się późno, więc przy pisaniu tego podsumowania do ostatnich minut przed publikacją wciąż nie zostały wyemitowane dwa ostatnie odcinki. A co, jeśli ogłoszą kolejny sezon na sam koniec trzynastego odcinka…? Psiakość, ale jestem niekompetentna. Wybaczcie mi, to przez przywiązanie się do bohaterów (i goniące terminy. głównie goniące terminy). Nawet jeśli nie wszystko co robią jest ciekawe i widowiskowe, to są jak sąsiedzi, co obecności nie zauważasz, ale jak ich zabraknie, to robi się jakoś smutno.

6/10 – dadzą drugi sezon, obejrzę drugi sezon. Dadzą dwudziesty sezon, obejrzę dwudziesty sezon. Nie dadzą sezonu… kurde, czy to znaczy, że będę musiała wreszcie wyjść spod koca?

Mayoiga

tumblr_o6ex0fXfS81s1d5n2o1_500.gif
To je anime, tego nie ogarniesz.

Trzydziestu murzynków na umrzyka skrzyni… że coś mi się pomyliło? Nie, to pomyliło się bohaterom tego anime – zebrana przez Internet trzydziestka młodych ludzi postanawia zerwać wszelkie więzi z dotychczasowym bezsensownym życiem, mając w planach zamieszkanie w tajemniczej, zapomnianej przez Boga pipidówie zwanej Nanakimurą. Nie dzieje się jednak dobrze, bo gdy docierają na miejsce, odkrywają, że w wiosce nie ma śladu bytności ludzkiej już od około roku, choć jednocześnie domostwa nie wydają się ani zaniedbane, ani tym bardziej zniszczone. Wszystko wygląda jak początek horroru klasy Z, jednak zupełnie nie przeszkadza to pozbawionym choćby krzty pomyślunku wyrzutkom społeczeństwa. Przynajmniej do momentu, gdy niektórzy zaczynają słyszeć bardzo dziwne rzeczy…

Ja myślę, że to anime dla mnie stało się tym, czym dla niektórych nieszczęśników stało się Glasslip. Totalnym mindfuckiem. Fabuła była tak drętwa, pełna zła i idiotyzmu, że wygrywa w przedbiegach nawet z przeciwnikiem i tak już ciężkiego kalibru jak Big Order. Żadna urojona ciąża nie była takim mózgotrzepem jak Wielki Potwór Silikonowego Cyca. Wiecie, że często wrzucam w swoją pisaninę jakieś dziwne zwroty, żeby ją ubarwić… ale to NIE jest jeden z nich. Jednego z bohaterów naprawdę atakuje Wielki Potwór Silikonowego Cyca, który na domiar złego przypominał przedwiecznego kleszcza-giganta. Ktoś inny napotyka ciuchcię, która wygląda jak sfiksowany Pociąg Tomek. Jeszcze ktoś inny widzi krzyżówkę pingwina ze złym okiem (to te śliczności powyżej). Ale poza urojeniami co dziwniejszych postaci ta seria nie miała absolutnie nic do zaoferowania, nawet taniej rozrywki w postaci trupów. Nic, zero, null, nada. Główny bohater jest beta aż boli; przy nim nawet Yukiteru z Mirai Nikki ma jaja ze stali. Kumpel protagonisty to zaszczuty chłopak z obsesją na temat kontroli nad swoim przyjacielem. Główna bohaterka to jakieś nieporozumienie, miała być tajemnicza, ale w rzeczywistości nie miała żadnego charakteru. Cała reszta to randomy, świry lub randomowe świry, co jedno to gorsze od drugiego. Jeśli bym już musiała pod groźbą zjedzenia ogórka powiedzieć, kto z tej sporej jednak grupy był… okej (nie wierzę, że przechodzi mi to przez klawiaturę), to chyba byłaby to Nanko, samozwańcza pani detektyw z oponką. Przynajmniej ona jedna miała cokolwiek ciekawego i logicznego do powiedzenia, choć jej również mam za złe, czemu tak późno włączyła myślenie. Drugiej serii z tak marną animacją, zgrają zupełnie nieprzydatnych niczemu postaci i fabułą paskudną jak przejrzały tuńczyk z puchy to ze świecą można szukać.

2/10 – majstersztyk. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek dam czemukolwiek tak niską ocenę, ale każdy dzień jest dobrym dniem na odkrywanie nowych, porażających możliwości Internetu.

Nijiiro Days

tumblr_o6yx3kWuFw1tydz8to1_540
Małe mizianko? Może sado-maso? A gdzieżby! Dobrą randkę zaczyna się od rundki w Tekkena.

Było ich dokładnie czterech, jak załogantów z Rudego 102 czy łysych z piosenki, co się zebrało. Hashiba, Matsunaga, Keiichi i Tsuyoshi to czterech kumpli z licealnej ławy, a że jurne chłopaki to były, to i miłości czar szybko zaczął sparklić w powietrzu. Hashiba został rzucony przez swoją dziewczynę w Boże Narodzenie, lecz nim minęło choćby pół godziny załamki, to pod miejskim chojaczkiem napotkał on uroczą, ubraną w strój Mikołajki dziewczynę. Nieznajoma podarowała mu reklamowe chusteczki, a chłopak wręczył jej z wdzięczności szalik i przepadł na amen pod wpływem zakochania od pierwszego wejrzenia. Tak zaczynamy śledzić losy nie tylko Hashiby, ale i pozostałych przyjaciół, których młodość nie oszczędzi pod żadnym względem.

To było prze-u-ro-cze! Dawno już tak mnie nie urzekł szkolny romans, a tu mamy aż poczwórną dawkę śmiertelną cukru, lukru i słodyczy szeroko rozumianej oraz powiew pewnej Winterfreshowej świeżości. Bardzo dobrym pomysłem było przedstawienie fabuły głównie od strony chłopaków, a także stworzenie czterech par w różnym stadium zaawansowania uczuciowego – od samotnego Keiichiego i pojawiającej się gdzieś w połowie serii Nozomi, po stare dobre małżeństwo Tsuyopona i Yukirin. A jak już jesteśmy przy tych ostatnich, to nie mogę nie zakrzyknąć znów: prze-u-ro-cze! Jak ja uwielbiam ich stabilny związek, pełen spokoju, lecz nie pozbawiony uczuć wyrażanych w najzwyklejszych sytuacjach. Nawet jak po prostu się widzą, to czuć, że są z tego powodu szczęśliwi (nawet jak Tsuyopon jest dość oszczędny w mimice). Awww… wh… hhh… podajcie mi insuliny… 12-minutowe odcinki wydają mi się krótkie w sam raz, choć okrutnie podsycają apetyt, żeby oglądać więcej i więcej. Grafika… no, za dobrze to nie jest, co prawda krzywych mordeczek nie zaobserwowałam, ale kreska jest tak uproszona jak to tylko możliwe. A szkoda, manga jest bardzo ładna. No i słyszałam, że dokonano haniebnej kastracji i wycięto zabawniejsze lub co mniej przyzwoitsze żarty (podejrzewam, że Keiichi miał w nich niemały udział, dlatego ostatecznie było go bardzo mało), przez co została sama kwintesencja shoujowatości. ALE! To absolutnie nie był seans nudny ani tym bardziej bolesny. Przedstawiono tyle, ile się dało, jak na zwykłą porządną, bardzo przyjemnie zrealizowaną reklamówkę przystało, a teraz pozostaje już sama radocha ze zgłębiania oryginału.

