Stoisko z widokiem na konwent, czyli Pyrkon 2016 okiem wystawcy

Czas: 8-10 kwietnia 2016

Miejsce: Międzynarodowe Targi Poznańskie, Poznań

Konwencja: „Zróbmy sobie polski ComicCon”

Na Pyrkonie, jak wieść niesie, było w tym roku 38 tysięcy osób. Sporo. Nawet bardzo sporo jak na rodzime warunki. Aspirujących do obiektywności relacji już teraz jest wysyp, postanowiłam więc napisać wam coś w innym stylu. Nie wiem ilu z czytelników miało okazję być kiedykolwiek wystawcą na konwencie, tak się jednak składa, że mi przytrafia się to regularnie. I właśnie tym doświadczeniem chciałabym się z wami podzielić. Bardzo subiektywnie, dość osobiście. Taką sobie relację wymyśliłam. (A jak kogoś interesuje co się działo poza Halą Wystawców, tego zapraszam na sam koniec notki, gdzie załączone są uwagi nieprzykutej do żadnego stoiska Dziabary).

Pyrkon

Wszystko zaczyna się na dwa tygodnie wcześniej. Wiadomość od Szefa: „Chcesz popracować u nas na Pyrkonie”? Trochę zdziwienie. Z Szefem nie współpracowałam już… 3 lata? Poznaliśmy się na pierwszym Balconie, gdy Comic-Kombinat drugi raz wystawiał się w Polsce. Zauważyłam, że Szef i jego pomocnik po polsku nie mówią nic, a ich angielski ogranicza się do „Kali have, Kali give”. Zagadałam, spytałam czy potrzebują pomocy… I tak zaczęła się nasza współpraca. Bo właśnie: nasza firma i Szefu są z Niemiec, dokładniej ze wschodu, z Magdeburgu. Przez kilka lat pracowałam u nich na kilku konwentach, zwykle organizowałam też jakiś znajomych do roli sprzedawców, potem jednak rynek polski stał się mniej atrakcyjny i mieliśmy dłuższą przerwę we współpracy. Ale Pyrkon, to jednak Pyrkon. Tak więc, Szefu chciałby się wystawić, stoisko załatwił, mnie prosi o jeszcze dwóch niewolników (bez problemu namówiłam dwie znajome „z dawnych konwentów” do ponownego oddania się do niemieckiej dyspozycji) i gotowe. Znaczy prawie. Kto myśli, że Niemcy to mistrzowie organizacji i w ogóle Ordnung muss sein, musi pamiętać, że German, Germanowi nie równy, a mentalność mieszkańców byłego NRD trochę zbyt długo była wystawiona na zgubny wpływ słowiańskiej prowizorki. Mówiąc prosto, jeszcze przed konwentem trzeba było kombinować z panią org od wystawców (Karolina to najfajniejszy org od wystawców jakiego miałam, jesteś super!) z poprawą faktur, z właściwym zamówieniem wejściówek, szukaniem noclegu, dopytywaniem, ogarnianiem… Ale co tam. W czwartek, po zrobionej na kolanie prezentacji na literaturę czeską, znajduję się na dworcu, zwarta i gotowa. Na Poznań!

pyrkon2
Widok jaki mieliśmy z góry.

