Inni niech prowadzą wojny, a ty piękna Francjo baluj – recenzja Róży Wersalu

Mamy rok 1997. W pewnym środkowoeuropejskim kraju wychodzi manga Aż do nieba, dzieło słynnej japońskiej mangaki Ryoko Ikedy opowiadające o Tajemnej historii Polski, a dokładniej losach księcia Józefa Poniatowskiego. Jest to pierwszy komiks wydawnictwa JPF, hobbistyczny przekład jego szefa – Shina Yasudy – który tłumacząc mangi chciał początkowo jedynie poćwiczyć swój polski. Jednak wkrótce się okazało, że na jednej serii się nie skończy. Kolejnym tytułem ze słoniowym logiem (tak, to ponoć jest słoń) było Sailor Moon, a potem droga wiodła już od jednego hitu do drugiego. Mało kto pamięta, że w ostatnim tomie Aż do nieba widniała zapowiedź mangi, na którą trzeba było czekać aż 19 lat… (a wy narzekacie na brak kolejnego tomu Zakuro!). W końcu jednak się doczekaliśmy. W Polsce niedawno miała premiera Róży Wersalu, jednej z najbardziej kultowych i ważnych shoujo, nie tylko przełomowa dla tego rodzaju mang, ale i mająca niemały wpływ na całe pokolenia Japończyków.

różain6

Mamy rok 1755. W trzech różnych krajach na świat przychodzą trzy osoby, których życie stanowić będzie zręb tej historii: szwedzki hrabia, Hans Axel von Fersen, szósta córka rodziny francuskich żołnierzy, Oscar Francois de Jarjayes oraz austriacka księżniczka i przyszła królowa Francji – Maria Antonina. Ta ostatnio to właśnie tytułowa Róża Wersalu, wychowywana od małego w luksusie i nie znająca większych niedogodności niż mierzenie się z etykietą i spiskami dworzan. Oczekiwania związane z pozycją pierwszej damy Francji, ograniczona wiedza o rządzonym kraju spowodowana zamknięciem się w ściśle wyselekcjonowanym środowisku dworu królewskiego, a wreszcie wrodzona naiwność Marii Antoniny sprawiają, że jawi się ona jako postać bez charakteru, bezwolnie prowadzona przez życie decyzjami innych, nakazujących jej kogo ma poślubić, kogo pozdrawiać, kogo unikać. Związany jest z nią paradoks królowej, stojącej z jednej strony ponad wszystkimi i z definicji mogącej zrobić wszystko co jej się podoba, ale z drugiej, ulegającej naciskowi otoczenia, oczekującego, że zachowa się odpowiednio do oczekiwań. Rodzi się z tego tragiczny konflikt bohaterki, która choć chciałaby żyć swoim życiem nie ma  takich możliwości, będąc jedynie pionkiem w grze innych. Walka o duszę królowej staje się głównym wątkiem serii, a w sytuacji gdy każdy chce wykorzystać jej pozycję, by zrealizować własne ambicje, właściwie tylko jedna osoba dostrzega w Marii Antoninie pełnoprawnego człowieka. Mowa o najbardziej charakterystycznej postaci mangi – Oscar. Choć będąca kobietą (i za taką się uważająca), zostaje wychowana jako mężczyzna i żołnierz, zajmując ostatecznie pozycję oficera gwardii królewskiej i dbając o bezpieczeństwo mieszkańców Wersalu. To właśnie ona będzie pełnić rolę sumienia królowej, starając się nie tylko chronić ją przez intrygami szlachty, ale i uświadomić obowiązki jakie ma wobec zwykłego ludu francuskiego. Bowiem, jak na epopeję przystało, bohaterowie nie żyją w pustce, a nawet osoby, które lekcje historii spędzały na drzemce powinni kojarzyć, co stało się w Francji w 1789 roku (podpowiedź: nigdy porządna gilotyna nie były tak chodliwym towarem jak wtedy. Rodzina królewska ma w końcu dość sztywne karki). Jednak, choć od początku wiemy jak opowieść się skończy, wciąż trudno nie kibicować „nawróceniu” Marii Antoniny i rozpaczliwym próbom Oscar broniącej przed innymi swojej coraz bardziej izolującej się od świata i trwoniącą pieniądze poddanych władczyni. Róża Wersalu oczywiście nie opiera się tylko na postaci Marii Antoniny – przez swoją ogromną popularność, pani oficer staje się z wraz z biegiem historii wiodącą postacią. Swoje miejsce w opowieści będzie mieć też próba awansu z niższej warstwy społecznej na samą górę (i to po trupach), dworskie intrygi różnej maści karierowiczów, dylematy samej Oscar, choć cieszącej się niewątpliwym szacunkiem w społeczeństwie, nieuznawanej przez nikogo ani w pełni za mężczyznę, ani za kobietę. No i romans. Dużo romansu, bo co to by było za shoujo bez kilku skomplikowanych wielokątów romantycznych? W dużym skrócie – kto nie wzdycha akurat na myśl o Fersenie, ten jest zakochany w Oscar. Przede wszystkim jest to jednak zapis tragedii i kto lubuje się w szczęśliwych zakończeniach, ten powinien zostać od razu ostrzeżony – żadna rewolucja nie kończy się dobrze. Szczególnie gdy w Paryżu śpiewa lud, gdy się u ludzi zbiera gniew….