8/10 – cieszę się niezmiernie, że poznałam ten tytuł, dzięki czemu sięgnęłam po jeszcze lepszą mangę. Jest to fantastyczny czasoumilacz, więc kto wie, może z tego dłubania narodzi się jakaś ładna recka…?

Sakamoto desu ga?

tumblr_o3xhczQ52l1r9i2iuo1_r6_500
Wiatraczek z Sakamoto w sam raz na upalne dni.

Zwykły, przeciętny licealista… tym razem zapomnijcie o takim wstępie. Ostatnim przymiotnikiem, jakiego można użyć w stosunku do Sakamoto to „zwykły”. Chłopak jest personifikacją słowa „stylowy”, a jego rodzicami były określenia „wyjątkowy” i „wszechmocny” (bo biologiczni rodzice są nie mniejszą tajemnicą niż zagadka Strefy 51). Mimo swej wspaniałości Sakamoto uczęszcza do normalnego liceum, gdzie wzbudza niepomierną sympatię płci pięknej i niepomierną zazdrość u chłopaków. Jak sobie z tym poradzi? Jak z nim poradzi sobie klasa? I czy znajdzie się na tym globie przeciwnik godny stania się śmiertelnym wrogiem japońskiego Supermana?

Spodziewajcie się niespodziewanego, bo oto przed wami Sakamoto – obłaskawiacz nerdów i „Tańczący z wróblami”. Tego gościa nie da się pokonać, nie da się zaskoczyć i nie da się traktować poważnie. A czy da się cokolwiek powiedzieć o fabule? Chyba tylko tyle, że nie ma żadnej, a łącznikiem między randomowymi sprawami jest szkoła, do której uczęszcza główny bohater. Co odcinek zwykle ktoś z koleżanek lub kolegów doświadcza na własnej skórze blasku zajebistości Sakamoto, a potem kolejna nawrócona dusza dołącza do jego mniej lub bardziej jawnego fanklubu. Ale czy naprawdę potrzeba czegoś więcej? Przynajmniej mamy jasną sytuację, czego oczekiwać po tym anime. Poza tym ciężko czasami odgadnąć motyw kierujący głównym bohaterem oraz to, co dokładnie kosmicznego zaprezentuje – bo że zaprezentuje, to akurat pewne. Cieszę się, że raz na jakiś czas trafia się taka zupełnie niepoważna seria, choć zaskoczyło mnie, że trudna sztuka walki sucharem przypadła w udziale studiu Deen. Twórcy ostatnimi czasy kombinują jak koń pod górkę, szukając desperacko swego targetu, bo robią zwykle w sezonie po parze anime, które są swoimi kompletnymi przeciwieństwami. Na wiosnę zafundowali poważne, bardzo dobre Rakugo i komediowe, animacyjne słabiuchne KonoSuba, a teraz obok podpadającego pod paragrafy Super Lovers! wyemitowali przygody śmiertelnie poważnego w swych odpałach licealisty w mrocznym mundurku. Tym co łączy prawie wszystkie ich produkcje jest fakt, że studiu Deen nigdy się specjalnie nie przelewało, dlatego i to anime zostało naznaczone jego charakterystycznym, lekko plastikowym połyskiem. Muszę za to przyznać, że zacnie wyszedł im opening i ending (jestem małą fanką grupy Suneohair). Jeśli nie wiecie, czy seria będzie wam leżała, to obejrzenie któregokolwiek z nich jest doskonałą, bezbolesną metodą sprawdzenia czym je Sakamoto desu ga?.

8/10 – ubawiłam się setnie. Nie wątpię, że seria mogła wpaść w schemat doskonałego, zawsze kozackiego bohatera, ale jeden skończony sezon wydaje się porcją w sam raz.

Shounen Maid

tumblr_o5gaf0lx1d1v9nx7no1_500
Blaski i cienie (głównie cienie) życia ze współlokatorami.

Życie nie rozpieszcza małego Chihiro – nie dość, że wychowuje się bez ojca, a jego dom to niewielka, biedna klitka, to wraz z pierwszym odcinkiem serii umiera jego matka. Ponieważ jednak pani Komiya była wiecznie nieobecna w domu, pracując ponad siły na utrzymanie domu, młody nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji jej śmierci. Wkrótce jednak po chłopaka zgłasza się pewien bogaty jegomość, Madoka. Wydaje się to absurdalne, ale nieogarnięty życiowo panicz jest bratem matki Chihiro. Wychodzi na jaw, że kobieta zerwała wszelkie kontakty z nowobogacką rodziną, ponieważ nie chciała żyć na cudzym garnuszku, pławiąc się w nieuzasadnionym luksusie. Te zasady wpoiła także swemu synowi, który nie chce zaakceptować mieszkania w rezydencji Madoki za friko. Dostaje więc sprawiedliwą propozycję: skoro chce czuć się fair i zasłużyć na opiekę, to Chihiro zajmie się tym, w czym czuje się najlepiej, czyli byciu pomocą domową.

Po grafice promującej serię miałam niepokojące myśli, że będzie to ukryta opcja yaoistyczna z chłopcem-pokojówką w roli ofiary, tym bardziej że w tym sezonie już pojawiła się seria, która mocno ocierała się o pedofilię (if you know what I mean przez „ociera”). Ale nieee, jest wręcz przeciwnie! To bardzo ciepła, obyczajowa seria o humorze może nie jakimś strasznie oryginalnym, ale jednak nie przesadzonym. Podoba mi się, że wszelkie kłopoty rozwiązywane są w maksymalnie odcinek (często wystarczy kilka minut). Deal zawarty między Madoką a Chihiro wydaje mi się bardzo fajnym rozwiązaniem, dzięki któremu obaj traktują się jak równi sobie, mimo że jeden jest dorosły, a drugi chodzi do podstawówki. To takie… mądre! Wraz z postępem serii zauważamy, że zaczynają coraz bardziej dbać o siebie, jak rodzic i dziecko. I mimo, że Madoka ma jakiś malutki fetysz z przebieraniem Chihiro w śliczne ciuszki, to nie ma w tym nic zdrożnego – to raczej wyraz twórczej inwencji Madoki (jest projektantem mody) oraz chęć podroczenia się z zamkniętym w sobie chłopakiem. Ekipa drugoplanowa to też bardzo, baaardzo ciepła, fajna gromadka. Nawet gdy koledzy z klasy Chihiro dowiadują się o jego sytuacji Madokowo-fartuszkowej, to akceptują to i tym bardziej zacieśniają przyjaźń, a nie nabijają. Masakra, po tylu latach wreszcie trafiłam na normalne anime…

7/10 – postacie regularnie cierpią na brak nosów, a fabuła jest raczej przewidywalna, ale jest do jedna z bardziej kochanych serii, jakie spotkałam w mym pełnym zła i internetów życiu. Doskonałe jako detoks po szóstym sezonie Gry o Tron.

