Pierwyj to sie muzykowało, czyli Wzgórze Apolla, tom pierwszy.

Jaki jest najlepszy sposób aby odpocząć od pisania (np. licencjatu)? Pisanie czegoś innego (np. recenzji)! Szczególnie zachęcające jest to, gdy o ocenę prosi tak kuszący tytuł jak Wzgórze Apolla (Sakamichi no Apollon). Moje niecierpliwe wyczekiwanie spowodowane było właściwie jednym czynnikiem – mamy tu do czynienia z klasycznym przedstawicielem gatunku (widowni) josei. Mang dla starszych kobiet na rynku tyle co kot napłakał, toteż nie można być wybrednym. Trochę trwało, zanim wreszcie mogłam w spokoju pochylić się nad tą serią, ale wreszcie spisałam kilka uwag do pierwszego tomu. Czy warto się za niego zabrać? O tym poniżej.

Nowe miasto, nowa szkoła, nowi koledzy z klasy. Kaoru Nishikawa zna to aż za dobrze – jako syn marynarza nigdzie na dłużej nie zagrzewa miejsca. Ciągłe przeprowadzki nie stały się dla niego jedynie nudną rutyną, wręcz przeciwnie – przystosowanie się do nowego środowiska idzie mu za każdym razem gorzej, a prowincjonalne liceum na Kiusiu, w którym wszyscy używają obco brzmiącej gwary jawi mu się jako kolejny krąg piekła. Mimo to, coś, a właściwie ktoś, wyróżnia tę placówkę. Po pierwsze jest to, Ritsuko Mukae, sympatyczna przewodnicząca klasy, postanawiająca pomóc mu odnaleźć się w okolicy. Jednak nie tylko ona interesuje się nowym uczniem. Sentaro Kawabuchi, tutejszy rozrabiaka i wagarowicz o bardzo wyluzowanej osobowości, także uczepił się Nishikawy, co ten początkowo przyjmuje z dużo większą niechęcią niż towarzystwo koleżanki. Szybko jednak sytuacja zaczyna się zmieniać i chłopaków łączy nie tylko, pozbawiona podtekstów, fascynacja sobą nawzajem, ale i muzyka. Szkolne życie bohaterów toczy się bowiem na tle jazzu. I lat 60.

Wzgórze Apolla to obyczajówka pełną gębą. Akcja rozwija się powoli, a pierwszy tom skupia się na poznawaniu przez głównego bohatera okolicy i zawieraniu znajomości.  Mimo, że o ważniejszych postaciach wiemy już co nie co, nie znamy ich jeszcze za dobrze i czujemy, że mają swoje tajemnice. Już na początku na tyle umiejętnie zasugerowano kilka wątków i pytań , że wzbudzają szczerą ciekawość, a że informacje dawkowane są stopniowo, tylko wzmacniają apetyt i zachęcają do sięgnięcia do dalszych tomów. Ogromną siłą historii są też bohaterowie. Choć Nishikawa spogląda z okładki raczej niezachęcająco, okazuje się całkiem sprawnym protagonistą, trochę zbyt skupionym na sobie i niechętnym obcym, ale po dokładniejszym poznaniu można go naprawdę polubić. Najlepsze wrażenie zrobił na mnie jednak Sentarou – chłopak wiecznie roześmiany, ale w żadnym momencie nie irytujący ani nie narzucający się (główny bohater twierdzi co innego, ale bywały znacznie gorsze przypadki). Mimo pozornego olewactwa, widać, że jest lojalny i potrafi być poważny (ba, na kilometr czuć jakąś smutną historią z dzieciństwa), w dodatku jego poczucie humoru stanowi świetny kontrast do powagi Nishikawy. Ogólnie rzecz biorąc, relacja tej dwójki, oparta, jak już wspominałam, na trudnej do wytłumaczenia wzajemnej fascynacji, jest… no, fascynująca. Bardzo cenię, że chłopaki szybko się ze sobą dogadują i choć motyw rywalizacji, szczególnie ze strony głównego bohatera, nie zanika, nikt nie udaje na siłę niechęci względem tego drugiego. Na tym tle Ritsuko wypada trochę blado, jednak po pierwszym tomie trudno powiedzieć czy będzie to wada – na razie pełni rolę sympatycznej dziewczyny z sądziectwa. Nie można też wiele napisać o wątku miłosnym, został on bowiem jedynie zaznaczony i nie sposób ocenić czy pójdzie on po utartych schematach czy pokaże coś oryginalnego. Pochwalić na pewno można klimat – choć stanowiące tło lata 60. na razie nie rzucają się wyjątkowo w oczy, jest to miła odmiana od historii współczesnych, a muzykowanie w rytmie jazzu, nawet jak w pierwszym tomie nie zajmuje dużo miejsce, stanowi dobry motyw przewodni.