różain5

Mamy rok 1972. Ryoko Ikeda, wciąż nowa nadzieja w branży shoujo, przekonuje swoich wydawców, że stworzenie mangi o historii Francji zainteresuje japońskich czytelników. Ryzyko było spore – komiksy dla młodych dziewczyn kojarzą się raczej z szkolnymi fabułami i nikt nie odważył się jeszcze osadzić swojej opowieści na tle historycznym, a co dopiero historii Europy. Ikeda była jednak uparta – Maria Antonina fascynowała ją już od kiedy przeczytała w liceum jej biografię pióra Stefana Zweiga. Sceptyczni wydawcy już wkrótce zaczęli przecierać oczy ze zdumienia, bo wbrew ich oczekiwaniom manga zaczęła pobijać wszystkie rekordy popularności, przy okazji stając się od razu tytułem kultowym i przełomowym. Z jednej strony, na gruncie fabularnym, sprawcą całego zamieszania była panna Oscar. Tego, że konserwatywni Japończycy do dziś uważają, że naturalnym środowiskiem kobiety jest kuchnia nie trzeba chyba nikomu udowadniać. W latach 70., oczywiście, przekonanie to było jeszcze silniejsze, a idealna historia miłosna opowiadała o tym jak waleczny mężczyzna bierze swojego Kopciuszka w opiekę, za co ta ma go po prostu podziwiać. A tutaj nagle pojawia nam się Oscar – waleczna, samowystarczalna i będącą w swojej historii romantycznej z niejakim Andre równoległą partnerką, a nie tylko niewiastą w potrzebie. Nie tylko to było przełomowym tematem: problemy z rolą społeczną przypisaną do płci czy miłość kobiety do innej kobiety pojawiały się już wcześniej w japońskiej popkulturze, ale nie w tak popularnym dziele. Nie mówiąc już o tym, że Róża to pierwsza manga w której pojawiła się scena łóżkowa (tak przynajmniej twierdzą mądre książki). Nie licząc wstrząsów w warstwie społecznej, nic innego tak nie przyczyniło się do popularyzacji Francji w Kraju Kwitnącej Wiśni. Doszło nie tylko do tego, że w wielu szkolnych bibliotekach dzieło Ikedy znajduję się w dziale podręczników historii, samych Japończyków ogarnęła prawdziwa francuzomania. Róża jest obecnie tak automatycznie kojarzona z tym krajem, jak dla Polaków każdy Czech musi być wojakiem Szwejkiem – nic dziwnego, że Francuzi przyznali Ikedzie Order Legii Honorowej.. Całkiem osobną kwestią jest jej wpływ na popkulturę japońską. Opowieści wyraźnie inspirujących się losami panny Oscar nie brakuje (wystarczy tylko wymienić Rewolucjonistkę Utenę), tak samo jak odniesień w innych mangach ((patrz poniżej – kolejno Silver Spoon, Shokugeki no Souma – Etoile oraz oczywiście Pokemony)