Sousei no Onmouji

tumblr_o581vl05eC1tiivhqo1_540
Zgodne z shounenowym kanonem, główna bohaterka (nie ograniczajmy się, parytety w anime muszą być) jest nieokiełznanym żarłokiem. I skąpiradłem.

Rokuro od najmłodszych lat był obiecującym egzorcystą, walczącym z demonami z sąsiedniego wymiaru. Rok przez rozpoczęciem akcji anime dochodzi jednak do pewnego wypadku, w którym życie traci grupa przyjaciół chłopaka, a on sam rzuca pracę obrońcy świata ludzi. W wieku 14 lat Rokuro wciąż opiera się rękami i nogami przed wykonywaniem magicznych misji, ale gdy poznaje piękną i utalentowaną Benio, która na jego oczach wpada w tarapaty, po raz pierwszy się przełamuje i używa swoich mocy. Potem poszło lawinowo: okazuje się, że dwójka nastolatków ma zamieszkać pod jednym dachem, a jakby mało było ecchi-sugestii, według pewnej starożytnej przepowiedni dwójka niezwykłych egzorcystów miała stać się rodzicami dla najpotężniejszego wojownika, zdolnego raz na zawsze zgładzić wszystkie demony. I wówczas to już nie była aluzja, to był niemal rozkaz nawiązania „ścisłej” współpracy.

Pojedynek między mną a wytartymi schematami skończył się całkowitą porażką – poddałam się po dwóch odcinkach. Dowiedziałam się jednak w międzyczasie dość intrygującej rzeczy, bo autorem mangowego pierwowzoru jest twórca Binbougami ga!, bardzo lubianej przeze mnie komedii o licealistce-szczęściarze i bóstwie pecha. I naprawdę ktoś, kto zrobił całkiem sprawną parodię shounenów z główną obsadą złożoną z silnych lasek zrobił takie… takie… sztampowe coś? Tak się nie godzi, trzeba sobą reprezentować jakiś poziom, a nie zakopywać poprzeczkę pod ziemię, zamiast ją podnosić. Jedno jednak trzeba oddać mangace, że jego rysunki są niczego sobie. Jeśli kiedyś zmięknę i wrócę do tego tytułu, to absolutnie będzie to manga. Animacja była aż przykra w odbiorze, co niekoniecznie dziwi, gdy spojrzymy, kto maczał tutaj paluszki. Ahaaa, stary, niedobry Pierrot, zgryzota wszelkich shounenów. Wciąż jeszcze nie nabiłam ich na pal za to, co nazwali Tokyo Ghoul √A. Jeśli dorzucić do tego ich najnowsze dzieło, to zaczynam poważnie bać się o adaptację ēlDLIVE (nie żebym znała fabułę, ale kreska Amano na pewno pójdzie się paść). Wracając do obecnej produkcji, choć obejrzałam niewiele, to nie polecam Sousei no Onmyouji nikomu, kto nie jest shouneno-freakiem. Animcoholizm też ma jakieś granice.

Bez oceny. Mam limit japońskich nastolatków, które mogę przyjąć na sezon. Lekarz mi zalecił.

Tanaka-kun wa Itsumo Kedaruge

tumblr_o6h7j7mLt41tqsu3ro1_540.gif
Bieganie spóźnialskiego bohatera z tostem w zębach jest już niemodne. Teraz bieganie uskutecznia najlepszy kumpel, który trzyma spóźnialskiego pod pachą, który trzyma tosta w zębach, który nawet nie jest tostem.

Król leżingu, plażingu i smażingu, Tanaka, uczęszcza do liceum razem ze swoim niezastąpionym przyjacielem, Ootą. Nie spodziewajcie się jednak pościgów, wybuchów, magicznych przybyszów w innego wymiaru czy nawet dziwnego szkolnego klubu. Nie ma tu nic z tych rzeczy, bo to zbyt upierdliwie (Shikamaru byłby dumny) – jest tylko Tanaka i jego absolutna apatia. Chłopak nie jest jednak pesymistą ani chorym na depresję nastolatkiem, ale człowiekiem wyznającym zasadę ograniczania energii, ponieważ w czasach szalejącej entropii ktoś musi dbać o środowisko. Życie płynie leniwie, Oota nosi kumpla pod pachą, a uporządkowany świat Tanaki zaczyna niepokojąco drżeć w posadach, gdy jego apatia zyskuje nowych fanów. Dziewczęcych fanów.

Jak głównie w tym sezonie zawodziłam się dość nieprzyjemnie, tak tu zawiodłam się miło. Myślałam, że będzie to seria dla ociężałych umysłowo, bo po pierwszym odcinku siła oddziaływania Tanaki była tak wielka, że sama od razu skusiłam się na drzemkę. Na szczęście pod wpływem przychylnych opinii z różnych części Internetu kontynuowałam seansik i rzeczywiście to anime pokazało mi „The Coś”, za co lubię spokojne serie z dowcipnym wkładem. Dobrze, że wokół głównej dwójki szybko zaczynają krążyć satelity w postaci bardziej żywiołowych dziewcząt: od ukrywającej swoje drugie nieogarnięte oblicze Shiraishi, przez Echizen stylizującej się na chuligana, po totalną małą petardę Miyano. Choć można insynuować wiele, a z opisu pewnie zalatuje jakby haremem, to was od razu uprzedzę – nie. Serce Tanaki należy wyłącznie do jednej osoby i jest nią… Oota. Troskliwy kumpel przebija wszystkie długonogie i pięknookie laski, dbając o Tanakę lepiej niż niejedna matka, żona i kochanka razem wzięte. Są jak stare, dobre małżeństwo, w którym nie ma kompletnie żadnej chemii, ale tworzą stabilny, cichy konglomeracik. Ale dość już o bohaterach, pogadajmy o wykonaniu. Polecam opening, jest przemilusi i idealny na puszczenie sobie dla relaksu. Poza tym seria cierpi na coś podobnego jak Shounen Maid – brak nosów, kreska prosta jak grafiki znaków drogowych, oszczędna animacja. A jednak Tanaka-kun wciąż jest fajniejszy od wielu bardziej budżetowych anime, bo to produkcja zwyczajnie porządna. Tylko nie biorę odpowiedzialności, jeśli nagle zechcecie uciąć komara – oczy Tanaki są naprawdę hipnotajzing.

7/10 – Tanaka zasługuje na bycie bożyszczem polskiej kadry studenckiej, szczególnie po ostatniej sesyjnej prostej. Gdybym tylko i ja miała takiego Ootę u boku…

Uchuu Patrol Luluco

tumblr_o6eo9jivf81rd6sdio1_540.gif
Cieszyć się, że rodzina w komplecie, czy martwić, bo patologiczna?