Po małym zamieszaniu przed wejściem (wydano nam przez przypadek identy dla programu z którymi nie mogłyśmy jeszcze wejść na teren Targów Poznańskich) trafiamy na nasze miejsce. Antresola znajdująca się nad halą wystawców nie jest idealnym miejscem do wystawienia się, ale jak się później okaże, ruch będzie ciągły i na tyle intensywny, że akurat cały czas będzie coś do roboty. Witamy się z Szefem i Młodym, dowiadując się przy okazji, że trzecia osoba z ich części ekipy nie przyjedzie i mamy nie tylko dodatkowe miejsce dla kogoś w hotelu, ale i nadprogramową wejściówkę (szybko jednak ustalamy kogo tymi bonusami uszczęśliwimy – M.W. mam nadzieję, że Pyrkon ci się podobał :) ). Nie czas jednak na pogawędki – na zegarku 15.00, trzeba się rozkładać. Niemcy wznieśli już cały towar do góry, naszym zadaniem jest zbudować z pojedynczych części coś na kształt klatek dla królików, otwartych z jednej strony, do których ułożymy potem maskotki Pokemonów i Kucyków Pony, czyli nasz główny produkt na tegoroczny Pyrkon. Samo budowanie instalacji zajmuje prawie dwie godziny potu i bólów pleców, trochę łagodzone przez cukrzenie Niemców, zadowolonych, że Słowianie jednak mózg mają i go używają, bo w przeciwieństwie do germańskich pomagierów dbamy o to, by żadna krzywa krata się do konstrukcji nie dostała i poprawiamy potencjalne błędy na bieżąco. Drugą czasochłonną czynnością jest odpowiednie ułożenie Pokemonów, rozłożonych najpierw, dość przypadkowo, w wielkich worach. Choć towarzyszki wykazują niemałe chęci, by mnie zamordować, gdy w swojej wizji artystycznej co chwilę proszę o przekładanie pluszaków („Oczywiście, że wszystkie Eevee’lujce muszą być koło siebie, potem startery według numeru w Pokedexie, a w ogóle gdzie ty z tym Absolem, to trzecie generacja, a tutaj ma być sama pierwsza, i… Dziewczyny, trzeba będzie przesunąć ten rząd, bo znalazłam czwarty rodzaj Charizarda, który KONIECZNIE musi stać koło reszty…”), ostatecznie, rzucanie w siebie Bulbazaurami jest całkiem zabawnie. Jeszcze tylko rozłożyć wstępnie towar, dojeść zamówioną pizzę i zakryć wszystko plandeką. Nieźle zmachane, zgarniamy ostatniego, spóźnialskiego pracownika, który właśnie przybył z Łodzi, i udajemy się do noclegu. Podróż w ładowni niemieckiego transportera, zasługuje na całkiem osobną opowieść, powiedzmy tylko tyle, że mogłyśmy poczuć się jak na LARPie o tematyce nielegalnych robotników przymusowych… Jednak widok porządnego hotelu, którym nam zamówili pracodawcy, znów niweluje to uczucie. Choć miałyśmy nocować tam tylko z czwartku, na piątek, a potem grzecznie, jak to na konwencie, gnieść się w sleepie, zostajemy uszczęśliwione rezerwacją pokoi na wszystkie noce. Z jednej strony wydaje nam się to przesadą, z drugiej… Darowanemu kucykowi na cutie mark się nie patrzy i takie tam. Czasami można sobie pozwolić na trochę luksusu. Szczególnie, gdy prysznic jest taki czysty, a łóżko mięciutkie…

12966422_959253737457604_1798439690_n
Pokemony same się nie ułożą (specjalnie dla Shizu, zdjęcie, gdzie widać ją od najlepszej strony ;) )

Piątek zaczynamy od obfitego śniadania („Ja za ten wasz posiłek 30 zł płacę, więc biada wam, jak nie najecie się do granic waszych możliwości!” tłumaczę reszcie towarzystwa groźbę szefa) i znów podróż na conplace. Ludzie zostają wpuszczeni dopiero od 14.00, mamy więc sporo czasu, by twórczo kombinować przy układaniu towaru, można też skoczyć po najpilniejsze zakupy. Choć obawialiśmy się, że nikt nas na antresoli nie znajdzie, szybko trafia do nas nieprzebrany tłum, który w różnym natężeniu „nękać” nas będzie do końca niedzieli. Mało jest rzeczy tak uroczych jak widok niczego nie spodziewającego się konwentowicza, na którego twarzy, po zobaczeniu ściany pluszowych Pokemonów, pojawia się cała gama emocji, od „O mój Boże, ile maskotek” poprzez „PRAGNĘ JE WSZYSTKIE”, aż do „Nie mam tyle pieniędzy…” i „Moje życie jest nic nie warte bez tego Umbreona w wersji shiny, najwyżej zjem tapetę z mojego pokoju”. Ku naszemu zdziwieniu, pluszaki się sprzedają. Ale nie tylko one – nieźle idą też portfele i plakaty, a w sobotę, gdy trochę przemeblowujemy, znikają także wszystkie czapko-szalo-rękawiczki (w pewnym momencie tak się wkręciłam w ich sprzedaż, że zapomniałam sobie odłożyć jedną dla siebie. Na szczęście dobrym ludziom zdarzają się dobre rzeczy i w niedzielę znalazła się jeszcze jedna, i to w moim ulubione wzorze w pandę, gdzieś na zapleczu). Koło nas jest stanowisko cosplay’erów z Gwiezdnych Wojen. Melodia z baru z Tatooine gnieździ się w podszewce naszych mózgów i już stamtąd nie wyjdzie.

