Animcoholizm stosowany, czyli podsumowanie sezonu zimowego 2016

Dzień dobry, cześć i czołem, ciaossu oraz hej. Wyjątkowo z tej strony nie Darya i niestety nie Sofi, ale Dziabara w, póki co, gościnnej notce podsumowującej anime sezonu zimowego. Dobry support nie jest zły, ale ja skromnie mam nadzieję, że będzie znośnie i nie zamęczę nikogo długością tej litanii. Uch, wstyd się przyznać, bo choć ledwo się dorwałam do bloga, to już nieźle poswawoliłam – przygotowałam opisy 16 serii, a i tak nie są to wszystkie tytuły, które chciałam zaliczyć, bo zwyczajnie nie miałam już czasu ni siły oglądać (w tym miejscu bezczelnie polecam Shouwa Genroku Rakugo Shinjuu, dobre josei, bardzo dobre). Mam też taką zasadę, że jeśli serię obejrzałam w danym sezonie bez szczególnego ociągania się, to znaczy, że raczej nie daję mu mniej niż piątaka, a to, co jest gorsze, zwykle porzucam. No, to chyba na tyle słowem wstępu. I tak będzie jeszcze mnóstwo okazji, w których będziecie chcieli mnie uciszyć za pomocą jakiejś kurtuazyjnej metody podduszania bamboszem.

Dziękuję Dar za zaufanie i zapraszam do czytania!

(Uwaga: dużo gifów!)

Boku-dake-ga-Inai-Machi-02-op1
A Dar, oglądająca w tym sezonie całe 0 serii, wrzuca na wstępniak po prostu obrazek z serii o której się najwięcej nasłuchała (Boku dake ga inai machi)

Akagami no Shirayuki-hime 2nd Season

tumblr_o1691qzR931r4jf9no2_540
Lustereczka tu nie ma, ale Zen też wam powie, kto jest najpiękniejszą damą na świecie

Kiedy wydaje się, że po pierwszym sezonie związek Śnieżki i Zena będzie wciąż spokojnie tuptał wolnym truchtem, drugi cour dorzuci do pieca nieco więcej akcji, intryg i pościgów za bandziorami. Do królestwa Clarines docierają bowiem niepokojące wieści, że tajemniczy biszonen o imieniu Kazuki usilnie poszukuje Śnieżki, żywiąc wobec niej niecne zamiary. Jakby tego było mało, książę Izana wpada na pomysł, aby w ramach zacieśniania więzi między sąsiadami wysłać Śnieżkę z poselstwem do Tanbarun, jej rodzinnego królestwa. A przecież to właśnie stamtąd uciekła, kryjąc się przed księciem Rajim, który chciał siłą uczynić ją swą konkubiną.

Szojki, w których główna bohaterka to fajna, zaradna dziewczyna, a wybranek jej serca jest autentycznie rycerzem na białym koniu, a nie bucem, który zmienia się dopiero po dwustu odcinkach pod wpływem magii uczucia, to błezbłędne szojki. Często odbijam się od tego gatunku, szczególnie jeśli chodzi o anime, ale Czerwonowłosa Śnieżka jest tym chlubnym wyjątkiem, przez które nie rzucam się po pokoju jak małpa po klatce, bo dowiaduję się o kolejnym nieporozumieniu czy przebaczaniu zrobionym tylko dlatego, żeby mi wcisnąć na siłę porcję feelsów. Jako że stara torba się ze mnie robi, to mam trochę dość nastolatków i ich problemów pierwszego świata. Setting fantasy jest prawdziwym zbawieniem, bo bohaterowie, choć wciąż młodzi i niewinni, muszą myśleć o czymś więcej niż odrobiona matma czy szkolny festiwal. Akagami no Shirayuki-hime to nie opowieść o zakochiwaniu się (przez dziesięć sezonów…), a o walce miłości z przeciwnościami losu. Niemniej wciąż jest to seria bardzo lekka, trochę przypominająca okruchy życia niż romansowy roller-coaster. Pierwszo- i drugoplanowi bohaterowie to gromadka ciepłych, serdecznych ludków, z których nawet pyskaty asasyn Obi może skraść wam serducho… moje skradł już dawno temu. Ach, biedaczek, mam nadzieję, że w tej nad wyraz wykorzystywanej „innej rzeczywistości” to jemu udaje się związać ze Śnieżką.

8/10 – dobra szojka to taka, gdy nie wiesz, komu kibicować – truloverowi czy konkurentowi, bo obaj to przefajne chłopaki.

Ao no Kanata no Four Rhythm

tumblr_o0t6qvsfEU1sg1ksjo1_500
Mam już dość tego sezonu…

Za górami, za lasami, za wieloma, wieloma morzami, jest sobie Jap… ekhem, jest sobie wyjątkowa na skalę calutkiego globu wysepka, ponieważ tylko na tej wysepce ludzie potrafią latać za pomocą cudownej technologii zwanej Gravi-butami. Gravi-butki były takie cool i trendy, że powstał na ich bazie specjalny sport – Flying Circus – w którym chodzi o to, aby zdobywać punkty przez klepanie w lewitujące słupy lub w plecy przeciwników. Brzmi jak dobra zabawa? Brzmi jak fabuła? Nie, brzmi jak porażka, zwłaszcza gdy dodamy do tego ciamajdowatą główną bohaterkę z aspiracjami na bycie Królem Szama… Mistrzem Poke… na bycie władcą niebios, a także nijakiego bohatera, którego imienia nie pomnę oraz resztę jego intrygującego haremu. Czy to miał być romans? Gorzej. To miała być sportówka.

Zamiary były dobre, ale bazowy materiał był naprawdę żaden. Czy da się zrobić choćby przyzwoitą przygodówkę z gry, która jest rasową eroge? Pewnie wszystko się da, ale twórcy AoKany po całych dwóch odcinkach utwierdzili mnie w przekonaniu, że to nie oni są studiem wybranym do czynienia takich cudów. Miałam nadzieję na Nagi no Asukara w niebiańskich klimatach, a dostałam takie ni-wiadomo-cu w szkolnym settingu i paskudnym pomysłem na sport. Jeśli chodzi o zasady czy strategię to nic nie trzyma się kupy, bo gdy bohater wykłada jak chłop krowie na rowie, że najszybciej leci się po łuku, a nie prosto, to już nie mam więcej pytań. A to, że ten cały Flying Circus jest mega popularnym na świecie sportem, który… uprawiają tylko licealiści i tylko na tej maleńkiej wysepce, jest gwoździem do trumny bezmyślnych twórców. No i po co wam to oglądać? Dziab obejrzała ledwie początek i już żałuje. Nie bądźcie jak Dziab. Idźcie lepiej na wiewiórki albo szukać kwiatu paproci.

Stwierdzam brak oceny, bo niedokończone.

Boku Dake ga Inai Machi

tumblr_o3ua4gaXkZ1v62vxyo1_540
To miny fanów mangi na widok zakończenia anime

Gdyby można było cofnąć czas – choć raz przemknęło nam przez myśl. Bo impreza była słaba, bo złamaliśmy nogę albo szef nas opierdzielił. A co gdy chodzi o czyjeś życie? Dla Satoru to już nie kwestia słowa „może”, a „trzeba”. Choć na pierwszy rzut oka 29-letni mężczyzna wydaje się być introwertykiem oraz życiowym nieudacznikiem, który pracuje jako dostawca pizzy i wciąż nie ma dziewczyny, jest w nim więcej pokładów altruizmu niż by się wydawało. Posiadł on w niewyjaśnionym okolicznościach pewną zdolność, Revival, która umożliwia mu cofanie się w czasie, ale tylko pod warunkiem, że wokół niego dzieje się coś złego, coś, co prawdopodobnie prowadzić ma do czyjejś śmierci. Pal sześć, gdy cofa go o kilka minut, bo chodzi o jakiegoś potrąconego przez ciężarówkę przedszkolaka, ale gdy pewnego dnia zdolność Satoru w wyniku pewnych zdarzeń cofa go aż o 18 lat, to wiedz, że coś się serious dzieje.

Jak dla mnie to jest wciąż najlepsza seria tego sezonu. Ktoś, kto czytał mangę może się na mnie oburzyć, że mogło mi się podobać coś, co straszliwie okaleczono z ostatnich rozdziałów… I pewnie ma świętą rację. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że ja mangi nie czytałam, bo zostawiłam ją sobie na deser ze względu na to, że przecież niemal zawsze pierwowzór jest lepszy. Oceniam więc na czysto samo anime i to, jak twórcy poradzili sobie z przedstawieniem spójnej fabuły, a nie co zostało pominięte. Na moje oko – wyszło to naprawdę dobrze. Nie, nie genialnie, bo też uważam, że serii przydałoby się kilka odcinków więcej na dokładne przedstawienie motywów zabójcy. Decyzje podejmowane przez Satoru też dalekie były od ideałów, bo chociaż jako dziecko miał ograniczone możliwości działania, to nikt nie zabrał mu jego dorosłego rozumu. Nie da się usprawiedliwić jego chwilami bezmyślną nieostrożność, chyba że powołamy się na imperatyw fabularny. Natomiast historia wciąż należy do wymierającego gatunku „poważne i z przesłaniem”, a wykonanie techniczne to już naprawdę sam miodek. To jest to anime, które ze średnio ładnej mangi robi coś przepięknego. Spodobało mi się szczególnie rozwiązanie, aby flashbacki pokazywać na śmigającej rolce filmu. Opening i ending zapadają w pamięć na długo, szczególnie, że hintów sypnięto w nich co niemiara i było co rozkminiać przez tydzień pomiędzy kolejnymi odcinkami. Nawet Kajiura dała radę z muzyką, choć główny motyw wykorzystano aż do porzygu w każdej pełnej napięcia scenie. Może kryminał to trochę mało finezyjny, ale akcja i dramat zdecydowanie na solidnym poziomie. Jeśli nie wiecie po co warto sięgnąć w tym sezonie, to tę serię opatruję oficjalnie znakiem jakości Q jak Qrde, ale to było dobre.