Luluco i jej ojciec wiodą normalne życie w nienormalnym mieście zwanym Ogikubo. O ile papcio dał się porwać zaistniałym zmianom, bo pracuje w kosmicznym patrolu, o tyle gimnazjalistka rencami i nóżynami stara się jak może ochronić swoją normalną młodość. Na nic to jednak, kiedy ojciec przez przypadek zostaje zamrożony, a Luluco musi przyjąć na swoje barki jego obowiązki w łapaniu kosmicznych złoczyńców. Nie będzie jednak sama, bo szybko dołącza do niej pozaziemski blond przystojniaczek w postaci Alfa Omega Novy (w skrócie Nova-kuuun~) oraz smerfnoniebieskiej kumpeli z klasy, Midori.

Trigger, kocham cię. Nie za serię, która miała być twoim flagowym anime w tym sezonie, ale za ten świetny, choć może nie jakoś bombowy pod względem grafiki short autorstwa Imaishiego (czyli gościa, który dał wszystko co sfiksowane w FLCL, TTGL czy topowych seriach Triggera). Po tych trzech, niepozornych, wstępnych odcinkach seria wskoczyła w międzyplanetarny i międzyanimcowy konflikt o odzyskanie rodzinnego miasta Luluco. Nikt się nie bawił w subtelne aluzje, ale od razu pierduknięto z grubej rury nawiązaniami do Kill la Kill, Little Witch Academia, Inferno Copa czy nieznanego mi wcześniej projektu Sex & Violence with Machspeed. Wszystko jest jednym, wielkim, pięknie zakręconym uniwersum. Ciężko mówić tu o przypadku – widziałam prześwietną teorię, że to anime opowiada historię samego studia, które chciało być normalne, jak inni, ale na skutek niezwykłego uczucia do rzeczy nienormalnych podążyło w stronę kosmicznej i nieokiełznanej weny twórczej. Drugim źródłem mojego zachwytu jest wiadomość, którą zaprezentowano na końcu ostatniego odcinka – Luluco mijała się z Atsuko z Little Witch Academia, a potem pokazał się napis, że widzimy się w następnym anime… No sugestia jak w mordę szczelił, że wreszcie Czarownice dostaną pełnoprawną serię! Po trzecie okazało się, że studio rok temu na 1 kwietnia opublikowało projekty pewnych trzech dziewczynek i jedna, która zwała się Miss Trigger i miała czerwone włosy, to nie kto inny jak właśnie Luluco po tuningu. Nie dość, że twórcy mają łeb jak sklep i z byle czego potrafią zrobić fajną historię, to jeszcze wciąż pozostały dwa dziewczątka, których występu z pewnością też się kiedyś doczekamy. Życzę im odrobinę więcej szczęścia niż miała Luluco. Za fabułę musiał przecież odpowiadać ten okrutny odłamek studia, który robi słodko-gorzkie zakończenie nawet przy tak, wydawałoby się, mało znaczącym, króciutkim anime. Uch, aż mnie zaswędziały blizny na serduszku po Kaminie i Senketsu.

8/10 – Nienawidzę Triggera za tę nieprzewidywalną fabułę. Albo nie, kocham ich szalone pomysły. Może lepiej będzie nienawidzić… Czy ma ktoś na sali stokrotkę?

 

Najlepsza grafika
Bungou Stray Dogs. Wahałam się przez chwilę nad Joker Game, ale jednak o wiele więcej działo się w tym pierwszym, nawet jeśli nie zawsze było to mądre czy pasujące do fabuły. A walka między Kunikidą a Akutagawą była przedynamiczna i świetnie narysowana.
Najlepsza muzyka
Postawię na Ansatsu Kyoshitsu 2nd Season. Nic nie było takie, żeby zmiażdżyć konkurencję jak robaka (jak w tamtym sezonie czułam po ścieżce z Haikyuu!), ale to wciąż OST z więcej niż jednym fajnym kawałkiem. I to naprawdę było słychać podczas anime.
Najlepszy opening/ending
Jakby chodziło o samą piosenkę, to wygrywa dla mnie utwór z openingu z Sakamoto desu ga?, ewentualnie pierwszy ending z Crystala, ale tak łącznie… chyba postawię na wielkiego nieobecnego tego posta, czyli na Re:Zero i ending (tak btw opening też jest prze, uwielbiam te zgrzyty w melodii, czuć w niej coś bardzo niepokojącego!). Prawdopodobnie wraz z nowym sezonem się zmieni, więc trzeba korzystać z okazji. Wiele się w nim nie dzieje pod względem animacji, ale jest w tych opadających płatkach śniegu coś, co nie pozwala mi tego przewijać. A muzycznie wieje nostalgią mocno jak wieje yaoipodtekstami z Free!.
Najlepsza postać
Oota z Tanaka-kun. Be my waifu… znaczy, husbando. Jest wysoki, silny, uczynny, opanowany, lubi słodycze, a moje kokoro robi doki-doki, bo głosu udziela mu Hosoya Yoshimasa, jeden z moich ulubionych seiyuu. On to ma głos tak męski jak męskie są nogi meksykańskiego wrestlera…
Moje OTP
No! Należą się fanfary i bukiet herbacianych róż dla pomysłodawców, bo że serducho mam pełne pairingu TsuyoponxYukirin, to nie miałam co do tego nawet ociupinki wątpliwości (chociaż pairing OotaxTanaka to też, kurczę, świetny typ… i to nie moje yaoistyczne domniemania, to kanon!). Jak dla mnie to silny kandydat do OTP roku, ale trzymam kciuki za zdrową rywalizację i jak najszybszą emisję Steins;Gate 0.
Największe wtf?!
SilikonoCycoPotwór z Mayoigi. Ja się poważnie zastanawiam, co scenarzyście chodziło po głowie, gdy to wymyślał i czy przypadkiem nie ma jakiejś dziwnej traumy, o której chciałby opowiedzieć w kolejnym anime. Albo psychologowi na kozetce.
Moje guilty pleasure
Oj, tu sobie wybiorę Big Order, bo dzikie fantasy i cuda-wianki-plot-twisty-z-pupy przez bite dziesięć odcinków dały mi więcej niezdrowej radochy niż jakaś wiocha, do której wpadli turyści z hyziem (bo przez większość czasu było nudno, ot i co). Ale na myanimelist toczy się dość poważna dyskusja o to, co z tych dwóch cudów kinematografii było bardziej… bardziej.
Największy zawód
Kuma Miko. Bo początek był faaaaaajny… Chlip…
Najlepsza kontynuacja
Ansatsu Kyoshitsu 2nd Season. Aj waj, Koro-sensei! Skoro nigdy więcej się nie zobaczymy, to nie ma bata, żeby zakończone anime było złym anime. No a po 24 odcinku poczułam się jak rozjechana przez walec drogowy. True feelsy, po prostu, true feelsy.
Najlepsza nowa seria
Skoro nie mogę już cheatować i wybrać Re:Zero… no to wygląda na to, że wygrywa u mnie niepozorne, niedoskonałe Nijiiro Days (choć jako naj anime sezonu wygrywa AssClass). Co ciekawe w obu kategoriach wygrały serie z zeszłosezonowego recyklingu. To chyba znaczy, że coś nie pykło twórcom na wiosnę, hmmm…