13009732_1006286522770331_2024518198_o
Nawet Deadpool zaopatrywał się u nas w Pokemony! (Zdjęcie od San)

Dilerka konwentowa to ciężki kawał chleba. Krzesła są płatne dodatkowo, trzeba więc prawie cały czas stać, a by wyjść na własne zakupy trzeba znieść karcące spojrzenie Szefa (i jego kazanie o tym, że nie za to płaci i można to było zrobić kiedy indziej, które tylko ja rozumiem i muszę potem przekazywać swojej niezadowolonej ekipie). Niewyspany Młody tylko czeka, by nas upomnieć za spojrzenie na telefon albo zostawienie portfela w zbyt widocznym miejscu. Mimo to, nasz klient, nasz pan, i trzeba wychodzić z siebie, by zainteresować sobą konwentowicza. Przez większość soboty i niedzieli stoję przy czapkach i kucykach MLP, gdzie po krótkim czasie miałam już opracowaną gadkę („Pani szanowna spojrzy na tę czapkę, nie tylko ma urocze uszka, ale jednocześnie służy jako szalik i rękawiczki, proszę zerknąć, są wersje z pandą z pyskiem lub bez pyska, można przymierzyć, tutaj lusterko, a wszystko za 60 zł!” oraz „Drogi panie, wygląda pan jakby umiał docenić dobrego kucyka… No proszę dotknąć tego kopyta, widzi pan tę jakość? Quality panie, qua-li-ty, prawdziwy bronies doceni!). W pełni zadowolona mogę pochwalić się sprzedażą wszystkich czapek-uszatek, które mamy oraz znalezieniem domu dla całkiem sporego stadka koniowatych (dwa nawet sprzedaję małym dziewczynkom! Bo tak to targetem dla kucyków są prawie wyłączni mężczyźni w wieku 25-30 lat… Aczkolwiek moment, gdy chłopak, namówiony przeze mnie na przejście się po Pyrkonie z karteczką „zbieram na kuca”, przyszedł z czapką z wyżebranymi od konwentowiczów 80 zł w drobnych na wymarzoną Rarity, mocno poruszył moje serce). W imieniu ekipy dodam też, że ostatniego, z 15-stu Magikarpiów sprzedajemy już o 15.00 w sobotę – ku rozpaczy licznych innych chętnych na tego najpotężniejszego z Pokemonów…

13020081_962769350439376_1403939033_n
Dramaty wystawcy. Takie sceny przed własnym stoiskiem, a ty nie możesz opuścić swojego posterunku!

W piątek i sobotę po 21.00, kiedy już zamyka się halę wystawców, początkowo planujemy jeszcze skoczyć na chwilkę na konwent i trochę zażyć Pyrkonu – prawda jest jednak taka, że po całym dniu sprzedaży, człowiek nie ma sił na więcej niż szybciutki prysznic i rzucenie się na wyro. Większość znajomych jedynie krótko pozdrawiam, gdy odwiedzają mnie na stoisku, bo czasu brak by wdać się w głębsze dyskusje: hajs się musi zgadzać, a towar sprzedawać. Tego chyba najbardziej żałuję – tylu znajomych w jednym mieście, a ty musisz się obejść tylko smakiem i wymianą kilku prostych zdań. O atrakcjach, jakie nas mijają, nawet nie chcemy myśleć. Słuchy o tym, jak trudno dostać się na jakieś panele, które potem okazują się po prostu nudne, nawet dają uczucie Schadenfreude. Gdy zostaję wyciągnięta w niedzielę na 10-minutowy spacer poza swoją halę (dzięki Sof!), to jestem tak wykończona, że ledwo rozumiem co się w okół mnie dzieje. Przynajmniej klienci są sympatyczni, a cosplay’erzy zatrzymują się i dają sfotografować, gdy mijają nasze stoisko, a Szef, mimo wszystko, karmi dobrze, a nawet funduje Red Bulle.