 

Róża Wersalu to nie tylko manga. Warto na początku wspomnieć 40-odcinkowe anime znane w Europie pod nazwą Lady Oscar. Odbiegające w wielu miejscach od pierwowzoru i skupiające się od samego początku bardziej na pani oficer, dla wielu ma status absolutnie kultowego. Jedną z większych różnic jest przede wszystkim większa uwaga zwrócona na szczegóły zdarzeń, bo o ile manga czasem biegnie po łebkach po wydarzeniach historycznych, tak w adaptacji będzie czas na dokładne pokazanie wszystkich pojedynków albo rozmyśleń bohaterów. Mam też wrażenie, że serial jest skierowany dla trochę młodszego widza, ale z tym można się ze mną kłócić. Oprócz anime, najsłynniejsza adaptacja oryginału to kilka wystawień scenicznych słynnego japońskiego teatru Takarazuka, dla którego właśnie Róża była najbardziej przełomowym z spektakli. Istnieje także film aktorski z 1979 w koprodukcji japońsko-francuskiej. Nowy film animowany, planowany na 2008 rok nie wyszedł niestety poza trailer. Oprócz tego sama Ikeda nawiązuje do Róży w kilku innych swoich dziełach – mangę Eikou no Napoleon (Chwała Napoleona) można spokojnie traktować jako sequel, powstały też dwa zbiory opowiadań – Berusaiyu no Bara Gaiden – w których można rozpoznać kilka znajomych postaci, a w 2006 roku autorka skusiła się także na parodię swojego dzieła pod postacią spin-offu BeruBara Kids.

różain4

Powiedzmy sobie jednak szczerze – czy warto sięgnąć po Różę? Odpowiedź brzmi: tak, ale… Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba wiedzieć do czego się zabieramy. Osoby przyzwyczajone do współczesnych mang mogą zaznać małego szoku poznawczego i od początku znielubić historię. I nie ma w tym nic dziwnego – wystarczy pomyśleć jak osoba oglądająca tylko nowości filmowe reaguje gdy puści się jej coś z klasyki kinematografii. Choć nie ma wątpliwości, że Przeminęło z wiatrem czy Tramwaj zwany pożądaniem to arcydzieła (a spróbujcie mi zaprzeczyć!), to korzystają przecież z całkiem innych środków artystycznych niż współczesne produkcje. Podobnie jest w przypadku mangi, która powstała prawie pół wieku temu. Pierwszym szokiem może być kreska, dla niektórych po prostu dziwna. Z jednej strony proste, nie rastrowane projekty postaci obfitujące jednak w bogactwo szczegółów jeśli chodzi o stroje, z drugiej bardzo karykaturalne, wręcz bazgrołowate sceny w stylu super-deformed, a to wszystko pokryte tyloma sparklami, że wampiry z Zmierzchu mogą dostać kompleksu. Nie łatwiej jest w sposobie prowadzenia opowieści – duża, ogromna ilość dramatyzmu, która wielokrotnie zostawała później w współczesnych dziełach parodiowana zmusza do pewnego przestawienia się w kwestii estetyki. Gdzieś czytałam o tym, że dzieła Ikedy można traktować jak teatr – i to chyba najlepsza rada dla zabierających się po raz pierwszy do jej dzieł. Tutaj, tak jak w teatrze, wiele rzeczy jest tylko symbolem, rekwizytem, a decorum, choć wymagające przyzwyczajenia, szybko da się zaakceptować jako pewien zabieg artystyczny. Nie będę się jednak upierać, że każdy skończy lekturę zachwycony. Na pewno ukontentowani będą fani klasycznych, XIX-wiecznych powieści, wielbiciele romansów w wyższych sferach czy miłośnicy biografii historycznych. Osoby, które to odrzuca, mogą męczyć się w trakcie lektury. Oczywiście jest to obowiązkowa pozycja dla osób interesujących się historią mangi. Jak już pisałam wcześniej, mało było w Japonii tak przełomowych dzieł, tak silnie wpływających na całą branżę. Na pewno zapoznanie się z Różą sprawi, że czytając inne mangi będzie się dostrzegało więcej nawiązań – a to sprawi, że lektura będzie bogatsza. No i ostateczny argument: jejku, jaka to dobra historia. Tak po prostu.