Przejdźmy jednak do kwestii interesującej pewnie sporą część czytelników tej recenzji – jak to w końcu wyszło z tą gwarą? Dla tych, którzy nie są wtajemniczeni, już śpieszę z wyjaśnieniami. JPF postanowił iść w ślad oryginału i obdarzyć większość miejscowych postaci dialektem luźno opartym na śląskim (jest prostszy – jerunka, recht prawiom, co to mogło być piyruńsko trudniyj, gorole jydne marudne). Pojawiły się głosy, że utrudnia to odbiór, ale akurat ja będę te rozwiązanie chwalić i bronić przy każdej okazji (co robię już od czasów Love Hiny). Muszę w tym momencie zaznaczyć, że jestem o tyle subiektywna, że jako Ślązaczka, raz, że nie mam problemów z zrozumieniem o co chodzi, dwa, gwarzenie absolutnie mnie rozczula i sprawia, że czuję się jak w domu – gdy widzę jak postaci godają i mówią, niektórzy z większym akcentem, niektórzy starając się jednak nieudolnie używać poprawnego języka oraz kontrastująca z tym polszczyzna (japońszczyzna?) Nishikawy, to przypomina mi się moje liceum. Odkładając jednak na bok sentymenty, wy, gorole, też macie co doceniać. Użycie gwary ogromnie zbliża czytelnika do głównego bohatera, który przecież też początkowo czuje się zagubiony i zniechęcony nieznanym dialektem – z czasem, tak jak czytający, przyzwyczaja się jednak i coraz lepiej rozumie co się dzieje wokół. Nie mówiąc już o tym, że trudno o lepsze zaznaczenie obcości chłopaka niż różnica językowa. Przy czym powtarzam, dialekt nie jest aż tak trudny jak niektórzy go malują i po paru stronach naprawdę zaczniecie łapać o co chodzi (tak mówią komentarze nie-Ślązaków). Pomyślcie sobie, że niektórzy nie chcą sięgnąć po mangi, bo czytanie od prawej do lewej ich przeraża, ale gdy się przełamują, przyzwyczajają się w końcu :) Ogólnie, tłumaczka JPFu – Agnieszka Opałko, pracująca już przy takich tytułach jak Fushigi Yuugi  czy D.N.Angel – poradziła sobie w mojej opinii naprawdę dobrze (brawa też dla korektorów, słyszałam, że niezłe burze mózgów i głupawki przeżywali) i choć wyłapałam drobniutkie nieścisłości w zasadach stosowanej tu gwary, jestem z efektu końcowego naprawdę zadowolona. Dobrym pomysłem było wrzucenie kilkunastu przykładowych stron na facebooka, by zasięgnąć głosu tłumu – nie wiem jak bardzo się go ostatecznie posłuchano, ale zauważyłam, że ostatecznie w tomiku użyto formy „jo żech, ty żeś”, co w komentarzach zaproponowała moja skromna osoba. Może to przypadek, ale jak miło sobie wmawiać, że miało się wpływ na jakąś mangę :))) Dodam jeszcze, że uwielbiam nazywanie Nishikawy „hrabiątkiem”! Jeśli ktoś jest ciekawy zasad tłumaczenia imion i ksywek, tutaj wypowiedź korekty.