9/10 – zakończenie ucierpiało przez nieprofesjonalnie wykonaną amputację wyjaśnień, dlatego nie dam całej dychy. Ale co mi jelita wytargało przez te wszystkie cliffhangery, to moje. Nawet zakończenie wycisnęło ze mnie łezkę wzruszenia. Mówcie, co chcecie. Było warto.

Bubuki Buranki

tumblr_o0y82i3kmG1t33d6lo1_500
Konkurs na ojca roku – robisz to dobrze

Azuma, jego bliźniacza siostra Kaoruko oraz ich rodzice żyją sobie razem beztrosko na latającej wyspie, z dala od jakiejkolwiek innej ludzkiej bytności. I wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie było to anime. Wścibska Kaoruko podkrada mamie tajemniczą kulę, a potem pragnie udowodnić swemu bratu, że za jej pomocą uruchomi wiekowego zapyziałego „mecha”, którego kiedyś odkryli w chaszczach z dala od domu. I choć faktycznie udaje się przebudzić robota, to nie wszystko idzie po myśli małej dziewczynki, ponieważ razem z robotem mamy budzi się także sporo innych, o wiele bardziej niebezpiecznych stworów – Buranki. Matka nakazuje pozostałym członkom rodziny uciekać z wyspy, a sama pozostaje na niej, by nie dopuścić do tego, aby złe roboty spadły na ziemię. Po dziesięciu latach od tych wydarzeń Azuma pragnie wrócić na rodzinną wyspę, lecz do tego celu konieczne jest zebranie kończyn rozczłonkowanego robota matki i pokonanie szarogęszącej się po Japonii panienki Reoko, która przywłaszczyła sobie tytuł obrończyni świata.

Uch, starałam się, żeby chociaż opis brzmiał zrozumiale, ale prawda jest taka, że fabuła jest podziurawiona jak ser szwajcarski i trudno ją zrozumieć bez ściągawki. Nie wiadomo, gdzie po tym wszystkim podziała się bliźniaczka Azumy, co z ojcem, czemu kończyny robota zmieniły się w bronie i są przekazywane od pokoleń (what?) zaprzyjaźnionym rodom rodziny Kazuki. Wiadomo, że cały ten Bubuko-Buranko konflikt to tylko pretekst, aby efekciarsko obić komuś pysk albo przerobić cudzego robota na Złomka 2.0. Wyjaśnienia? Wyjaśnienia są dla słabych. Mieszanie mechów i nastolatków to jak mieszanie wódki z energetykiem – nikt nie powinien tego robić, a jednak zawsze znajdzie się człowiek, który stwierdzi, że jemu się uda. I zawsze odbija się to wszystkim tęczą. No cóż, pomilczmy chwilę nad grobem oryginalności i żyjmy z tym dalej. W końcu jakieś zalety to anime ma. Tym, co wyróżnia tytuł jest niewątpliwie wciąż mało popularna animacja 3D, choć żeby było śmieszniej Bubuki Buranki to jednocześnie druga taka seria w tym sezonie (kłania się Ajin). Jakąś straszną konserwą w kwestii animacji nie jestem, jednak nie pałam do takich anime jakąś niezmierzoną miłością. Dlatego z tym większym zdumieniem napiszę, że Bubuki Buranki oglądało się naprawdę przyjemnie i pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest to jedna z ładniejszych jak do tej pory sri-di animacji. Jeśli tylko potraktujecie to anime jako plac zabaw, na którym studio zademonstrowało swoje widowiskowe zabawki, to czeka was wcale przyjemny seansik.

6/10 – od początku traktowałam to bardziej w formie eksperymentu niż faktycznie byłam zainteresowana fabułą. Zwykła okejka jest tu aż nadto wystarczająca.

Dagashi Kashi

tumblr_o1oqktxUe71sfyp69o1_540
Saya i ja miałyśmy chyba podobne doświadczenia na polu „expectations – reality”

Kolejny niespełniony mangaka tej zimy, Kokonotsu, wzbrania się rękami i nogami przed przejęciem rodzinnego sklepu ze słodyczami. I być może bogowie fabuły obdarzyliby chłopaka mocami cofania się w czasie, nakazując mu uratowanie dziesięcioletniej koleżanki… gdyby nie to, że pierwowzorem była zaledwie 4-coma. Odpuśćmy sobie zatem skomplikowaną fabułę, a w jej miejsce dajmy piękną, hojnie obdarzoną, przyjezdną dziewoję, jakby żywcem wyjętą ze szkiców Kokonotsu. Dziewczyna ma na imię Hotaru i okazuje się być spadkobierczynią znanej na cały świat firmy słodkości. Przybyła do rodzinnej wiochy Kokonotsu, gdyż jego ojciec jest bardzo sławnym i cenionym w środowisku przekąskowym specjalistą (z jakiej racji? chyba dlatego, że jego buda nie splajtowała mimo usilnych starań), a Hotaru ma zamiar namówić go do przyłączenia się do ich firmy. Pierdołowaty ojcu stawia jednak ultimatum – albo dziewczyna namówi Kokonotsu do przejęcia rodzimego biznesu, albo muda-muda, nigdzie nie pojedzie.

Muda-muda to ja powiedziałam tej serii po trzech odcinkach, stwierdzając, że więcej opychającej się Hotaru to ja nie zniesę. Sam pomysł był więcej niż fajny, bo barwność japońskich słodyczy bije na łeb nasze znajome maczugi czy Apacze, ale jeśli żarty ciągną się bardziej odlepiana od podeszwy guma do żucia, to czułam się bardziej jak na seansie Familiady niż lekkiej komedii. Narzekałabym też na główną bohaterkę, ale boję się psychofanów Hotaru, których w internetach czai się cała masa. Pozostańmy na stwierdzeniu, które wygłosił sam Kokonotsu, że ona „jest słodka, kiedy nie gada”. Złota myśl serii. Ponadto należę do teamu Sayi – dziewczyna jest konkretna, energiczna choć nie pozbawiona dziewczęcego wdzięku i jestem gotowa zrobić pikietę, żeby stworzyć dla niej oddzielną serię albo choćby przetransferować ją np. do Wagnarii, gdzie spokojnie parzyłaby swoją pyszną kawunię. A tak, chociaż Saya robi co może, to nudny Kokonotsu i attension… Hotaru zjedli jak dla mnie cały klimat serii.

Mogło być pysznie, lecz nie zniosłam nawet przystawki. Czy jest na sali ktoś z kroplami żołądkowymi? Seria bez oceny.

Dimension W

tumblr_o3zno6ZhkR1qcsnnso1_540
Ktoś zapomniał zjeść Liona

Dimension W aka Darker than Black: Reaktywacja, czyli adaptacja mangi od twórcy projektów oraz spin-offa do DtB. W 2036 roku odkryto, że poza trzema znanymi nam wymiarami istnieje jeszcze czwarty, oznaczony jako W. Wymiar ten jest źródłem niewyczerpalnej energii, którą można pobierać za pomocą specjalnych urządzeń zwanych cewkami. Jak to jednak z urządzeniami elektrycznymi bywa, skoro są oryginałki, to zawsze gdzieś znajdzie się sprytny Chińczyk, który zrobi podróbkę. W odnajdywaniu i zabezpieczaniu takich nielegalnych cewek wynajmuje się specjalnych ludzi, Zbieraczy, do których należy nasz totalnie anty-cewkowy główny bohater, Mabuchi Kyouma. Podczas jednej ze standardowych akcji przyczepia się do niego jakiś dziwny, bo doskonale naśladujący ludzkie uczucia dziewczęcy android. Okazuje się, że jest to ostatnie dzieło wspaniałego wynalazcy cewek, które po kilku perturbacjach staje się także nowym kompanem Kyoumy. A on się tak baaaardzo z tego cieszy…

No jak nie Darker than Black jak Darker than Black? Kyouma jest zimnym draniem, który stopniowo zaczyna się otwierać, walczy sztylecikami, do których przyczepione są linki, jest jedynym ocalałym z tajemniczego incydentu z obcym wymiarem, w którym pośrednio stracił też swoją ukochaną, a do tego partneruje mu nietypowa dziewoja, która końcem końców będzie jego miłością (takie tam przewidywania wróża Macieja). Jak nie jest drugie DtB, to ja jestem orangutanowatym biblio… uuk, uuk, uuk-uk. Brrr. Dobra, dobra, są podobne, ale to wciąż dwie odrębne serie. O ile długo nie mogłam rozgryźć w jaką stronę podąża Darker, o tyle wątki fabularne w Dimension W klarują się całkiem szybko, choć jednocześnie czuć, że grubszego kroi się za kulisami. I tak, byłaby to solidna, choć wciąż niedorastająca do pięt DtB seria, gdyby nie średnia reżyserka i oprawa audiowizualna. Za anime było odpowiedzialne świeżo powstałe studio 3Hz. Starożytne góralskie przysłowie mówi, że  „nie każdy jest ufotable, żeby zacząć od Kara no Kyokai, a dopiero potem odwalić God Eatera” (czyli w języku zwykłych ludzi „nie od razu Rzym zbudowano”), więc ciężko oczekiwać, że pierwsza produkcja będzie rzucać jenami w widzów. Chociaż pewnie nawet to dałoby się łatwiej strawić, gdyby nie mocno nierówne tempo akcji – początkowo skaczemy od od mniejszej misji do większej misji, a potem nagle w połowie serii dostajemy retrosami po oczach i mniejsza misja zmienia się w wątek główny. Na pewno sięgnę po mangę, żeby dowiedzieć się, czy sporą winę nie ponosi oryginał, ale przede wszystkim żeby poznać dalsze losy bohaterów. No bo coś w tym animcu było, choć sama nie umiem tego nazwać… A może to nostalgia za Darker than Black? Uuk uuk?