~Dziabara

Ps. Od tego tygodnia na Lemurilli następuje przełomowa zmiana – a imię jej brzmi Regularność. Od tego momentu postanawiamy wrzucać wam post przynajmniej raz na tydzień, dokładniej w czwartek. Trzymajcie kciuki, by plan się udał i do zobaczenia za tydzień! // ~Dar

Ps2. Niebawem wyjeżdżam na tydzień do Madrytu (trzymajcie kciuki, bo jak się nie zgubię, to zamierzam odwiedzić jakiś tamtejszy sklep mangowy i mam zamiar zrobić jaką nocię o tym), ale mam poważne wątpliwości co do tego, kiedy uda mi się jeszcze zrobić pierwsze wrażenia z sezonu letniego… beware the robota! // ~Dziab

Reklamy

29 komentarzy do “Druciane macki, sądowe tornada i wioska pełna guilty pleasure, czyli podsumowanie sezonu wiosennego 2016

  1. Lol, opis animu z tablektko w logo spowodował, że coś mi się popsuło, ale nie wiem jeszcze, gdzie. Uwielbiam ten motyw – zmien życie magio!
    Mysza grammar nazi znienacka po fizyce rozszerzonej – nie można poruszac się z prędkością 20 machów, jedynie Mach 20.
    Nie spodziewałam się, że taki hejterełe może lubic baję o Koro-senseiu :D Przybij piątkę, w tej historii coś jest!
    Co się dzieje w gifie z Big Order. Pytam serio.
    Pani Dziabaro, Bleach to się popsuł tak na amen od jakichś ostatnich 100 rozdziałow ledwie, przedtem to jeszcze było spoko. W sumie nadal niecierpliwie wyczekuję każdego czwartku, bo za bardzo zzyłam się z tymi postaciami i uniwersum.
    TO JEST DZIADEK SAKAMOTO.

    Polubienie

      • Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi (robię tak samo, wordpress gupi, nie zapisuje komciów w trakcie pisania).
        O ReLIFE to rozumiem nie do mnie. Jeszcze ;)
        Za Mach-loje przepraszam, dziękuję, naprawiam.
        Po Koro-sensei spodziewałam się popłuczynach po Onizuce, ale było zupełnie inniejsze i kochanniejsze. Haj fajf <3
        To właśnie wspomniana w notce ciąża urojona, zwana też „zapłodnieniem poprzez uszkopodobną wstążkę we włosach”. Autentyczny autentyk z animu. Nawet nie umiałabym tak zdziwkogennej rzeczy sama z siebie wymyślić.
        Zależy od kiedy zaczęli się pojawiać meksykańscy zapaśnicy stylizujący się na niemieckich łuczników, tudzież Kubańczycy w przyciasnych stringach, bo wydaje mi się, że to będzie jeszcze wcześniej (patrzy, patrzy). Ta, Pepe był w 500 rozdziale, czyli prawie 200 temu. Nie, Bleach zaczyna się robić gupi od Fullbringerów. Masakrycznie gupi jest ostatnio.
        Chyba mam podobnie, że to jakiś sentyment do postaci mnie szczerze trzyma (Urahara na ten przykład). Ale nie fabuła, nie…
        Poznałam po oczach :)

        Polubienie

  2. Mnie żarty i minki śmieszyły w Bungou bardzo w momencie, kiedy ogarniałam autorów i relacje między nimi, albo czytałam kilka ich książek. Wtedy jest naprawdę przednia zabawa XD. Chciałabym znać więcej nawiązań niż znam obecnie…

    Szkoda mi tych scenek w Nijiiro, całkiem sporo moich ulubionych scen wyleciało…

    Sakamoto na razie zawiesiłam, bo uznałam, że jedna komedia na sezon mi wystarczy i padło na Tanakę…

    Joker Game też porzuciłam, bo miałam po tym jakieś straszne sny wojenne.

    Polubienie

    • Szlag, wiedziałam. Czuję się brzydkim, wykluczonym, niekochanym gajinem :< Wiki wcale mi nie pomagała. Jedyne, co ogarnęłam, to że skłonności samobójcze Dazaia są absolutnym autentykiem, a nie nieco dziwnym elementem komediowym i zaczęłam szanować to za drugie dno. No i powiedzmy, że superdedukcja Ranpo, bo to twórca kryminałów.
      Jesteś taaaaka mądra (zazdro) .3.

      To prawda, czytam mangę i ubolewam okropnie.

      Się nie przeterminuje :) Ale żeby Tanaka pokonał Sakamoto, hoho. Potężna jest moc apatyczności.

      Łoł, a przecież seria sama z siebie nie jest jakaś okrutnie mocna. Biednaś :<

      Polubienie

  3. a widziałaś live action serie naszego mackowatego belfra xDDD
    z tych serii widziałem acz jeszcze nie skończyłem trzy cztery i najlepiej oceniam BSD ;-) co tu kryć mam słabość do takich absurdalnego humoru xD

    Polubienie

    • Nie widziałam, ale kurczę, chyba coś mi świta, że miało coś takie być. Wyszło? Dobre? Niuruhuhuhu? :D
      O, komediową duszę widzę, jak miło~ Dla mnie jeden BSD to trochę za dużo anime w anime, ale jakby tak można było zrobić małe szacher-macher i obdzielić materiałem dwie pełnoprawne serie, jeden rasowy bitewniak, a drugi komedię w stylu Ourana… Brałabym jak Zagłoba śliwowicę :3 Zresztą, tak sobie mamroczę, ale fajna to była seria. Niech dwójeczka tylko przebija poziom.

      Polubienie

      • oto jak to wygląda
        tu masz trailer

        a komedia zwłaszcza po bandzie idąca to obok kosmosów i bijatyk ulubione animce
        tu dam gif z jednej z moich niedawno odkrytych acz nie nowych produkcji enjoy ;P

        Polubienie

        • Łaaał, poza tym, że Bitch-sensei jest dość brzydka (i nie powinna być Japonką), to całość wygląda… wygląda… fajosko! A usta Koro-sensei się poruszają! :O Nigdy nie miałam bezpośredniego kontaktu z adaptacjami live-action, ale z tym filmem mam olbrzymią ochotę się zapoznać (już się ściąga). Dzięki :D Jak nic będzie to super materiał na notkę.

          A to to co to? Uśmiech ma bardzo czarujący :D

          Polubienie

          • Muteki kanban musume krótka 12 odcinków seria zabójcza komedia a ta pani to nieszczęśliwa nauczycielka której boi się cała szkoła xDD

            Polubienie

  4. Kabanosy obejrzałam, bo lubię steampunk, spodziewałam się czegoś lepszego, ale jako zabijacz czasu na nudne wieczory może być. Kizna zbojkotowałam, bo wciąż jestem wkurzona na Miwę, że nie dokończył Dogsów, nie znoszę niekonsekwencji. Czy zdołam oprzeć się Jokerowi…hm, może być ciężko.