13101458_971118639604447_238714549_n

Warto wspomnieć też trochę o polskim wydaniu. JPF zdecydowało się wydać Różę w swojej serii Mega Mangi i dzięki temu otrzymaliśmy wydanie 3w1, które zamknie się w trzech wielkich tomiszczach. Jako wielbicielka wydań zbiorczych jestem jak najbardziej zadowolona, choć ostrzegam, że trzeba się dobrze rozsiąść, by zachować wygodę czytania. Takie rozwiązanie ma jednak też swoje zalety – taką cegiełkę mniej chętnie zabieramy w podróż i bierzemy się za nią tylko, gdy naprawdę mamy czas na czytanie, poświęcając tym samym lekturze większą uwagę. A trochę ona zajmuje, w moim przypadku poświęciłam na cały tom jakieś 5 godzin w kilku sesjach (zwykłą mangę shoujo czytam około godziny). Co do jakości wydania, uwag nie mam, na początku uraczeni zostajemy czterema kolorowymi stronami, a w środku błędów drukarskich nie odnotowano. Na wysokim poziomie stoi także tłumaczenie (co w przypadku tego wydawnictwa jest normą), cieszy też, że postarano się o konsultację historyka (w dodatku oddanego fana tytułu – pozdrawiamy Grisznaka :)), szczególnie, że autorka lubuje się w niesprawdzaniu dat i niektórych szczegółów, co w polskiej wersji, jak tylko była możliwość, skrupulatnie zostało naprostowane. Obwoluta dopasowana jest do wcześniej wydanej mangi Ikedy, czyli Mój drogi bracie… i jedyne do czego mogłabym się przyczepić, że oba tomy wyglądają trochę zbyt podobnie – sam projekt polskiego wydania jest jednak bardzo przyjemny.

różain3

Mamy rok 2016. Polska wreszcie doczekała się tej najdłużej zapowiadanej mangi. Po powyższej recenzji sami powinniście móc ocenić, czy ten tytuł to coś dla was czy jednak podziękujecie. Ja z mojej strony mam nadzieję, że przynajmniej mogłam was uświadomić o tym, dlaczego Róża Wersalu jest tak bardzo ceniona wśród mangowców. Osobiście jestem tytułem absolutnie zauroczona i przebieram nóżkami na samą myśl o kolejnym tomie, w ramach pocieszenia oglądając anime (które podoba mi się już mniej, ale też ma swój urok). Ale ja, z moim zboczeniem do historii Europy i romansów szlacheckich, jestem akurat idealnym targetem dla tego typu opowieści. Tylko na serce taki natłok uczuć może szkodzić…

~Darya

Ps. Jpf, ja wciąż czekam na reedycję Aż do Nieba. Bo ta niepoprawiona cegła, którą jakiś czas temu nas uroczyliście to się raczej nadaje do zabijania ludzi, a nie czytania….