7/10 – nietasiemcowaty shounen z ciekawym światem. Polecałabym z pewną dozą ostrożności, ale jak już nie macie co ze sobą zrobić, to seria ta przynajmniej nie jest złem koniecznym.

Durarara!!x2 Ketsu

tumblr_o4anqwu45q1tn3qhvo1_1280
Jak rozpętałem drugą wojnę gangową

Grande finale trój-courowego sezonu oraz, w co mi ciężko uwierzyć, również całej serii. Durararo, ach, Durararo, co oni najlepszego ci zrobili? Porżnęli i zmiksowali tak, że nawet nie wiem, jak cię opisać. Jedno jest pewne – Izaya konsekwentnie realizuje swój plan zrobienia totalnej rozwałki w Ikebukuro, a cała reszta obsady z mniejszą lub większą świadomością co jest grane kręci się po ekranie. Na zakończenie poprzedniej części do gry włącza się jeszcze nieznana nam do tej pory Kasane Kujiragi, która zdaje się wiedzieć równie dużo co naczelny manipulator, a i jej wyjątkowe zdolności będą miały kluczowy wpływ na zawiązanie się akcji. Szykuje się wojna informacyjna polana sosem z chaosu i pożogi czyli to, co fani Durarary lubią najbardziej. Teoretycznie.

Pogubiłam się. Pewnie po części tak miało być, bo tak to w Durararze zwykle bywało, ale wszystkowiedzące internety donoszą, że twórcy mieli do zrealizowania dziewięć tomów nowelki w trzydzieści sześć odcinków. To stanowczo zbyt dużo materiału jak na taką napchaną fabułą serię. Skończyło się dokładnie tak, jak się spodziewacie – coś wycięto, coś pominięto i nagle okazało się, że w części Ketsu znaleźliśmy się w ostatnim tomie LN. I choć light novel nie czytałam ni ciut ciut, to mimo wszystko poczułam, że wiele rzeczy mnie ominęło. A to nie jedyny grzeszek twórców. Studio Shuka od początku do końca cierpiała na chroniczny brak piniądza, dlatego quality pierze widza po gębie niczym obsada Hajime no Ippo. Ręce Shizuo podczas walki nadają się na materiał do elaboratu o wpływu gniewu na wykształcanie teleskopowych rąk Inspektora Gadżeta, a o pewnym paskudnym klatkującym odcinku z części Shou to nawet nie wspomnę, bo trzeba szanować swój język ojczysty. O ile na początku byłam wyrozumiała, to teraz nerwy puszczają mi bardziej niż Shizuo (z którego zrobił się ostatnio jakiś wyjątkowy stoik i trzeźwo myślący gość, szacun!) na wieść o Izayi. A jednak jestem gotowa przełknąć te wszystkie potknięcia, bo to wciąż Durarara, anime, na które czekałam przez tyle lat i które pozwoliło znów nacieszyć się głosami moich ukochanych postaci. No i kto wie – gdyby nie emisja drugiego sezonu, może wskrzeszona popularność serii nie doprowadziłoby to do wydania u nas light novelki?

8/10 – o ile fun z oglądania miałam absolutnie zawsze, to nie mogę powiedzieć, aby zebrana do kupy opowieść mnie satysfakcjonowała. Grafika to już w ogóle zasługuje na 2/10, ale czego się nie robi z sentymentu …

Hai to Gensou no Grimgar

tumblr_o3ov4tocpA1sfyp69o1_540
W każdej grze, nawet tej najładniejszej i najbardziej realistycznej, zdarzają się bugi

Sezon bez anime o przenoszeniu się do świata MMORPG jest sezonem straconym. Tym razem jednak darujemy sobie kolejnego wyexpionego niczym Hardkorowy Koksu bohatera, a popatrzymy sobie na całą drużynę… ciamajd. Kilkanaście osób budzi się nagle w nieznanym sobie świecie i poza przebłyskami w mowie, które wyraźnie wskazują na naszą współczesność, nie mają one absolutnie żadnych wspomnień. Absurdalnie szybko akceptują oni nową rzeczywistość i po podziale na dwie ekipy: profesjonalistów oraz odpadki po profesjonalistach, ruszają bić i grabić potwory. Kamera podąża śladem pierdół, do których zakwalifikowany został nasz teoretyczny protagonista, Haruhiro. Okazuje się, że przetrwanie w świecie przypominającym grę nie jest wcale takie proste, bo nawet zwykły niskopoziomowy goblin wykazuje inteligencję, a w jego żyłach zamiast komputerowych danych płynie krew. A to już dla naszej grupy stanowi nie lada problem moralny.

To anime to istny ruchomy pastelowy obraz – grafika naprawdę cieszy oko i łagodzi obyczaje. Muzyki też nie da się nie docenić, bo obfituje w dobre, różnorodne insert songi, chwytliwy opening, łagodny, melancholijny ending i miłe dla ucha plumkania gitary. Natomiast gdy przechodzimy do bohaterów, musimy albo uzbroić się w środki uspokajające, albo polubić ich takimi, jakich ich Matka Niezdara stworzyła. Nie narzekam, bo spojrzenie na gatunek seria ma całkiem świeże, jednak jeśli ktoś oczekuje pościgów i wybuchów, to niestety, ale „twoja księżniczka jest w innym zamku”. Grimgar to rasowe obyczajówka z odrobiną fantasy i akcji. Mnie zabolał poważnie jedynie fakt, że na zupełnie boczny tor (gdzieś obok złotego pociągu w Wałbrzychu) odstawiono wątek poprzedniego życia bohaterów. Cóż jednak można było oczekiwać od reklamówki light novel? Drugiego sezonu próżno wyczekiwać, więc dobrze chociaż, że zdecydowano się przedstawić od początku do końca jeden wątek. Nie jest on jakiś odkrywczy ani szczególnie porywający, choć jednocześnie sporo w nich trzeźwego spojrzenia na świat. Dużą wagę przywiązano do realnego przedstawienia odczuć i rozterek bohaterów wobec tak niełatwych tematów jak zarabianie na życie poprzez zabijanie czy trywialną szarą codzienność, gdy nie wiesz, czy za następną wypłatę kupić majtki, bo masz jedyną, paskudnie znoszoną parę (tu się nie ma z czego śmiać, to są prawdziwe problemy trzeciego świata). Niby to nudne, ale nie sposób odmówić prawdziwości.

7/10 – okruchy życia to nie zawsze moja bajka, ale bajkowe okruchy życia to już w sumie co innego. Będę tęsknić.

Haikyuu!! Second Season

tumblr_nyjn6moq8w1tgdsf2o1_500
Jedzie pociąg z daleka, trzeci sezon już czeka!

Jak się gra w siatę – każdy rodak po wygranych mistrzostwach w Polsce już wie, jednak jeśli chodzi o Japonię, to do tej pory myślałam, że tamtejsza kadra wciąż jest jeszcze w powijakach. Po seansie Haikyuu!! zmieniłam swój pogląd i teraz już wiem, że w tamtejszych liceach Winiarskich i Wlazłych to mają na pęczki. Drużyna z Karasuno po odpadnięciu z Inter-High szybko spina tyłki i zaczyna intensywne przygotowania do Wiosennego Turnieju. Czeka ich mnóstwo treningów, obozów, rundek karnych za przegrane sparingi i jeszcze więcej treningów i obozów. Szlifowanie formy nie trwa jednak wiecznie, a historia nie miałaby sensu, gdyby z nieopierzonego teamu Karasuno nie stało się groźnym zespołem. Turniej się rozpoczyna, a tabele jasno wskazują, że na ich drodze znów pojawią się silni przeciwnicy, z pamiętnym liceum Aoba Josai na czele.