    Polubienie

    • Kabanosy dobre na przegrychę, hłe, hłe, hłe… uch, suche to było.
      Też jestem przekonana, że to przez Kiznaivera, Joker Game oraz mangę RWBY Miwa rzucił DOGSy w kąt. A BRAKUJE MU TAK MAŁO GRRR! D:<
      Ale jak coś to najbardziej winna jest ta nowa manga. W Joker Game jest najmniej Miwy z tego wszystkiego (trzeba się troszkę skupić, żeby zobaczyć, że to jego projekty są). Czuj się rozgrzeszona, gdyby jednak pokusa była silniejsza :)

      Polubione przez 1 osoba

  5. Na razie przeleciałam wzrokiem, bo nie zeszła mi jeszcze opuchlizna z mózgu, ale jakim cudem przegapiłam easter egg Luluco i Novy? Nie zauważyłam tego! Gdzie, gdzieee?

    Utuczenie Yuuty rzeczywiście rządzi ;D

    Polubienie

    • To był ten moment, kiedy kamera z daleka obejmowała Chidori i Tengę w centrum handlowym, bo był przeskok na scenę z Nico i Hisomu na pięterku. A jeśli wyjaśniłam zbyt zawile/nie chcesz się bawić w szukanie Wally’ego, podpinam ściągawkę :)
      O tu, o tu, o tu~

      :D

      Polubienie

  6. Notka sezonowa! No, to rozgrzewam palce i piszę. Po długościach akapitów chyba ogarniesz, co faktycznie oglądałam, a co tylko rzucam uwagę…

    Co do klasy 3-E, też mnie zwiesiło na początku pierwszej serii i utkło :< zabili go w końcu? Bądź człowiek, zaspoiluj…

    Big Order – dominacji w sensie takiej jak Rurusz i jego Geass? Niekoniecznie mi o ograniczenie jednego ludzia idzie, tak z ciekawości czy podobnie to działa.

    Sailorki – fabuła co? Nah. Ale fakt, animacja się poprawiła. I zwyczajnie przyjemniej było, jak co tydzień się pojawiał nowy odcinek – jak było co dwa, to nie dość że oglądane z sentymentu wyłącznie, to jeszcze człowiek się gubił kiedy co i jak… a tak – prosto, raz na tydzień, pach, dziękuję, jak będzie IV to pewnie też obejrzę.

    (o, Blicz! Jakieś komentarze co do ostatniego chaosu? Obstawiamy, kiedy się okaże że Ichigo jest tak naprawdę ojcem Masaki, nie jej synem, a Rukia to jej siostra?)

    Bungou Stray Dogs – prawo Kirchhoffa przeca nie jest na papierze trudne… i mówi to osoba hejcąca fizykę. ._. faktem jest, że początek zapowiadał mi się lepiej, niż potem było, choć, uwaga, może mieć to całkiem duży związek z tym, że jest Euro, i ostatnie odcinki praktycznie wszystkiego oglądałam tak na odwal, bo mecze ważniejsze. Pamiętam za to, że bardzo podobała mi się scena rozbrojenia bomby – w sensie, że nie było to w ostatniej milisekundzie, mieli nawet jeszcze jakiś zapas czasu. Miły akcent. A najlepsza scena z całej serii to dla mnie wrzucenie tasera (czy jak to się zwie) w kałużę. I Akutagawa w ryk. Taki kozak, taki wyrąbisty skill, mord w oczach i w kartotece… a z prądem nie wygra. Brawo, Kunikida.

    Kiznaiver – ha… powiedz mi, czy to ja i moje jednooczne oglądanie, czy serio było sobie tak, że jest grupka „przyjaciół”, grupka „przyjaciół”, grupka „przyjaciół”, jebs! Love interesty! Miałam wrażenie, jakby od momentu w którym to powiedziano (czy oni nawet nie narysowali kresek na ekranie?), zupełnie nie było build-upu, poza Honoką i Yutą. No, Chidori może jeszcze. Skończyłam wtedy z takim „…ok?”, co nie jest dobre. Koniec końców, tak jak mówisz, friend no jutsu, i też to chyba przewidywałam pod poprzednią notką o tym sezonie, nie?

    Glasslip się oglądało w zaciekawieniu, czy w końcu będzie jakaś fabuła (i tylko i wyłącznie z tego powodu). Spoiler: nie było :’D

    Mayoigi – może oni to po pijaku robili…?

    Sakamoto desu ga? – to coś, czego nie miałam w planach, ale sięgnęłam po to po Twojej notce na początku sezonu. Jedno słowo – DZIĘKUJĘ. Świetnie się ubawiłam. Jak już o openingu/endingu mowa – oglądałaś oficjalny teledysk do openingu? Jeśli nie, to jazda na YT, czterech Sakamotów na żywo, temu nie mówi się „nie”! :’D Z innych rzeczy, podobało mi się tu, że przewijały się „stare” postaci. W sensie, nie było tak, że ktoś jest bohaterem jednego odcinka, dołącza do klubu (jak to ujęłaś) i znika w tłumie licealistów. Ludki przewijali się dalej, może nie w najgłówniejszej roli, ale dawało się ich odróżnić, i fajnie. (choć czemu nikt nie powiedział kolesiowi od pszczoły (a może osy? Co to było?), że chodzenie w samych gatkach po szkole jest… khm?)

    Na koniec seria, której nie oglądałaś, czyli to (nie)szczęsne Ushio to Tora 2. Jeżu. Ja nawet nie wiem jak to skomentować. Niby fajnie, przeprofinal boss, napięcie rośnie, tu ktoś odchodzi, tam kogoś mają spalić, ktoś się staje bytem duchowym, rozwalają broń, naprawiają broń, przyjaciel znika na amen, wojna na całego każdy z każdym… brzmi jako-tako dynamizmem? Well, no nie do końca. Cały sezon miałam wrażenie, że wszystko się ciąąąąąąąąąąąąąąąąąągnie. Jak napisałam, dziać się działo, ale odczucia miałam takie jak podczas rozwleczonego arcu z mrówkami w HxH, z tym że tam dla odróżnienia byłam zaciekawiona co dalej i co tydzień odświeżałam stronę w oczekiwaniu na odcinek. Tutaj… średnio. Ale duży plus za głos Hakumen no Mono, bardzo mi się podobał. Taki dostatecznie nie-z-tego-świata.

    …doczytałaś do tego miejsca? Brawo :D \

    Polubienie

    • No będę człowiekiem, będę. Utłukli (chlip, sniff, mlask, buuu…).

      Si, coś bardzo w tym stylu, tylko moc była nielimitowana absolutnie niczym (nawet grawitacją mógł manipulować) i żeby zadziałała, bohater musiał choć raz stanąć na danym obszarze. Ale tak samo jak Rurusz musiał odpalać magicznie wyryty symbol (na ręce) i wykrzykiwać na głos rozkaz.

      Fabu… fa… mydełko fa? Nie wiem o jakim słowie myślałam. Pewnie chodziło mi o farfocle. No masz rację, Sailorki to takie przygłupie dziecko, co kochasz, bo jest twoje. I też się zapisuję na IV część.