Advertisements

16 komentarzy do “Inni niech prowadzą wojny, a ty piękna Francjo baluj – recenzja Róży Wersalu

  1. Świetna, mega wyczerpująca recenzja O. Aż do nieba jestem zainteresowana już od długiego czasu, ale nigdzie nie widziałam, żeby ktoś ją sprzedawał, a skoro mówisz, że wydanie jest beznadziejne to chyba nie pozostaje nic innego jak tylko czekać na reedycję. Mam nadzieję, że kiedykolwiek ona wyjdzie i nie będziemy musieli czekać z 20 lat XD. A jeśli o Różę chodzi to byłam strasznie podekscytowana kiedy J.P.F ogłosili, że będą ją wydawać. Sama nie wiem dlaczego, chyba po prostu nasłuchałam się o niej bardzo dużo dobrego :D. Mam ją oczywiście w planach, ale jak na razie całkiem sporo przyszłoby mi za nią zapłacić (wiem, że to naprawdę niewiele za 3 tomy w 1 ;-;), a do nadrobienia mam naprawdę masę serii. Gdyby na mangardenie zrobili w końcu jakąś fajną promocje…

    Lubię to

    • Aż do Nieba w obecnej postaci jest bardzo niezadowalające, jeśli nie zobaczysz na nie jakąś super-niesamowitą promocję, to nie ma co inwestować ;/ A na reedycję możemy czekać jeszcze długo….
      No, hype na Różę był nieźle robiony :) Niestety mega mangi bardzo trudno dorwać w przecenie, więc będziesz chyba musiała czekać na jakąś używkę… Aczkolwiek te 63 zł naprawdę są dobrze wydanymi pieniędzmi :D

      Lubię to

  2. o jedna z moich ulubionych serii anime oglądałem to lata temu na niemieckim RTL2 kurczę jak ja chciałem tego happy endu mimo że z historii wiedziałem jaki będzie koniec do dziś podśpiewuje opening o ten

    choć tu trzeba powiedzieć nie każdy lubi ten styl animacji ja byłem przyzwyczajony na ekranizacjach klasyki jak mała księżniczka czy pollyana :)

    Lubię to

    • Kurde, chyba jednak tego nie uwzględniłam w recenzji, ale… Oglądam anime właśnie z niemieckim dubbingiem xD I przepaszam, ale to najgorszy opening, jaki w życiu słyszałam >.< Znaczy, z punktu widzenia współczesnego widza, który rozumie tekst śpiewanej piosenki jest po prostu strasznie xD
      Właśnie ja też oglądałam za dzieciaka różne Pollyanny i ine Heidi rysowane w tym stylu, może dlatego kojarzę też tę produkcję od razu z czymś dla młodszego widza :U

      Lubię to

  3. …ale jak słoń, gdzie słoń, nie widzę słonia.

    Cóż, Róża to chyba nie moja bajka, choć nie mnie się kłócić ze statusem jaki ma. (Ile w sumie ma taki większy tomik? Książkowe cegłówki się niewygodnie trzyma, brr. A jak na złość coraz więcej wychodzi coraz grubszych tytułów.)

    Ale w zasadzie nie wiem, czy to dobrze, że poprawia się ewentualne błędy w innym wydaniu. Mam trochę mieszane uczucia – wiadomo, nie należy wprowadzać człowieka w błąd, ale zastanawiam się, czy nie lepiej by było zrobić po prostu odnośnik z wersją poprawną. Względnie na odwrót, wstawić poprawną, odnośnik, że w oryginale było inaczej. (Zastanawiam się, czyli nie będę za to szła na szable. Wait, nie mam szabli.)
    Cóż, za to na plus, że jak już zmieniać, to po konsultacji z kimś innym, niż Ciocia Wikipedia…

    Lubię to

    • Logo JPFu to ponoć słoń. Dużo osób wciąż myśli, że to tylko miejska legenda…
      Ile ma? Stron prawie 600~

      Takie zmiany to wielka zagwozdka tłumacza. Ale w takim przypadku wydają mi się jak najbardziej na miejscu – żaden normalny czytelnik nie będzie się zastanawiał nad jakąś datą, tylko przyjmnie na wiarę, że się zgadza, więc po co szerzyć fałszywe informacje?

      Lubię to

  4. Ja uwielbiam nawiązanie do Oscar w Kuragehime, zwłaszcza w wersji live action mnie ono zabiło. Jestem jeszcze przed czytaniem wersji polskiej, więc nie wypowiem się za bardzo na jej temat, ale co mangi dla bab to mangi dla bab, jest ich zdecydowanie za mało!