Jestem fangirlem tego tytułu i dobrze mi z tym. Kiedy Haikyuu!! pojawiło się na ekranach, myślałam, że to anime powstało trochę na fali popularności Kuroko, ale po drugim sezonie uważam, że HQ ciężko zapracowało na własny fandom. Jeśli do tej pory oczy wam krwawiły na widok magicznych aur koszykarzy czy tenisistów posyłających piłki-meteoryty zaginające grawitację, to z czystym sercem polecę obejrzeć siatkarzy z Karasuno. Dwa sezony i nie było tu ani grama supermocy ani zdolności po dziadku Super Saiyaninie (chyba że jesteście uczuleni na to, jak kurdupelki szybko biegają), a dynamika i tak wymiecie wam wszystkie kapcie z szafy. Humoru jest tyle, że mógłby być siódmym zawodnikiem w drużynie, natomiast gdyby mało wam było samego Karasuno, to zaręczam, że wszystkie dotychczasowo pokazane drużyny są warte pokochania i kibicowania. Dorzućmy do tego świetny soundtrack, openingi i endingi, a naprawdę nie będziecie mieć powodów do narzekań. Oczywiście są ludzie uczuleni na sportówki w ogóle lub nie pałają miłością do jakiejś konkretnej dyscypliny, ale Haikyuu!! zasługuje przynajmniej na koronę w kategorii świetnie zrealizowanego tematu.

9/10 – jaram się trzecim sezonem jak krakowska nad ogniskiem. Oczywiście to wciąż anime sportowe, fabuła na dłuższą metę przewidywalna strasznie, ale czasami nie o to chodzi, żeby złapać króliczka, ale by gonić go.

HaruChika: Haruta to Chika wa Seishun Suru

tumblr_o0wy3s5utJ1qa94xto1_500
Jedyna rozsądna reakcja jaka nasuwa się po wyznaniu miłosnym Haruty

Trochę wcześniej było o sportówce, której nie wyszło być sportówką, a teraz będzie o serii muzycznej, która minęła się z powołaniem, otarła się o yaoi i została kryminałem… tylko że nie. Była siatkarka o energicznym usposobieniu, Chika, idzie do liceum z silnym postanowieniem przeżycia najpiękniejszych lat swojej młodości jako popularna wśród uczniów i doceniana przez nauczycieli „urocza dziewczyna”. Aby ułatwić sobie kreowanie imidżu, postanawia ona dołączyć jako flecistka do podupadającego klubu orkiestry, ale tam los na jej drodze stawia przyjaciela z dzieciństwa, Harutę, który zna jej prawdziwy charakterek. Cały misterny plan poszedł w pi… w diabły, ale ostatnią deską ratunku na drodze niewinnej młodości staje się opiekun klubu oraz dyrygent w jednej osobie, Kusakabe-sensei, który pragnie poprowadzić wskrzeszony klub do konkursu na poziomie krajowym. Chika z miejsca zapłonęła do Kusakabe-senseia afektem, lecz tragizmu sytuacji dopełniła informacja z ust samego Haruty, że on też podkochuje się w nauczycielu.

To chyba miało być zabawne, a wyszło groteskowo. Ten chłopak zupełnie się nie wstydzi ani nie uważa za niewłaściwe tego, że podkochuje się w nauczycielu. Powtarzam, nauczycielu, personie płci męskiej, dwa dramaty w cenie jednego. Halo, Houston, my nie mamy problemu, my tu mamy katastrofę! Co innego, gdyby Harucie i Chice zależało na pochwałach Kusakabe-senseia albo gdyby chodziło o jakiś prywatny ranking kto jest lepszym muzykiem lub błyskotliwszym uczniem, ale przedstawiony motyw już raczej nie powinien być tematem do żartów. No i na wór on był potrzebny, to też nie wiem, bo zagadki jakoś tam sobie radziły i bez dziwnych aluzji Haruty… ach, to mi przypomniało o motywie przewodnim tego anime! Przecież HaruChika to tylko podtytuł do Kryminalnych zagadek Tokio, a Haruta tak naprawdę nazywa się Horatio. Przyznam, że doprowadza mnie do szewskiej pasji to, że tak pieruńsko widać, jak bardzo Japończycy starają się stworzyć coś świeżego i innego, że aż popadają w śmieszność. To nie jest naturalne, aby klub orkiestry był bardziej klubem detektywistycznym, a główni bohaterowie zachowywali się jak w komedii romantycznej rodem z lat dziewięćdziesiątych. Może to nie byłoby takie dziwne, gdyby przypadek raz na jakiś czas podsuwał naszym bohaterom jakąś zagadkę związaną z klubem, ale po jakimś czasie Haruta i Chika zaczynają przypominać agencję detektywistyczną, do której zbiega się pół miasta z coraz dziwniejszymi problemami (a to malwersacyjka, a to próba kradzieży, a to historia związana z masowym zabójstwem – uroczo). W Hyouce wszystko było bardziej subtelne. I ładniejsze. Ale z drugiej strony jak coś ma nie tylko wyglądać jak Glasslip, ale i być Glasslipem… to już lepiej żeby P.A. Works szło w obecną stronę.

6/10 – robię to dla przesympatycznej Chiki, bo mimo przeciwności losu w postaci Haruty bardzo polubiłam dziewczynę.

Kono Subarashii Sekai ni Shukufuku wo!

tumblr_o4bj7qJeRD1tjehr9o1_540
A trzeba było pójść spać i nie zawracać sobie tą serią głowy

Gdy ci smutno, gdy ci źle – zgiń przez traktor, odrodź się! Tak właśnie w telegraficznym skrócie przedstawia się sytuacja Kazumy, młodego, prężnego hikikomori, który wzorem najlepszych motywów z przenoszeniem się do alternatywnego świata MMORPG staje przed możliwością stania się nowym zbawcą świata fantasy. Posłańcem, który oznajmia mu dobrą nowinę jest Aqua, urocza, wyrozumiała… wróć! bucowata i zadufana w sobie bogini, która nie zna taktu nawet wobec niezbyt malowniczej śmierci Kazumy. A z głównymi bohaterami się nie zadziera, oj nie, bo można skończyć razem z nimi jako towarzysz niedoli w porywającej i niebezpiecznej przygodzie w celu zgładzenia Króla Demonów… a raczej długiej i mozolnej przygodzie ze szpachlą w ręku i siennikiem wypchanym słomą. W końcu nie każdy odradza się jako Bogusław Linda.

Początek nie był zły – zapowiadała się fajna parodia gatunku „jestem nerdem z szafy, lecz dostałem szansę na bycie badassem z krainy MMORPG”, ale ekipa złożona z samych pierdół na dłuższą metę zwyczajnie człowieka wykańcza. O ile Darkness i Megumin miały swoje moementy, a z Kazumy był całkiem niezły protag z głową na karku, to Aquę miałabym ochotę zamordować tępym kowadłem. Co? Że kowadł z natury są tępe? Cóż jednak znaczy ta tępość w porównaniu z tępotą boginki! Gdyby tylko udało się ją na stałe związać i zakneblować, to mogłaby chociaż stać się przydatna jako niewyczerpalne źródło many, ale że nikt nie czuł się na siłach zbliżać się do takiego epicentrum głupoty, więc Aqua cały antenowy czas telepała się po ekranie, przechwalała albo darła dzioba. Dziwię się, że seria zyskała aż tak porażającą popularność. Nie, nie oglądalność, bo obejrzeć i zapomnieć można wiele (choć starożytne góralskie przysłowie powiada, że co się zobaczy, to już się nie odzobaczy), ale popularność, i to na tyle wielką, że już zapowiedziano drugi sezon. Gdyby przełożyło się to na sypnięcie kaską na animację, to jeszcze okej, ale przecież nie zrobi się z tego nagle drugie graficzne SAO. Póki co bliżej temu grafiką do poziomu ataku Paina na Konohę. Aż chciało się powiedzieć „I see derp people”. Wszyscy bohaterowie cierpią na syndrom wklejonej twarzy, a płeć piękna jeszcze często na bezstanikowy zwis miseczki H. Ach, gdzie się podziały te ecchi, gdzie cycek nie był jak niedomrożona galaretka dr. Oetkera, co ucieka we wszystkie strony po zakołysaniu? Kogo ja pytam, przecież wiem, że dobre piersi będą latem w drugim sezonie Shokugeki.

6/10 – dobrze, że się naoglądało trochę tych .//hacków, SAO, NGNL i Mondaichi-tachi, bo giercowe żarty o statystykach i misjach ratowały sytuację. Ba, nawet fabuła faktycznie turla się do przodu, ale drugi sezon nie jest akurat szczytem moich marzeń.

Luck & Logic

tumblr_o2vq2rdZUQ1ta7pubo1_500
Shokugeki dla ubogich

Nazw na różne magiczne moce mieliśmy już krocie: od czakry przez reiatsu, diabelskie owoce, alchemię, rezonanse dusz, łańcuchy, innocence po esperskie moce czy inne gejasy. Tutaj mamy system mocy opartej na… logice. Jak to się ma do jakiegoś poziomu psychiki bohaterów czy ich zdolności taktycznych, to czort jeden wie, ale po inteligencji niektórych bohaterek zakładam, że nijak, a nazwa została wybrana, bo brzmi odjazdowo. W każdym razie Logikalistą może zostać tylko nastolatek, a na domiar złego tylko nieliczni, którzy posiadają specjalny potencjał określany przez kartę logiki, mogą wejść w kontakt z mieszkańcem boskiego wymiaru. Piętnastoletni główny bohater, Yoshichika, dwa lata wcześniej też był Logikalistą, ale w wyniku użycia zakazanej mocy stracił swoją kartę, przez co był zmuszony wrócić do normalnego życia. To jednak również nie trwa wiecznie i wkrótce do drzwi puka piękna zielonowłosa bogini Atena, która odnalazła kartę Logiki należącą do Yoshichiki. Zawiera ona z chłopakiem nowy pakt, a potem wspólnie przenoszą się do siedziby organizacji Alca. Razem z resztą ekipy mają oni za zadanie bronić ludzi przed nielegalnymi przybyszami, tworzącymi na ziemi tzw. Strefy Paradoksu.