      (Kubo od czasu pewnego popieprzonego meksykańskiego zapaśnika powinien zgłosić się na tę samą kozetkę co twórcy Big Order i Mayoigi. Ichigo jest jakąś ofiarą genderu zmieszanego z yaoizmem, mpregami i z posypką genetycznego bullshitu. Powinien zmienić imię na jakąś Milagros albo inną Lucindę. Telenowele się nie umywają do jego sytuacji życiowej. A tak poza tym to Kubo jest nudny w tych swoich power-upach i straszliwych groźbach)

      Ej, przecież z tym Kirchhoffem to nie mówiłam o sobie! D: Znaczy, nie lubię wszystkiego, co dotyczy prądu, ale Kirchhoff akurat jest bardzo spoko ziomem w porównaniu do np. praw termodynamiki. No właśnie bardzo podobały mi się elementy akcji, nawet jeśli nie było w tym większej głębi, ale pod względem choreograficznym czy budowania napięcia było bardzo fajne (a Kunikidę mogłabym słuchać godzinami, hłehłe). Właśnie na takie oglądanie jednym okiem :)
      (btw. smutam mocno smutaniem naszych piłkarzy, choć i tak jestem dumna, że tak dobrze im szło. Teraz będę kibicować największym ananasom tego Euro czyli Islandii, bo pocieszna z nich drużyna XD)

      Mam tak samo jak tyyy~ z tym, że wyskoczyli z tymi pairingami jak Eskimos z przerębla – o ile Chidori była oczywista ze względu na fabuło-dramę, a z Yutą to był ten problem, że na początku nie wiedziałaś, czy był bucem i chciał zaliczyć, czy naprawdę czuł coś więcej, to reszta nie wyrażała swoim zachowaniem zupełnie nic. Zwłaszcza Nico. Jak powiedziała, że kocha Tengę, to aż wybałuszyłam oczy. Natomiast chyba wolę już rozwiązanie, że „kto się czubi, ten się lubi” niż wesoła gromada przyjaciół, która zaprzyjaźniła się, bo tak. Nie rozumiem pod tym względem Japończyków, że do przyjaźni wystarczy im po prostu powiedzieć to na głos komu popadnie i cześć.
      I tak, chwała M.W., chwała, dobrze prawiłaś :)

      Glasslip – ratujesz mmnie życie, którego i tak nie mam, jupi! Już nie muszę oglądać! :D

      Mayoiga – żarty żartami, ale mieli takie pomysły na wizje, że to autentycznie mogło być inspirowane zaćmieniem alkoholowym. Naprawdę to widzę – ktoś wymyślił pod wpływem trzy dziwne potwory, a potem dopisał do tego całą beznadziejną, nieklejącą się kupy historię.

      Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że ci dobrze poleciłam :D To pieruńsko trudne trafić w czyjkolwiek gust.
      Nie, nie widziałam, daj mi pięć minut, co na piśmie zmieni się magicznie w kilka sekund… O mamuńciu! Pierwsze co pomyślałam, to „Czy twoja fryzura wygląda jak ufarbowany hełm?”. XD A potem „Japonia i ich teledyski. Tyle radochy, tyle lolcontentu”. Pienkne to było, pienkne. Super to było, dzięki za cynk. Bym w życiu nie pomyślała, że ktoś zrobi teledysk ala anime, do którego trafi piosenka.
      Wiedziałam, że o czymś zapomniałam, a przecież to był jeden z mocniejszych punktów serii. Kubota! To jest dopiero mistrz! Jak pierwszy raz usłyszałam, że w roli zahukanego grubaska występuje Ishida Akira, jeden z top of the top seiyuu, to aż biłam brawo twórcom. A jak ten grubasek stał się tru przyjacielem Sakamoto i żywą reklamą Head&Shoulders, to już wyjść z podziwu nie mogłam. Pszczółka-kun też był mocny, cały czas w tych gaciach i NIKT nie zwracał na to uwagi. Hanabusa był cool, fajnie, że delikwenci mieli po swojej stronie takiego gościa z odrobiną klasy.

      Czyli w Ushio no Tora 2 niewiele się poprawiło (to o odcinku plażowym będę pamiętać na długo)? Niby z tego co mówisz nie brzmi najnudniej, ale pewnie dopadł go syndrom drugiego sezonu. I ogólnie syndrom sezonu wiosennego, który byyył taaaki powooolny (magia Flying Witch, jak nic).

      Wątpiłaś? A ja ci jeszcze odpisałam na wszyściuchno! :D

      Polubienie

      • Do boju Islandio! o/

        Oj, odpisałaś, odpisałaś, jak mi miło owo
        Dorzucę tylko o tym Ushio, może nie tyle syndrom drugiego sezonu, co, takie wrażenie, za mało fabuły na za dużo odcinków. Nie orientuję się tak na 100% pewności, ale chyba skończyli cały tytuł w tym momencie. Po pierwszym sezonie pewnie został kawałek, zrobili przerwę na ogarnięcie reszty, a że było głupio zrobić za mało odcinków i w pół sezonu urwać…
        …a może po prostu i w mandze się wlokło. Nie wiem, nie czytałam. W HxH się wlokło i tu i tu, to może… :’D

        P.S. Tak mnie naszło dziś w autobusie z rana – w kilku przypadkach napisałaś, że się zawiodłaś i po kilku odcinkach zapowiadało się inaczej – lepiej bądź gorzej. Może wprowadzić takie jedno-dwuzdaniowe porównanie „co sądziłam po 3 odcinkach – co sądzę po całej serii” w następnych podsumowaniach? Takie coś jak jest przy Tanace, że myślałaś, że seria dla ociężałych, ale jednak nie. Więcej roboty, wiadomo, ale tak rzucam pomysłem, a nuż…

        Polubienie

        • Kto wygra meeecz, kto wygra meeecz~ A mecz za godzinę czasu Dziabowego :D

          A nie, bo mi milej, ty w końcu zaczęłaś :)
          No dobra, ale kurtuazje na bok.

          C-cały? Najpierw się zdziwiłam, bo z tego co piszesz brzmi to tak, jakby manga była zakończona. No i jest. I ma 33 tomy O.o Serio to wszystko zanimowali? W prawie czterdzieści odcinków? Nie no, nie wiem jaki intensywny przemiał rozdziałów na odcinek mają shouneny, ale zawsze mi się wydawało, że cztery-pięć tomów na dwanaście odcinków to już optymalne tempo.

          O, mówisz? Dzięki za radę .3. Głupio mi pisać dwa razy prawie to samo (we wrażeniach i potem w podsumowaniu), więc i nie zawsze dodawałam, co myślałam o tytule na początku, ale skoro to ułatwiłoby zrozumienie, to jasne, żaden problem. Trochę więcej lania wody to już żadna różnica :) Postaram się nie zapomnieć o tym za trzy miesiące. Kurczę, mam nadzieję, że nie zapomnę :/

          Polubienie

        • ushio and tora to długas 33 tomy ;-) choć w oav z l90 jak mnie pamięć nie myli było dynamiczniej ale może dlatego że było ich 10 ;)

          Polubienie

  7. „z superbohaterów wolę Wild Tigera”

    Fire Emblem FTW :>

    „Uch, aż mnie zaswędziały blizny na serduszku po Kaminie i Senketsu.”