Wzgórze Apolla to 9-tomowa manga (w Polsce ma zostać także wydany 10-ty, dodatkowy tom) autorstwa Yuki Kodamy i stanowi jej pierwsze dłuższe dzieło. Seria okazała się sukcesem i otrzymała w 2012 roku 12-odcinkowe anime, które, choć ominęło sporo materiału wyjściowego i zdecydowało się na zmienione zakończenie, zyskało wiele przychylnych opinii, szczególnie za stronę muzyczną (słucham w trakcie pisania OSTu do anime i mogę się stanowczo przychylić do zachwytów). JPF zdecydowało się na powiększony format i cenę 25 zł za tomik. Choć wielkość wydania cieszy, to wysłupanie o 5 zł więcej niż za niewiele mniejsze rozmiarowo Silver Spoony trochę jednak boli. Cóż, w tym wypadku nie jest to jednak cena zaporowa. Druk jest w normie i nie słyszałam o żadnych problemach z egzemplarzami. W tym miejscu jeszcze wrzucę uwagę o stronie graficznej –  umiejętności pani Kodamy naprawdę mnie zachwyciły. Przy czym kreska nie jest zawsze na równym poziomie, zdarzają się mniej udane czy wręcz krzywe rysunki w większości przypadków wychodzi jednak bardzo przyjemnie dla oka, szczególnie sylwetki wychodzą autorce świetnie. Ogólnie styl przywodzi mi na myśl josei’e – pewna chaotyczność i uproszczenia, zrezygnowanie z dużych oczu na rzecz bardziej realistycznych twarzy kojarzy mi się niezmiernie z tym gatunkiem („widownią”, tak, tak, używam uproszczeń). Choć na pierwszy rzut oka może on nie każdego zachwycić, ja jestem bardzo ukontentowana. W pierwszym tomie uświadczymy także krótki one-shot pod tytułem Pestek o kobiecie, której z domowej rośliny wyrasta młodzieniec – jak na bonusową historię zaskakująco przyjemna.

Kupić więc czy nie? Sama mam tylko jeden tom, by wydać decyzję – nie czytałam dalej, nie widziałam anime. Oczywiście, wszystko może później runąć w przepaść rozczarowania, ale bazując na samym początku oraz licznych, pozytywnych głosach czytelników zaznajomionych z całością, śmiem twierdzić, że sięgnąć warto. Na pewno zachwyceni powinni być fani josei’ów i obyczajówek. Inni czytelnicy mogą dla pewności zaznajomić się z anime lub początkiem, ja z mojej strony mogę tylko zachęcać do przyjrzenia się serii, bo w swoim gatunku zapowiada się na naprawdę solidny tytuł, oryginalny poprzez świetne użycie gwary w polskim wydaniu (nie bójcie się jej!) oraz bardzo przyjemnej kresce. Ja na pewno wyczekuję teraz na kontynuację, bo to recht gryfno opowiastka je :)

~Darya

Advertisements

21 komentarzy do “Pierwyj to sie muzykowało, czyli Wzgórze Apolla, tom pierwszy.

    • (Wydawało mi się, że odpisywałąm na ten komentarz… xD)
      Co do delikatności, to polecam jeszcze mangę Honey & Clover, IMO ma bardzo podobny klimat :)
      A czemu masz do anime mieszane uczucia?
      I zawsze cieszę się jak kogoś zachęcę do dobrej serii ^^

      Lubię to

  1. Nie widziałam anime, ale miałam brać mangę na 100%. Tylko jak usłyszałam o gwarze to mnie to zniechęciło… Ale czytając, że nie jest tak źle, pocieszasz mnie i uspokajasz ;P Więc pewnie i tak kupię :)

    Polubione przez 1 osoba

  2. Oglądałam właśnie anime i niemożliwie oczarowały mnie dźwięki muzyki jazzowej, zastanawiałam się, czy w mandze została uchwycona magia ich prób i czar, jaki wyczuwałam, gdy razem grali. ;) Chętnie poznałabym rozwiązanie gwarowe, a anime średnio mi się to podobało. Może tu byłoby lepiej. ;)

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Anime nie oglądałam, ale mangę kupiłam i muszę przyznać, że Wzgórze Apolla mnie oczarowało. Kupowałam całkowicie w ciemno (słyszałam tylko że dobre) i nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Będę na 100% kontynuować bo zapowiada się na naprawdę dobrą serię. (a ten dodatek był świetny) :D.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Na razie zabrałam się za anime, jednak mangę też mam w planach, a każda kolejna pozytywna opinia sprawia, że chciałabym czym prędzej dorwać pierwszy tom w swoje ręce. Poza tym jestem ciekawa, jak wiele zrozumiem z tej gwary (takie małe wyzwanie :D). :3

    Lubię to

  5. …co ludziom w gwarze nie pasuje? :c No e no. Toż to czysta rozrywka musi być.