Hip hip hurra, znowu ratować nas będą licealiści z Ogromnymi Problemami. Choć nie da się odczuć, że pierwowzorem była banalna karcianka, to i tak fabularnie szału tutaj nie ma. Yoshichika czy tego chce, czy nie, znajduje się w epicentrum bosko-ludzkiego haremu, a gdyby jakaś fujioshi poczuła się pokrzywdzona, uspokajam, że w tym haremie mamy jednego rodzynka, który lubi raz na jakiś czas zainscenizować niedwuznaczną sytuację. Ktoś na sali jeszcze myśli, że seria skupia się na logicznej walce i taktycznych posunięciach? Zapomnijcie. Idąc skojarzeniem z tytułu, bohaterowie mają więcej szczęścia niż rozumu, a ja nie mam ani szczęścia do wyboru tytułów, ani nie myślałam logicznie, skoro zamiast rzucić to w diabły, szukałam fabuły do samego końca. Historię da się podsumować w absolutnie jednym zdaniu: dziewczynka tygodnia borykając się z dramą tygodnia walczy przeciwko potworowi tygodnia, a w strategicznym momencie jedyny słuszny protagonista serwuje jej radę tygodnia i ratuje sytuację. Do jakichś plusów mogłabym zaliczyć projekty postaci oraz, argh, niech będzie, że opening, choć zdaję sobie sprawę, jak popowy pop to jest. Poza tym moja logika podpowiada mi, że powinniście trzymać się od Luck & Logic z daleka.

4/10 – ani to ładne, ani mądre, co najwyżej do kochania jako guilty pleasure. Fuck the logic.

Musaigen no Phantom World

tumblr_o34rh930QE1r60zuio2_540
Nie ma przebacz – KyoAni każe, moe być musi

Witajcie w świecie, w którym potwory, duchy, zmaterializowane żale i wszelkie magiczne byty, zwane zbiorczo Widmami, są widzialne gołym okiem. Choć większość stworów ogranicza się tylko do tego, że można na nie popatrzeć, to w każdej społeczności, nawet nadnaturalnej, są szkodniki, które atakują niewinnych ludzi. Takimi kłopotliwymi Widmami zajmuje się Haruhiko, nasz wyjątkowy, niepowtarzalny i charakterny protagonista przeciętny licealista posiadający moce przywoływania i pieczętowania stworów, oraz jego harem koleżanki: Mai, Reina, Minase, Kurumi i zaprzyjaźniona liliputka Ruru, należący wspólnie do klubu Łowców Widm.

I tu teoretycznie powinno pojawić się jeszcze zdanie o Fabule, ale nie oszukujmy się, zapowiadana intryga oparta na poszukiwaniu przyczyny, czemu ludzkość w ogóle widzi Widma i co w związku z tym za uszami ma korporacja Alayashiki, po prostu nie istnieje. Było o niej łącznie ze… trzy zdania pod koniec trzeciego odcinka. I tak pozostała goła fantasy haremówka. Bardzo ładna, eee, powiedzmy, że sympatyczna, ale jednak haremówka, na dodatek wykorzystująca schemat laski potwora tygodnia, który związany jest z jakimś randomowym motywem przewodnim odcinka. Przekrój tematów był naprawdę… niezwykły (łagodnie powiedziane): od kota Schroedingera przez Shinsengumi, pluszowe misie, syndromy wyparcia aż po gorące źródła. A skoro jesteśmy już przy gorących źródłach, to trzeba też wspomnieć o ecchi, którego w prawdziwej haremówce po prostu nie mogło zabraknąć. Nie masz pomysłów na supermoc dla twojej cycatej bohaterki? Niech włada żywiołami, które przywołuje poprzez masowanie odpowiedniej części ciała – na przykład żeby użyć wody, należy potrzeć swe nerki (i przy okazji kusząco pościskać sobie piersi). Ugh, sexy pała of urologia… Sofi by się przeżegnała skalpelem. I chociaż tę serię oceniam jednak ciutek wyżej niż Luck & Logic, bo w Musaigenie historie związane z laską potworem tygodnia mimo swej bezsensowności fabularnej były chociaż spójne i dobrze przedstawione, to jednak nie takiego KyoAni ja się spodziewałam. Chyba jest to najgorsza seria od nich, jaką dane mi było obejrzeć i nawet Tamako Market jest lepsze (choć gdyby nie fajna kinówka, to może bym się zastanowiła) niż Musaigen no Phantom World. A jeśli ktoś pamięta tragiczny taneczny odcinek 6 z Kyoukai no Kanata, to podpowiem, że facet odpowiedzialny wtedy za scenariusz jest reżyserem w Musaigenie. To naprawdę wszystko tłumaczy.

5/10 – oglądanie mnie bolało od schematów, ale ładna grafika i animacja jakoś dopomogły w skończeniu serii. Forsę to KyoAni na szczęście ma.

Norn9: Norn+Nonet

tumblr_o111jo6wKG1s3f47io1_r1_540
My z Lemurilli. Czy możemy zająć panu pięć minut?

Witamy w programie „Czym byłby sezon bez…”, odsłonie drugiej. Tym razem na warsztat weźmiemy adaptację gry otome. W bliżej nieokreślonych czasach po niebie szybuje dziwny kulisty statek (przypominający krzyżówkę ufo z Saturnem) nazywany Norn. Statek krąży po świecie, zabierając na swój pokład wybrańców o nadnaturalnych zdolnościach. Do dwóch dziewczyn i dziewięciu chłopaków jako ostatnia dołącza Koharu, młode, płoche, niewinne stworzenie płci niewieściej, które zupełnie nie zdaje sobie sprawy o czekającej ich misji. Co dziwniejsze, Koharu wiedziała, że takowy magiczny statek po nią przybędzie, ponieważ przepowiedział jej to dawno temu „pan podróżnik”. Nie jest to koniec tajemnic, bowiem w niedługim czasie po dołączeniu dziewczyny na statek napadają wyposażeni w podobną technologię napastnicy, a wszystko wskazuje na to, że mają swoją wtykę wśród Obdarzonych.

To zaczyna być jakaś moda, żeby z gier randkowych robić anime, które nieco wystają ponad swój schemat. Podobnie jest z Norn9 – oczywiście nie umniejszam historii zawartej w grze, ale twórcy zrobili konkretne przemeblowanie, żeby z miszmaszu ścieżek podboju serc zgromadzonych na statku biszów uczynić coś na kształt mystery. Romans wciąż jest bardzo istotną częścią tego anime, ale jakoś tak bardziej wpleciono go w resztę niż stanowi on cel sam w sobie jak w Diabolic Lovers czy Amnesii. Ponadto zdecydowano się na mało spotykany w tego typu anime krok – każdej bohaterce od razu „przydzielono” konkretnego chłopaka, by nie musieć się babrać w bagnie domysłów i loffciania wszystkich przez wszystkich jak popadnie. Mimo to ilość par które śledzimy i tak jest przytłaczająca, bo są aż trzy główne oraz kilka pomniejszych w tle, przy czym najważniejsza para jest najmniej ciekawa. Dlaczego? A dlatego, że Koharu jak mało kto zasługuje na postawienie w bohaterkowym panteonie „Mamei bez Nadziei”. Seria jest nierówna, na początku bardzo skupiono się na przedstawienie postaci, by dopiero w drugiej połowie mocniej rozwinąć historię. Graficznie nie mam się do czego przyczepić, muzyka w sumie jakaśtam była, ale jaka…? Jak na adaptację gry otome to Nor9 jest produkcją godna pieśni pochwalnych, ale jako seria jest zwyczajnie przeciętna. W tej kategorii wolę Kamigami no Asobi z radośnie brykającymi bożkami.

6/10 – stabilne w porząsiu, bo nie bolało, ale też nie zachwycało. Gdyby jednak twórcy częściej decydowali się na tę ścieżkę ninja, to przyklasnę im z radością.

Prince of Stride: Alternative

tumblr_o17j5d1IT01uiq68go1_540
Prosimy nie regulować odbioników – to wcale nie jest trzeci sezon Free!! Eternal Running

Sportówki to temat przetarty na wskroś. Była już piłka nożna, była koszykówka, siatkówka, tenis, futbol amerykański, pływanie, itp, itd. No wszystko co popularne już było. Móżdżku, no to co zrobimy tym razem? Może coś nietypowego? Na przykład… anime o sztafecie? I to nie takiej zwyczajnej, ale odlotowej, z parkourem! No dobrze, tylko do tej zabawy potrzeba aż sześciu osób, a klub jeszcze nie tak dawno świetnego liceum Honan dość mocno klepie biedę. Na szczęście wraz z nowym rokiem szkolnym pojawia się świeży narybek, i tak do sempajów dołącza dwóch jurnych chłopaków: Riku i Takeru, oraz pretendująca do bycia nawigatorką pięknolica Nana. Co chce robić jedna dziewczyna wśród pięciu chłopa na butelkę rumu? Nana ma całkiem niewinne marzenie – chce wygrać wyścig End of Summer razem z klubem, którego krążący po necie klip zapoczątkował jej wielką pasję.