    Lubię to

    • Hm, Kuragehime widziałam tylko anime i nawiązań nie pamiętam, ale to było już dawno temu :”D
      Dobry josei jest zawsze dobry! (Choć Róża to shoujo… Ale co tam, i tak wszyscy traktują ją jak josei xD)

      Lubię to

  5. Podoba mi się recenzja, zadbałaś o wiele rzeczy, choć z kilkoma się nie zgodzę. Raz piszesz, że „Oscar uważa się za kobietę” (co jest zresztą podkreślane w mandze), a jednak wspominasz o „problemie tożsamości płciowej”. To nie jest tak do końca. Ikeda sama mówiła, że po prostu nie czuła się na siłach, by wykreować postać męską. Fakt, że niektórzy zarzucają jej transfobię, celowe „ukrywanie” takiego problemu, ale jednak autorka w późniejszej mandze, „Claudine” podjęła się problemu transseksualizmu. W przypadku Oscar powiedziałabym, że jest to bardziej problem genderowy, gdyż ona nigdy za faceta się nie uważała.
    Nie uważam też, że anime byłoby skierowane do młodszej widowni. Pada w nim między innymi słownictwo w stylu „whore”, są momentami dość nieciekawe i drastyczne sceny. Część z nich jest w stosunku do mangi ocenzurowana, ale jednak…
    Mimo wszystko manga wygrywa z anime pod jednym względem – humoru. Shingo Araki nie był nigdy mistrzem w scenach typowo humorystycznych, super-deformed to też nie jego bajka. Widać to także po Saint Seiyi, w którym jest również mnóstwo patetyczności.
    Ale zgodzę się, że jednak to nie jest tytuł dla każdego, że trzeba mieć czas, by do tego usiąść i trzeba mieć jakąś minimalną wiedzę historyczną z danego okresu. W przeciwnym razie tytuł może się wydawać po prostu nudny, a kreska, typowa dla shoujo z tamtych lat, może się wydawać odpychająca. Ja jednak na Lady Oscar czekałam i się doczekałam. I nie mogę się doczekać kolejnych tomów :)

    Lubię to

    • Hm, pisząc o tożsamości płciowej miałam właśnie na myśli problemy z Oscar z własną płcią i związaną z nią rolą społeczną – w XVII wieku to czy jest się kobietą czy mężczyzną od razu ustawiało komuś całe życie. Tutaj Oscar nie wpisuje się w żaden schemat i pokazywane jest, że ani nie jest traktowana jak mężczyznę ani przez kobietę przez otoczenie. Ale rozumiem co masz na myśli, bo faktycznie, Oscar nie myśli o sobie jak mężczyzna. Słuszna uwaga, poprawię to określenie i dziękuję :) (Claudine! było super, chcę to też w Polszy ;u; )
      Mówię, akurat w kwestii anime można się ze mną kłócić, szczególnie, że oceniam je po zaledwie kilku odcinkach. Z tego co widziałam, nie miałabym jednak problemu pokazać je 7-latce, w przeciwieństwie do mangi, w dodatku część rozwiązań wydawało mi się zbyt naiwnych dla dorosłego widza (choćby z drugiego odcinka scena, gdzie Królowa zamienia się ubraniami). Ale, znów, podkreślam, to moje wrażenie, nie będę się przy nim upierać.
      Wiesz, jak słyszę ten uber-patetyczny opening to mi się od razu do śmiechu zbiera… xD
      Też czekam z niecierpliwością na dalsze części ;u; Zostałam ogromnie nafazowana!