    Drapie się po swoich

    „Od tego momentu postanawiamy wrzucać wam post przynajmniej raz na tydzień, dokładniej w czwartek.”

    Plagiatorzy :P

    Polubienie

    • „Fire Emblem FTW :>”
      No przecież! Brzydka ja, brzydka, o prawdziwym pięknie zapomniałam :3

      Drapie się po swoich
      Zapala wirtualnego znicza Wspieramy, wspieramy…

      „Plagiatorzy :P”
      Wcale nie, to był wynik wieloletnich badań wykresów popularności… e tam, pierdzielenie. Zżynamy od najlepszych :)
      (ale nawet nie wiedziałam)

      Polubienie

      • Największym błędem animca był brak odcinka poświęconego Emblemowi. Ktoś powinien za to beknąć.

        Śmierć Senketsu przyszła tak niespodziewanie, że myślałem, że rozwalę monitor. Cholernik dołożył solidną cegiełkę do mojego długiego odchorowywania Kill la Killa. Gupie studio Trigger :/

        „(ale nawet nie wiedziałam)”
        A jakoś tak wyszło :3 Trzeci miesiąc już tak jadę i póki co sobie chwalę. Co prawda wymusza to sprężanie się, planowanie tematów na zaś i nie pozwala na szlifowanie tekstów w nieskończoność, ale to nawet lepiej. Z drugiej strony ja bez porządku w życiu choruję, więc mogę być uprzedzony X)

        Polubienie

        • No niby taki Rock Bizon czy Dragon Kid też nie dostali żadnych swoich wątków, ale, hm… akurat Fire Emblema oglądałabym, był przeuroczy .3. Nie jestem pewna, ale może w kinówkach cosik mu skapnęło scen? Chyba to właściwy czas, aby wreszcie je nadrobić.

          Śmierć Sentesu była tym gorsza, że nikt się tego po Triggerze nie spodziewał. Walka wygrana, wszechświat ocalony i co? Gucio. Od teraz trzeba będzie dmuchać na zimne. Tyle dobrego, że zrobili to na koniecc

          Nam we dwójkę może będzie łatwiej, ale to i tak duże wyzwanie (zwłaszcza jak mi wychodzą podsumowania na 7k słów). Jeśli dajesz tak radę już kilka miesięcy, to jestem pełna podziwu i nadziei. Pewnie jak już się wpadnie w rytm, to nie jest tak źle?

          Polubienie

          • Dragon Kid nie miał swojego odcinka, za to znacznie więcej wątków od Bizona, jak chociażby scenki ze spinką. Co mi zresztą też przeszkadzało, bo postać jest urocza :3 W ogóle mam wrażenie, że sezon mógł mieć jeszcze jeden albo dwa odcinki poświęcone tylko mniej ważnym bohaterom, skoro cała ekipa była obecna tak na początku, jak i na końcu sezonu.

            A w sumie powinniśmy byli się spodziewać, ponieważ Kamina. Co prawda zginął on dużo wcześniej, bu still…

            Nie. Start pisania w piątek, max w niedzielę, potem trzy dni uzupełniania i poprawek, w czwartek premiera i tak od nowa. Co prawda wymaga to planowania na parę tygodni do przodu, bo zbieranie materiałów chociażby, zżera masę czasu (niewyleczone perfekcjonizm i wodolejstwo <3) i nie zawsze przynosi optymalne efekty, ale pomaga uczynić tydzień nieco bardziej uporządkowanym. No ale ja należę do ludzi, co jak sobie wpiszą coś w kalendarz, to potem starają się to wypełnić, więc mogę nie być najlepszym przykładem ;p

            Polubienie

  8. Wiosenny sezon był średni, mało serii mnie zainteresowało… Ubolewam jednak nad tym że Joker Game tak szybko się skończyło ;_; 12 odcinków to stanowczo za mało… Ja chcę mojego Kaminagę, Hatano, Jitsuia z potworem noo :((((((((

    Bungou Stray Dogs, tez genialna seria i podobno zapowiedziany drugi sezon na październik :D Cieszę się bardzo i mam cichą nadzieję, że będzie więcej niż kolejne 12 odcinków.

    Sezon letni… Przeleciałam trochę materiał co tam bedzie… Zainteresowała mnie tylko jedna pozycja „91 days” Jestem bardzo ciekawa co toto bedzie :D Lubie takie klimaty, wiecej takich serii poproszę! No i bedzie II sezon D.Gray-Mana!! <3333

    Polubienie

    • Joker Game mógłby spokojnie dostać sequel, fabularnie nic nie stoi na przeszkodzie, a nawet mogłoby być jeszcze ciekawiej, ale czy seria się sprzedała wystarczająco dobrze…? Obawiam się, że może być słabo, bo target jest ograniczony (ale może, moooże, skoro Rakugo się doczekało…).

      Ano tak – drugi sezon BSD był pewny już od (chyba) początku emisji pierwszego. Również się cieszę i ostrze ząbki na efektowne walki. Co bym nie narzekała na ciągłość historii, to jednak spoko seria była i będzie :3

      91 days też mam w planach, obowiązkowo. Klimatem zapowiada się takie trochę Baccano, a trochę Gangsta. Mam nadzieję, że seria nie zejdzie ze ścieżki mrocznej fabuły. D.Gray-Mana jestem strrrasznie ciekawa, boli mnie zmiana całej ekipy aktorów, ale mam chociaż nadzieję, że muzyka będzie tak samo świetna jak w pierwszej serii. No i może zrozumiem ciutkę więcej niż z mangi .3.

      Polubienie

      • Mnie też się nie spodobała wymiana większości seiyuu, ale no bohaterowie są w końcu starsi to i mutacje głosu przejść musieli :D Z tego co mi się obiło o uszy to tez ma mieć na razie 12 odcinków… Co oni się tak uparli na te 12-odcinkowe serie, jakaś plaga czy co?

        91 Days – liczę że ta seria będzie mieć więcej niż 12 odcinków, 1 dzień = 1 odcinek! Nie pogardziłabym taką 91-odcinkową serią :D

        Polubienie

        • Takiego Allena czy Kandę to powiedzmy, że nawet rozumiem, ale reset wszystkich seiyuu jest strasznie smucący. Dziewczynki i starcy mutacji nie przechodzą :<
          Mało kto teraz szasta kasą na robienie tasiemców, bo nikt nie chce utykać z tą samą serią na dłużej, jeśli nie do końca wiadomo, jak się sprzeda. Z drugiej strony jeśli mieliby robić powoli kolejne arci w pojedynczych sezonach, to nie jest to jakaś strasznie zła opcja, bo wtedy zawsze jest czas na dopracowanie animacji i fabuły.

          Och, żeby to jeszcze miało ręce i nogi. Bo chyba nie chciałabym, żeby każdy posiłek i wyjście do ubikacji było koniecznie przedstawiane… ;)

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s