Podtytuł brzmi jak brzmi nie bez przyczyny. To naprawdę jest alternatywna historia. Uwierzylibyście, gdybym napisała, że pierwowzorem była gra randkowa dla dziewcząt? Oto Madhouse, studio, które zrobi pełnoprawną, rasową sportówkę z najzwyklejszej gry otome (ludzie od AoKana powinni się uczyć, jak robić coś z niczego)! Mogą to sobie do CV wpisać, a ja chyba wciąż nie dowierzam, jak udało im się zrobić tak fajną, dynamiczną serię skupioną autentycznie na bieganiu klubu sztafety. Serię ogołocono ze wszystkich podtekstów – tak bardzo, że na grupowym obozie z jedenastoma chłopa, gdzie klaty we wszelkich gabarytach ścielą się gęsto, bohaterka ani razu nie miała niecnych myśli. Ktoś mógłby nawet pomyśleć, że pierwowzorem mogło być yaoi, bo więcej jest chemii między dwoma najmłodszymi kolegami z klubu niż samej Nany z kimkolwiek. Ale spokojnie, serii wyszło to całkowicie na zdrowie, bo zamiast sztampowej serii o reverse haremie i, być może, mamejowatej heroinie, dostaliśmy anime o miejskiej sztafecie pełnej parkouru. Jest moc, muzyka i animacja naprawdę dają radę, a paczka z klubu Honan to naprawdę fajna gromadka. Minusem jest sztampowy początek jakich wiele – dawniej świetny klub traci swą chwałę, lecz kiedy jest na skraju likwidacji, nagle przybywają genialni pierwszoroczni, a i jakiś zaginiony geniusz ze starszej klasy zawsze się odnajdzie. Są też dramy, które wypełzają przy każdej możliwej rywalizacji. Niemniej to kawał niezłej sportówki okraszonej sporą dawką humoru. Polecam szczególnie ze względu na duet Kohinaty i Kadowakiego. Ich podbieranie sobie puent i sucharów w tle fabuły jest przezabawne. A niezdrowa fascynacja Takeru na punkcie biegania, łydek kolegów i protein aż do niemożliwość przypomina Harukę i jego manię pływania, wody i makreli. Przypadek? Nie sondze.

8/10 – wiem, że słaba drama męczy sama i jak na Madhouse wciąż mogliby ładniej zanimować bieg, ale za gag „Kung Fu Lee Kohinata Miszcz” seria zostanie w moim sercu już na zawsze. Drugi sezon przygarnę od zaraz.

Sekkou Boys

tumblr_o1075fHve61ri2bgao1_500
Kiedy bawią cię rumieniące się antyczne posągi to znak, że czas już odstawić swój Vicodin

Kochacie UtaPri? Uwielbiacie Cordę? Pasjami oglądacie Love Live i wszelkie IdolMastery? To niedobrze, bo Sekkou Boys nadepnie wam na odcisk całym ciężarem czterech marmurowych idoli. I to nie jest żadna zaowalowana aronia… zaofoliowana ironia… a zresztą czytajcie dalej. Miki Ishimoto jest świeżo wyciosaną absolwentką ASP, która pragnie rozwinąć skrzydła w branży menedżerskiej. Wydaje się to nieco dziwne, że artystkę po kilku specjalistycznych szkołach wyrzuciło na meandry pracy w świecie idoli, ale gdy dowiadujemy się, że przez wiele lat Ishimoto była nieustannie zmuszona przez system edukacji do rysowania rzeźb, zaczynamy rozumieć, czemu tak ciągnie ją do żywych, pełnych wigoru wokalistów. I tu życie daje naszej bohaterce ostatecznego betonowego plaskacza w twarz, bo nieoszlifowanymi jeszcze kamieniami sceny muzycznej, którymi początkująca Ishimoto ma się zająć, są cztery gadające i cokolwiek krnąbrne popiersia: święty Jerzy, Hermes, Mars i Medyceusz.

Gipsowi Chłopcy to prawdziwy kamień milowy postawiony na cokole parodii gatunku i mimo iż nabija się dość konkretnie z idoli, którzy nieważne, jacy są, byleby się ich dało kochać, naprawdę dobrze przedstawia prawdziwy, wymagający świat showbiznesu. Nie wystarczy niezły głos i ładna buźka… znaczy – ładny marmur, żeby idol od razu zaczął zbijać kokosy. Świeży narybek musi walczyć o każdy wywiad i każdą możliwość pokazania się w towarzystwie, żeby przy odrobinie szczęścia samemu zostać docenionym. Choć można śmiać się pełną po-piersią, to Sekkou Boys wcale nie jest takim głupim, odmóżdżającym anime, jakie się wydaje na pierwszy rzut rzeźby. Nawet żarty z tuszowania afer łóżkowych czy internetowych hejtów mają w sobie wiele prawdy. A że przy okazji pełna jest sucharów twardych jak granit… cóż, tym lepiej. W końcu to tylko (lub aż) 8-minutowy short, który skończy się szybciej niż zdążycie zacząć fejspalmować. Choć i tak sądzę, że ból brzucha po seansie jest murowany.

8/10 – niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto zachowa kamienną twarz podczas oglądania.

 

Najlepsza grafika
Boku Dake ga Inai Machi – nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo podrasowali kreskę mangi, zachowując przy tym styl rysowania postaci.
Najlepsza muzyka
Wszystko co dźwięczy w Haikyuu!! Second Season jest pełne pałeru i epickości. Klasa koń.
Najlepszy opening/ending
Opening (ending w sumie też) z Boku Dake ga Inai Machi. Na dodatek wersja z odcinka 11 dodaje smaczku fabule.
Najlepsza postać
Celty z Durarara!!x2 Ketsu. Dla mnie zawsze i wszędzie będzie to najlepsza postać kobieca ever. Gdyby nie Shinra to bym… Bym.
Moje OTP
Urgh… Śnieżka i Zen czy Śnieżka i Obi z Akagami no Shirayuki-hime 2nd Season… nie każcie wybierać, bo złamiecie mi serce…
Największe wtf?!
Sekkou Boys. Jakby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, że śpiewające posągi nie są wystarczająco zdziwkogenne.
Moje guilty pleasure
Luck & Logic z gejowymi wstawkami Olgi i Lucyfera przeniósł mnie na inny poziom zjarania. Warto było się męczyć dla ostatnich odcinków.
Największy zawód
Musaigen no Phantom World – bo ja się nie spodziewałam po KyoAni takiej tandety. Nawet ending miało to to słabe! Niedopuszczalne!
Najlepsza kontynuacja
Skoro już pożądam trzeciego sezonu, to wybór może być tylko jeden – Haikyuu!! Second Season.
Najlepsza nowa seria
Po raz pierwszy, po raz drugi i po raz trzeci… sprzedane! Boku Dake ga Inai Machi to moje anime sezonu.

~Dziabara

Ps. Hej, tu jeszcze na koniec Darya. Mam nadzieję, że długość dziabowych wywodów was nie zniechęciła do czytania, bo dziewczyna pisze tak ładnie, że zaraz zaczniecie mi piketować przed mieszkaniem, że mam sobie pójść i oddać jej bloga na właśność (hm… To może lepiej nie czytajcie…?). Mam wielką nadzieję, że nie będzie to ostatni jej wpis na tym blogu – tworzenie czegoś wspólnie jest dla mnie dużo bardziej satysfakcjonujące. A dla was będzie to oznaczać więcej notek C:

Advertisements

13 komentarzy do “Animcoholizm stosowany, czyli podsumowanie sezonu zimowego 2016

  1. Hej ;) No to teraz ja się wypowiem.
    Odnośnie Shirayuki i rozmowy powyżej, moje zdanie jest gdzieś pośrodku Otai i Twoim. Znaczy w pierwszym sezonie wszystko było fajnie, szybko wyznali sobie miłość, setting fantasy w shoujo zawsze u mnie mile widziany i nawet nie przeszkadzała mi ta cukierkowatość, bo była podana w odpowiednich dawkach. Ale przy drugim sezonie to już mnie szlag trafił od tego ciągłego czerwienienia się, łapania za rąsie i ogólnie „jestem taka/taki nieśmiała/nieśmiały i się wstydzę”. Zamiast iść do przodu, to ten związek dla mnie się cofa, a dodajmy że wokół tyle ciekawszych postaci niż Zen (na przykład Obi ^^)… Toteż w efekcie drugi sezon wypada u mnie dużo gorzej niż pierwszy.
    Boku dake ga Inai Machi to świetna seria mimo troche zwalonej końcówki, no, ale ja też mangi nie czytałam ;) Dimension W… huh, naprawdę podobne do Darkera? Oglądałam parę odcinków i kompletnie mi nie siadło a Dimension mi się bardzo podoba (i Kyouma taki fajny).
    Hai to Gensou właśnie oglądam i po nudnym początku i ślamazarnej akcji wciągnęłam się po 5 odcinku (gdzieś po śmierci Manato). I ta grafika . Cudo.
    Haikyuu jest wspaniałe i sto razy lepsze niż takie Kuroko, mi oczy wypalało od tego durnego zone i innych dziwnych supermocy, a Haikyuu jest tak cudownie normalne, i ten humor, i w ogóle chce trzeci sezon :(
    A Shouwa Genroku Rakugo Shinju będę maratonować jak tylko skończę Hai to Gensou no Grimgar, i się wprost nie mogę doczekać.