      Lubię to

      • Aaaa, i jeszcze jedna rzecz. Tamto, co wrzuciłaś, to nie jest trailer filmu, tylko tak zwane cutscenki z pachinko, czyli tej gry w stylu pinballa ;) Często tak jest, że pachinko jest jakby wzbogacone o jakieś motywy z filmów czy anime. Tak samo było z Saint Seiyą, że nawet zespół Arakiego stworzył lepsze rysunki do tego… Tak porównuję te dwa tytuły ze względu na animatora – jest wiele cech wspólnych pod względem animacji i tworzenia historii, dlatego także dla niektórych Saint Seiya jest nie do strawienia. Jeśli jednak lubisz mitologię grecką i motywy z nią związane, to polecam Ci szczerze The Lost Canvas – spin off, ale z lepszą animacją i z lepszą historią. Nie trzeba też znać oryginału, by oglądać ten spin-off. I akcja też toczy się w XVIII wieku, choć trochę wcześniej od Lady Oscar ;)
        Oscar w ogóle nie wpisuje się w żadne schematy, po prostu wychowali ją tak, jak wychowuje się chłopca, a przy tym nigdy nie mówi o sobie, że jest facetem lub chciałaby nim być. Dlatego z dystansem podchodzę do HC, w których to radośnie głoszą, że Oscar jest transgender. Nie, nie jest. Jak trochę się zna gender studies i historię postrzegania płci w społeczeństwie, to można spotkać trochę takich kobiet, które udawały facetów z różnych przyczyn – najczęściej nie chciały żyć one w niedostatku i parać się prostytucją.
        Claudine byłoby fajnym tytułem, acz trochę kontrowersyjnym. I jest to dość krótka manga jak na Ikedę, bo zmieściłaby się raptem w jeden cienki tomik. Ale kto wie… ;)
        Co do anime, to wiesz co? Może i te pierwsze odcinki starszemu dziecku bym pokazała. Ale czym dalej, tym temat zaczyna się robić trudniejszy, pojawiają się wątki historyczne, omówione są poszczególne wydarzenia z rewolucji francuskiej… To chociażby dlatego nie jest to tytuł dla młodszej widowni.

        Lubię to

        • O, dziękuję za dodatkową ciekawostkę, szczególnie, że wszędzie te fragmenty określano właśnie jako trailer (i dlatego chyba już nie będę kombinować i tak to w tekscie zostawię).
          Kolejna osoba z sekty Sain Seiyi próbuje mnie zaciągnąć do waszych szeregów… Ale jeszcze się opieram :P
          No, Claudine! jest trochę za krótkie na mega mangę, ale gdyby wydać ją jeszcze z jakimiś opowiadaniami? Byłaby fajna kolekcja Ryoko Ikedy na polskim rynku :D
          Wiesz, z drugiej strony, u mnie w domu nigdy się nie zetknęłam z pojęciem „być na coś za młodym” i radośnie wciskano mi Achaję czy Wiedźmina w wieku, w którym wiele osób tego by nie robiło… Ale cóż, potem się żyje w domu, gdzie rodzinne oglądanie Gry o Tron przy kolacji to już trafycja xD

          Lubię to

          • Proszę, wejdź do sekty, będę przewodnikiem, jak omijać yaoi pairingi, które są popularne z dziwnych względów :D
            Hm, jeśli by to było takie wydanie zbiorcze, to chętnie bym po to sięgnęła. To mi przypomina, że zainwestowałabym w „Mój drogi bracie”, bo znalazłam niby anime, ale z napisami jest tragedia – zarówno polskie, jak i angielskie są beznadziejne.
            Wiele zależy od podejścia. Ja uważam, że w sumie ok, można, ale po latach, jak się wraca do jakichś tytułów, to widzi się rzeczy, których się za dzieciaka nie widziało. Tak miałam z Sailor Moon. Czy to znaczy, że żałuję, że oglądałam to, będąc dzieckiem? Raczej nie :)

            Lubię to

            • Jeszcze się opieram przed SS, ale dam znać jak się przełamię xD
              Nie masz jeszcze Mój drogi bracie..? Już leć zamawiać :D Całkiem inny setting (współczesne autorce lata 70. w Japonii), dużo bardziej „telenowelowate”, ale też bardzo sobie tę serię cenię. Po polsku wyszło też oczywiście „Aż do nieba”, ale tutaj trzeba ostrzec przed fatalnym, nieporpwionym typsettingu i tłumaczeniu…

              Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s