12973507_867059526753439_1952812131344707110_o
A na koniec, pisząca te słowa, złapana w trakcie pracy przez Krystiana Henke.

Nie wiadomo kiedy, przychodzi niedziela i 16.00. Czas się zwijać, rozmontowywać żelazne klatki, chować Pokemony, znosić towar, wysłuchiwać marudzeń obu stron na siebie nawzajem (taki urok tłumacza, nie być niczemu winnym, a i tak dostawać opieprz od obu stron, a potem je, w imieniu drugiej, przepraszać i pocieszać). Towarzyszki się po kolei zmywają, ja znoszę ostatnie Pokemony, słucham uwag i zapewnień o przyjeździe moich Niemców na kolejny Pyrkon. Biegnę na ostatni pociąg, siadam w Warsie i zamawiam jedzenie i kawę, które zwykle byłyby dla mnie za drogie. Tym razem jednak sobie na nie zasługuję, a co! Po dwóch godzinach docieram do Wrocławia, i nie wiadomo jakim cudem wlokę się do mieszkania. Rzucam wszystko w kąt, rozkładam łóżko i wreszcie ściągam ident z szyi. Konwent się skończył, a ja jestem z siebie zadowolona. Choć czuję się bardziej martwa ze zmęczenia niż żywa, to spędziłam satysfakcjonując trzy dni. Bo jeśli lubi się ten intensywny tryb pracy i czerpie szczerą przyjemność z kontaktu z ludźmi, którym sprzedaje się swój towar, to bycie wystawcom potrafi być naprawdę wspaniałą robotą.

~Darya

Ps. Kira, San, Shizu, jesteście drużyną z którą mogę się wybrać choćby i do Mordoru!

Ps. 2 A dla spragnionych informacji o całej imprezie, parę uwag od Dziabary:

– – kolejki – Pyrkon 2016 jest dla mnie oficjalnie najgorszym, najgęstszym Kolejkonem na jakim kiedykolwiek byłam. Babcie z PRL-u by się przeraziły na te dzikie tłumy do absolutnie wszystkiego: po wejściówki (dziękuję za komplement odnośnie mojej torby z GoT, kocham was, obcy ludzie <3), do toalet, po pizzę, po rejestrację do wypożyczenia planszówek, po same planszówki, po zwrot planszówek, po kurczaka z KFC, po naklejki na zapisane panele (gdzie wydano nam złe, jakżeby inaczej) i, wisienka na torcie, na Maskaradę (ale weszłam, ha!). Boję się iść na PKP, bo zobaczę kolejkę!
– – organizacja – poza kolejkami orgowie zawalili także wiele innych rzeczy jak chociażby kwestię akredytacji mediów (moja przyjaciółka dopiero w trakcie oraz po fakcie dowiadywała się, na co powinna pójść i obfociać), odwoływane panele (nie dotknęło mnie tylko dlatego, że nie miałam czasu pójść poza panele JG), dziwna kwestia drugiego sleepa (o którym nie wiedziałam, bo nawet nie słyszałam komunikatu) czy rozkład hali wystawców (totalny chaos, pożoga, brak sensownie skonstruowanych alejek czy ci nieszczęśni wystawcy na piętrze, do których połowa ludu się nie pofatygowała, bo nie wiedziała o ich istnieniu).
– sleep – zawiódł mnie fandom szeroko pojęty i jego brak kultury sleepowej. Na smrodek byłam gotowa (acz wyjątkowo go nie czułam przez wzgląd na damskie sąsiedztwo), ale na klaskanie co kwadrans to jednak nie… Och, wait, byłam gotowa, przecież wzięłam piankowe zatyczki do uszu. Kij ci w oko, fandomie :P
+ wystawcy – choć nie wydałam całej swojej wypłaty, to jednak zaopatrzyłam się we wszystko, czego chciałam, a nawet więcej. No i nie samymi zakupami człowiek żyje – niektórzy poczęstowali mnie tortem (pani Beata z Kotori, muah), a niektórzy półgodzinną rozmową (Darya i M.W., muah, muah).
+ cosplayerzy – widziałam tyle cudownych strojów i tyle cudownych ludzi kryjących się pod tymi strojami, że ach. Nieśmiała dziewczyno w stroju zombie i z tabliczką „Free Hugs” – byłaś absolutnie wspaniała! Niech cały internet się o tym dowie!
+ Jagger – poznałam nowy fascynujący sposób na wyrażanie męskich emocji poprzez napierdzielanie się piankowymi mieczami i dzidami. Już obczaiłam, że na Polconie też się będą nawalać. Lecim na Szczecin… znaczy, na Wałbrzych… ten tego… Wrocku, nadchodzę :>
+ strzelnica – jaram się tym, że mimo czytania i oglądania kompa na okrągło wciąż mam sokole oko i umim szczelać! Tylko pamiętajcie – śpieszcie się kochać magazynek, tak szybko się kończy…
+ pizza – to wymyślił geniusz. Dobre żarło w ilościach hurtowych, najprostsza, ale powszechnie dostępna dla uczestników i, fanfary, bardzo tania jak na warunki handlu zbiorowego.
+ darmowe gadżety – może bez komentarza zostawię swojego wewnętrznego chciwego Janusza, ale to było miłe dostać od przyjaciółki zdobyczną koszulkę z Legend Polskich. I smycz z Fairy Taila też się nie zmarnuje (a ile sadła zrzuciłam podczas biegania po conplace’ie, to moje!)
+ + <3 socjal – znajomkowie zawsze są na plus, a w tym roku niemal zebrałam ich wszystkich ;)

Reklamy

22 komentarze do “Stoisko z widokiem na konwent, czyli Pyrkon 2016 okiem wystawcy

    • Na wszystkich Balconach byłam wystawcą, więc szansa, że się widziałyśmy jest naprawdę spora :”D Ach, przypadki chodzą po ludziach!

      Fajnie jest przynajmniej raz zobaczyć jak takie wielgachne Expo wygląda. Choćby żeby potem mówić, że się widziało xD

      Polubienie

  1. Jezu kij ci w oko pyrkonie ja chce pokemona halo ;______;

    Tekst sehr gut, chciałbym pojechać kiedyś na pyrkon ale dopóki nie mam takiej możliwości to ciesze się z każdej relacji w internecie :’D

    Chłopczyna zbierający na kucyka poruszył moje serce

    Polubienie

    • 30 dychy mały, 80 dych duży, przy tych cenach Niemiec płakał jak sprzedawał!

      Relacje z konwentów są spoko, też je lubię czytać :D

      Chłopak od kucyka był prze xD Za takie akcje kocham konwenty.

      Polubienie

  2. A to ciekawe.
    Darya pisze: „Tego chyba najbardziej żałuję – tylu znajomych w jednym mieście, a ty musisz się obejść tylko smakiem i wymianą kilku prostych zdań.”
    A Dziabara: „niektórzy poczęstowali mnie tortem (pani Beata z Kotori, muah), a niektórzy półgodzinną rozmową (Darya i M.W., muah, muah).”
    Ani chybi, czas jest względny.
    Chociaż u takich enpe Finów wymiana kilku zdań może faktycznie trwać dłuuugo. Nawet pół nocy… polarnej.