    Lubię to

    • Z tym cofaniem związku… może to przez to, że przez połowę sezonu tak naprawdę Śnieżka i Zen nawet kontaktu ze sobą nie mieli. Wydaje się, że nic się nie ruszyło, bo skupiono się na innych relacjach (z Rajim, Obim czy nawet Kazukim). Ale z Obim to po prostu całym sercem się z Tobą zgadzam – jego relacja ze Śnieżką jest żywsza i ciekawsza, no i zdecydowanie więcej jest między nimi interakcji niż z wiecznie zajętym Księciem Przerwa-Zenem. Żal mi straszliwie Obiego, że na zawsze pozostanie tylko rywalem, a przecież jego stopniowe zakochiwanie się w Śnieżce jest bardzo, bardzo urocze. Dajcie spin-offa, no! Ale Zen też jest porządna chłopina, nieporadna trochę, ale kocha szczerze. Mam nadzieję, że to tylko taki etap, kiedy muszą się ze sobą oswoić, boby się seria musiała skończyć, jakby od razu żyli długo i szczęśliwie :)
      Spore podobieństwo Dimesion W do Darkera wyłazi dopiero, gdy się obejrzy cały sezon i Gaiden tego drugiego. Bo tak po początku to tylko główni bohaterowie są oziębli i nieco nieprzystępni, a, i podobnie pracują. Hei zaczyna otwierać się po pewnym czasie (dwadzieścia kilka odcinków robi swoje), a fabuła zacieśniać jakoś dopiero po połowie, lecz jeśli nie odpowiada Ci epizodyczność DtB, to nie ma co się męczyć. Kyouma zdecydowanie nie jest aż tak zamknięty w sobie, a i zakres mimiki ma większy XD Daiksuke Ono zawsze miło mi się słucha.
      Grimgar na propsie :D Mam nadzieję, że kiedyś jednak wypuszczą ten drugi sezon, bo i mają co w fabule dłubać, i między postaciami się jeszcze sporo zadziać może (tyle pairingów do shippowania!). Może właśnie dla grafiki i muzyki seria się sprzeda.
      Haikyuu banzai! :D nie mam już czego wychwalać, wszystko zabrałaś. Podczepiam się, dawajta już ten mecz z Ushiwaką… znaczy, Ushijimą .3.
      Dobrze mieć serię na zapas :) Ja się gryzę, bo już w weekend zaczynają się animce z sezonu wiosennego i człowiek chciałby na wszystko chociaż zerknąć, na zaległe i na nowe, a życie nie Simsy, nie ma możliwości zatrzymania czasu :<

      Lubię to

      • Na pewno spora w tym wina tej rozłąki, ale gdy już mieli ten kontakt ze sobą to ich kontakt był tak wstydliwy, że aż mdły. Cuda że w ogóle się całowali xD Właśnie Obi jest dużo żywszy i ciekawszy, ja bym go brała w ciemno. Już kurcze nawet Raji lepiej wypadł w tym sezonie, bo miał jakieś konkretne cechy charakteru i ożywiał sezon ;P
        Właśnie skończyłam oglądać Grimgar i tak, drugi sezon to fantastyczny pomysł, ta seria jest naprawdę dobra jak już się człowiek przyzwyczai do tempa. Aż mam ochotę sięgnąć po light novel.
        No właśnie, szkoda że życie to nie Simsy, można by było wpisać kody i siedzieć całą noc, a rano tylko zresetować się i człowiek gotowy do pracy ;)

        Lubię to

  2. No dla mnie akurat „Shirayuki” jest idealnym zobrazowaniem tego, na co ludzie w shoujo narzekają – on mówi, że ją kocha, ona to podsłuchuje, oboje puszczają buraka – chyba bardziej typowo się nie da. Akurat ja całkiem lubię gatunek shoujo, ale tutaj dla odmiany te stereotypy odpychają mnie bardziej, może dlatego, że cała otoczka próbuje nadrobić, ale przez to dla mnie te wątki głównych bohaterów wyglądają właśnie na ” opowieść o zakochiwaniu się (przez dziesięć sezonów…)” (już dwa minęły, a ten wątek nadal jest na poziomie zaczerwieniania się a’la shoujo). Nie lubię oceniać skali, ale po dwóch sezonach mam takie 5/10, ale to i tak dobrze, bo po samym pierwszym bym się skłaniała ku 4/10, bo w pewnym momencie coś ciekawego zaczęło się dziać i przez chwilę przyciągnęło mnie do ekranu.

    ERASED to dla mnie w sumie druga najlepsza w tym sezonie seria anime. Moje serce kompletnie skradło „Shouwa Genroku Rakugo Shinju” – dobra adaptacja josei jest w cenie. Ale no, BokuDake to też całkiem całkiem tytuł. Tylko ja znałam wcześniej mangę i chociaż anime mi się podobało razem z zakończeniem to mam wrażenie, że dorzucili do niego za dużo cukru na zasadzie „i wszyscy żyli długo i szczęśliwie”, podczas gdy w mandze jednak strat jest więcej i niektórzy fani uważają, że główny bohater mógłby się cofnąć w czasie jeszcze raz… pewnie teraz są zadowoleni z zakończenia anime :D

    Prince of Stride było dla mnie dziwnym przeżyciem – obejrzałam całą serię i zorientowałam się, że jedyne co z niej pamiętam to Armin w sukience. Nic mnie specjalnie nie przyciągnęło poza tym, że podoba mi się koncepcja stride’u.

    To jeszcze ode mnie:
    Najlepsza grafika – Shouwa Genroku Rakugo Shinju
    Najlepsza muzyka – Digimon Aventure Tri (2) –
    Opening/ending – Haikyuu! (ending zwłaszcza wizualnie) i BokuDake
    Najlepsza postać – Kiku-san z Shouwy i Yamaguchi z Haikyuu!
    Moje OTP – Kiku i Sugeroku, najlepsze rakugowe OTP ever
    Największe zawód – wycięcie najfajniejszych wątków Nijiiro Days i zrobienie z niego czystego i niewinnego shoujo
    Najlepsza kontynuacja – Haikyuu!!, Digimon Adventure Tri
    Najlepsza nowa seria – Shouwa Genroku Rakugo Shinju.

    Lubię to

    • Pozwolę się nie zgodzić w tej kwestii – to, że miłość Śnieżki i Zena jest przesłodzona i niewinna to jedna sprawa, ale jasno określili się w pierwszym sezonie, że oboje się kochają i to sobie okazują w subtelny sposób (bo to w końcu książę i żeb… dziewczyna pochodząca z plebsu – nie ma co się afiszować). Zresztą, kilka pocałunków już mają na koncie. W różne miejsca :P Typowa szojka to coś w stylu Ścieżek Młodości czy Bestii z ławki obok, gdzie bohaterowie nie mogą się zdecydować, co czują, nie rozmawiają ze sobą, tylko snują domysły, usuwają się w cień dla dobra drugiego, jak wreszcie mówią, że kochają, to zaraz obracają to w żart/nieporozumienie i inne szmery bajery. Akagame no Shirayuki-hime może być niestrawne od cukru, ale relacje są o niebo zdrowsze niż w szkolnych seriach. Nu, ale zależy kto czym się przejadł.

      O, toś mnie zaskoczyła, że znając mangę nie jesteś gotowa spalić anime na stosie :O To miłe.
      To jest spiseg na moją głowę :< No obiecuję zacząć oglądać Shouwa Genroku Rakugo Shinju od tego tygodnia, obiecuję (Pyrkon nie ułatwia sprawy, tyle rzeczy jeszcze trzeba załatwić…). Niedługo dołączę do waszej armii fangirli już oficjalnie, teraz mogę sobie tylko cichutko kwilić, że grafika jest cudna, bo trudno nie natrafić na screeny w necie. I na pewną całującą się parę, ekhemcozachamskiespojleryekhemtylefeelsówekhem.

      Kohinata/Armin był mega, choć najlepszy był w wersji pijanego Jackie Chana :> Co tam dramy, co tam klub, dzika szota i tak wygrywa wszystko.

      „And the Oscar goes to…” ;)

      Lubię to

      • Chyba z dwojga złego wolę jednak hodowanie kury w szkole niż slow motionowe łapanie się za rękę przez dwa sezony. W sumie nigdy nie przyszło mi do głowy określenie „cukierkowe” wobec tego związku, ale gdybym miała jakoś je określić to w moim osobistym odczuciu bliżej im do słodzika niż do cukru, o ;). Ogólnie nie lubię animowanych ekranizacji shoujek przez kultywowanie tego przeciągania pocałunków, przeciągania chwytania się za ręce, buraczenia się na siebie przez 5 minut – w mandze zazwyczaj załatwiają to jednym kadrem i #yolo.

        Lubię to

        • No dobra, zostałam znokautowana ;) Też wolę, jak się dzieje, nawet w shoujo, tylko żeby unikać dram z dupy robionych.
          Ano, w mandze to jednak jakoś wszystko sprawniej idzie – nawiązując do hodowania kuraka (czyli do Bestii), to polskie wydanie mangi pałaszuję jak świeży chlebek, a anime… no, anime. Było, minęło. Masz świętą rację z mangami: jeden kadr, pięć sekund zawieszenia okiem i cześć, idzie się dalej. Dobre, zabawne tłumaczenie też robi swoje, bo niby zapoznaję się drugi raz z tą samą serią, a jednak wrażenie jest niebo lepsze. Jeszcze tylko czekać, aż się rozwiną wątki Yamakena czy Sasy :3
          …ale mnie przerzuciło z wątku Śnieżki na Bestię z ławki obok…

          Lubię to

  3. Hej Dziab!
    Szczerze przyznam, mam problem, jak się do tej notki odnieść :’D nie idzie nawet o to, że dużo napisałaś (przeczytałam całość!), bardziej o to, że u mnie sezon zimowy kulał, więc nawet nie mam zbyt co dorzucić od siebie, bo własnego zdania nie mam… No, bez wpływu na brak zdania nie jest też niewątpliwie to, że kulenie przyjęło formę „oglądam zrywami po 3 odcinki na raz, robię miesiąc przerwy, a potem nie pamiętam co było wcześniej”. ._.

    Ale tak. Z tego co opisałaś w notce oglądałam Norn9 (chyba ze 2 odcinki mi zostały), ale kojarzę z tego że ładne graficznie, że fruwają, że supermoce i w sumie tyle. Shame on me.
    Grimgara zaczęłam, ale jakoś nie przebrnęłam przed drugi odcinek. Powinnam bardzo żałować? Dimension W utknęłam na 5 odcinku, także ten… ale dokończę to kiedyś!
    A Prince of Stride nie zaczęłam, ale chcę zobaczyć. Zmotywowałaś dodatkowo.
    (P.S. Czekam na anime o curlingu – uświadom mnie, jeśli już jest i o nim nie wiem)

    Już spoza Twojej listy, oglądałam jeszcze Divine Gate (skończone, tak dla odmiany) – początek nawet fajnie się zapowiadał, ale im dalej, tym bardziej zagubiona się czułam. Meh. I jestem w trakcie Ajina – mam wrażenie, że powinnam widzieć głębię, czy coś, i może nawet ona tam jest – jakoś do mnie to nie trafiło, nie wiem. Może jakbym oglądała uważniej niż jednym okiem…
    …mogę tu też dopisać Garo: Guren no Tsuki? Niby zaczęło się jesienią, ale 24 (26? sprzeczne informacje mam) odcinków oznacza ciągnięcie się dwa sezony. Jeszcze się nie skończyło, ale generalnie pierwsze animowane Garo podobało mi się dużo bardziej. To oglądam zupełnie bez przekonania, ot – zaliczyć.

    Lubię to

    • Dziń dybry, M.W. :D Swój swojego zawsze w internetach znajdzie.

      Nie mogę się nie zgodzić, że sezon aż porażał swą średniawością… żeby nie powiedzieć, że był słaby… ale nieee, aż tak źle nie było, było typowo. Zwykle jest tak, że produkuje się jedno dobre anime na dziesięć takich sobie i ciężko od razu trafić na to dobre. Czasami czekanie na koniec sezonu wydaje się najrozsądniejszym wyjściem, żeby nie marnować życia na takie „trzy odcinki i pogrzeb”. A to znam równie dobrze jak ty ;)

      Norn9 nie jest niczym specjalnym. Jak się ma traumatyczne przejścia z adaptacjami otome, to tak, z samego szoku człowiekowi wydaje się, że to anime jest takie miłe i inne, ale zupełnie na trzeźwo to jest po prostu seria do odhaczenia. Ja znów poza imionami głównej pary zupełnie nie kojarzę bohaterów. Grimgar nie jest dla ludzi, którzy łatwo chorują na nudne anime, ale jeśli chcesz, polecam doczekać do czwartego odcinka, bo tam dzieje się najważniejsza fabularnie rzecz (hint – polecam liczyć death flagi). Prince of Stride polecam, to nie top of the top czegokolwiek, ale można się przy tym naprawdę dobrze bawić. A gdyby wyszło anime o curlingu, to wiedz, że masz we mnie zapalonego kompana w oglądaniu. To moja ulubiona dyscyplina z zimowych sportów, naprawdę! Co tam łyżwy czy bobsleje – przecież wiadomo, że na lód najlepsza jest porządna szczota. O tak, brałabym takie anime jak chytra baba oranżadę :3

      Divine Gate to to, co się biją mieczami? Bałam się, że to będzie seria jakich wiele (i kolejna podobna szykuje się w sezonie wiosennym). Ale jak powiadasz, że dalej wcale nie robi się jakoś specjalnie zrozumiałe, to chyba nie będę płakać. Z Ajinem mam bardzo sprzeczne informacje – jedni mówią, że to taki Tokyo Ghoul, gdyby bohaterowie mieli rozum, a inni, że im dalej w las, tym jelenich bobków. Pewnie prędzej sięgnę po mangę, bo przez sri-di animację jakoś mnie nie kusi oglądanie. Anime ciągnące się przez dwa sezony są trudne do zakwalifikowania – z obecnego sezonu oglądam jeszcze AssClass 2 oraz Nijiiro Days, ale trudno mi ocenić, skoro zakończenia nie widziałam. Garo ma uproszczoną, ostrą kreskę i sporo komputerowej grafiki, dlatego się z tym nie zapoznałam. W takim razie powiedz – dobre jest? Pierwszy sezon jest w miarę zamkniętą historią? Czy dwa sezony to jednak dwa sezony, wypada obejrzeć?

      Lubię to

      • Pierwszy sezon Garo (Honoo no Kokuin) jest zdecydowanie zamknięty (choć ma być kinówka niedługo) – w drugim jest kompletna wymiana ekipy (nad czym ubolewam, bo Leon był jak dla mnie świetnym protagiem), inne miejsce akcji (z czegoś pseudohiszpaniopodobnego jest przeniesienie do Dżaponii), inny czas akcji, no i inna kreska (ze „sri-di” włącznie), tak przy okazji… (wolałam pierwszą, a pierwszy opening pierwszej serii to dla mnie animacyjne cudo, kompletnie inne od typowych openingów).
        Nawiązań w drugim do pierwszego nie stwierdziłam, poza faktem, że to to samo uniwersum rządzące się tymi samymi zasadami. Ale tak poza tym to nope, dwie oddzielne serie. Nawet nie wiem jak tytułowa zbroja Garo przewędrowała do tej Dżaponii, skoro jest jasno powiedziane że przechodzi pokoleniowo z rodzica na potomka i nijak inaczej. Oh well.

        Guren no Tsuki nieco bardziej powiela schemat serii live action (które były pierwsze, jest ich sporo, i zwłaszcza pierwsze mają tak niezgrabne efekty specjalne że mi się momentami śmiać chciało). Najpierw kilka odcinków z kategorii potwór tygodnia (odhaczone!), potem jakiś niewyraźny zarys fabuły (patrz: Seimei i jej Przeznaczenie przez wielkie P, Raikou i jego jeżuczemuonnieumiewswojemocecotomabyć), pojawia się panna w opałach do ratowania (znów Seimei) i wieeeelki potwór miesiąca (Rudra) do rozwalenia na koniec przez Wszechpotężnego Złotego Rycerza Garo (Raikou). I niestety dochodzi motyw Upierdliwego Irytującego Dzieciaka ™.

        Pierwsza seria… że zacytuję Cahan, pierwszy sezon jest o perypetiach protoplasty rasy emo.
        W pierwszej serii wprawdzie na początku też były potwory tygodnia, ale służyły przy okazji pokazaniu jak niestabilną postacią jest główny (Leon). Dochodzi nawet do tego (wybacz mini spoiler), że znajduje się w sytuacji pod tytułem „albo ogarniesz rzyć, albo wuja zrobisz” – dosłownie. Nieźle go to przybija (jakby już wcześniej nie zachowywał się jak 100% emo z weltschmerzem; srsly, nawet mu grzywka jedno oko zasłania). Na końcu jest niby potwór miesiąca, za to nie ma panny w tarapatach (wręcz odwrotnie, to panna ratuje innych z tarapatów, brawa dla Emy, bądź sama stoi za tym, że ktoś jest w tarapatach, brawa dla Oktavii). Jak o Emie już mowa, jej wątek z Leonem jest, hm, ciekawie poprowadzony, tak powiem :’D

        …z tego mojego pisania pozbawionego ładu i składu powinno wynikać, że pierwsze Garo mi się bardzo podobało (choć nie będę się z nikim wykłócać że to coś mega ambitnego, bo tak nie jest), a drugie zmehowałam od razu i do 22 odcinka włącznie (najnowszego) odmehować jakoś nie mogę. Ale drugi opening ma jak dla mnie fajny. Muzycznie.

        …no. ^ ^”

        Lubię to

        • Aha, to super, że to zamknięta całość… i że streściłaś mi sporo z fabuły :”D Nabijam się, wiele z tego nie rozumiem, a wbrew pozorom takie spojlery często zachęcają mnie po sięgnięcie po serię. Btw, szczególnie kocham dostać spojlerem, że ktoś ginie .^. Garo ląduje na mojej liście „do obejrzenia”. Fantasy bijatyki bardzo lubię, nie muszą porażać ambitnością, byleby były zrobione normalnie, z sensem, także się nie przejmuj.
          Wielkie dzięki za polecenie :)

          Lubię to

          • Jak wylądowało, to mogę uznać mój bezładny słowotok za sukces :D jeśli do tego dojdziesz, czekam na jakąś opinię/komentarz w dowolnej formie.

            Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s