    Polubienie

    • Oj, wyjątki potwierdzają regułą. I w ogóle, co to pół godziny rozmowy z osobą, którą widzi się średnio raz na pół roku?!
      Ale dziękuję za komentarz tato, jak znowu napisze o czymś co mogą zrozumieć normalni ludzie to Ci podlinkuję :)

      Polubienie

  3. „Aczkolwiek moment, gdy chłopak, namówiony przeze mnie na przejście się po Pyrkonie z karteczką „zbieram na kuca”, przyszedł z czapką z wyżebranymi od konwentowiczów 80 zł w drobnych na wymarzoną Rarity, mocno poruszył moje serce)”

    <3

    Polubione przez 1 osoba

  4. Mordor w porównaniu z Pyrkonem to będzie nic :P Było naprawdę fajnie, choć nadal nie wiem jak moje nogi to przeżyły. Ale skoro najgorsze (chyba) za nami, mogę się z tobą udać wszędzie :D

    Polubione przez 1 osoba

  5. Sama przygarnęłabym takiego pluszowego pokemona . Nie było mnie na Pyrkonie (ogólnie nie jeżdżę na konwenty), ale bardzo lubię czytać takie relacje na blogach :)

    Polubienie

    • Też lubię czytać relacje z konwentów, przynajmniej jest się na bieżąco z fandomowymi plotkami xD
      Pokemony 80 zł za dużego, ale IMO cena bardzo pasująca, bo jakościowo były super. Sama bym sobie Espeona albo Umbreona zaadoptowała, ale ostatecznie wzięłam tylko pandzią czapkę (nie, nie tę co na zdjęciu, tylko taką z długimi uszami, które robią też za szalik i rękawiczki :D)

      Polubienie

  6. To ja na wstępie podziękuję za przemycenie mnie c’: taki gest, że aż mi się cieplej na kalkulatorze zrobiło. (Po co serce, jak masz kalkulator? Miłości nie ma, jest matematyka.) (A jaka oszczędność!)
    Rok temu mnie nie było, ale dwa lata temu mam wrażenie że było więcej, hm, niechińskobajkowych wystawców. Może że źle pamiętam, ale w tym roku zdawało mi się, że jest strasznie dużo mangów i anim. ._. I za mało książek. Książek zawsze jest za mało, choćby była sama hala książek, to i tak by było za mało.

    Zaskoczeniem było dla mnie to, że poszłam na prelekcję o fantastycznych hajsach („Fantastyczny pieniądz”) w nadziei na jakiś przegląd walut w różnych światach przedstawionych, a tam wykładowca z mojego uniwerku… i poprowadził „wykład” o normalnym pieniądzu i jego „fantastycznych” aspektach. :’D Nie, fajnie było nawet, dobrze mówił. Miałam mieć z nim zajęcia z bankowości, ale ani razu nie dotarł. Szkoda, może bym coś wtedy z tego wyniosła.

    Rozczarował mnie trochę „Fantastyczny Poznań i jak go znaleźć”, czyli moje „cała reszta pal licho, ale tam muszę być” – prowadząca się momentami zwieszała, treści koniec końców było stosunkowo mało (z rzeczy dla mnie nowych może ze 3?), w dodatku na sali siedziało kilka osób lepiej obeznanych w temacie niż prowadząca i często ją poprawiali. Ech.

    Ale no. Co połaziłam, posiedziałam, posłuchałam to moje – pozdrawiam Sofi, z którą odstraszyłyśmy uprzejmego konwentowicza rozmową o zakopywaniu trupów na Ratajach (bo jak mają je rozkopać, to akurat – wepchnąć kogo do zrobionej już dziury, pół roboty z głowy!).

    P.S. Dziab, znalazłam tego dziwnego fioletowego Pokemona z gemami w oczach i na plecach! To Sableye, III generacja, bezewolucyjny.

    Polubienie

    • Kalkulator zamiast serca? Widzę, że stajesz się prawdziwym finansistą!

      Mam jednak nadzieję, że prezent Ci się w ogólnym rozrachunku spodobał :) Przynajmniej będziesz mogła teraz mówić, że byłaś, widziałaś, jestem na czasie z fandomowymi nowinkami :P

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s