    A skąd tak właściwie tytuł? Znaczy, okej, Apollo, muzyka, widzę powiązanie, ale jest to jakoś poruszone, czy czytelnik ma sam zgadywać co dokładnie autor miał na myśli (i czy niebieskie firanki są niebieskie)?

    Lubię to

    • Gwarę się ciężej czyta ponoć ;P Ale warto próbować, bo jak pisałam, efekt wychodzi świetny :D
      Wzgórze raczej jest do interpretacji własnej, ale pierwszy tom zaczyna się od strony, gdzie bohater narzeka, że nowa szkoła znajduje się na wzgórzu i teraz będzie musiał codziennie się na nie wdrapywać. Dwa rozdziały później zauważa, że jego nowy kolega biega po nim radośnie i nie jest ono dla niego problemem. Wstępnie wiem strzelać, że ma to być nawiązanie do życia jako takiego, ewentualnie celu i że niektórzy pokonują je męcząc się a niektórzy czerpią radość z wchodzenia do góry… Jeśli wiesz o co mi chodzi xD Ale zobaczymy na koniec historii.

      Lubię to

  6. Mangi nie czytałam, ale widzę dużo pozytywnych opinii o niej i coraz bardziej mam ochotę się skusić. A stylizacja na gwarę to dodatkowy plus przemawiający za kupnem. Sama liznęłam troszku tematu przy okazji licencjatu, do tego mam słabość do gwar (może dlatego, ze sama żadną nie mówię, a chciałabym), więc no… czytałabym :)
    OST cudny, taki klimatyczny, świetnie się sprawdzi na nadchodzące jesienne wieczory (i znów zakochuję się w ścieżce dźwiękowej do anime, którego nie oglądałam :) ).

    Lubię to

    • Kuuup, joseie są super i ten na razie zapowiada się świetnie :D (gdzie JPF płacący mi za reklamę?!).
      Ha, też tak ostatnio mam z OSTami – fakt, że Wiedźmin 3 nie chodzi na moim kompie rekompensuje sobie właśnie ścieżką dźwiękową xD A z tego OSTa szczególnie urzekło „My favourite things” z tym ślicznym engriszem :D Strasznie mnie kusi, by zerknąć na anime, ale nie chcę sobie spoilerować mangi D: Dylematy pierwszego świata…

      Lubię to

      • „Kup” – mówi Darya. „Nie kupuj” – mówi wypłata. I kogo ja mam słuchać?
        Dylematy oglądać czy najpierw przeczytać też znam, są one szczególnie bolesne przy bardziej popularnych seriach, odnośnie których ubzdurałam sobie, że pierwsze przeczytam oryginał (czyli wydaną w Polsce mangę), a dopiero potem przyjdzie kolej na anime. I z takiego wydumanego powodu trwam w nieznajomości kilku dobrze ocenianych serii, i tylko czasem nachodzi mnie myśl, żeby jednak zdecydować się na oglądanie, bo za chwilę za stara będę na takie bajki i stracę całą frajdę z ich poznawania.
        OST z Wiedźmina dobry? Bo w zasadzie słyszałam tylko „Pieśń Priscilli”. Będę musiała poszukać :)

        Lubię to

        • Mogę tylko polecić, by przełamać się i czasem dać szansę anime – często ekranizacje ucinają i zmieniają, tak, że przy czytaniu i tak ma się frajdę i zaskoczenia :)
          Ja słucham czasami takich OSTów jak Wiedźmin gdy piszę, bo przy nich dobrze się skupia – Wiedźmin bardzo przyjemny jest.
          Ps. Kup! Na Gildii chyba wciąż jest na Wzgórze promocja :P

          Polubione przez 1 osoba

  7. Hm, jakoś tak do tego tytułu podchodzę jak do jeża. Może gdyby było bardziej o muzyce, to by mnie przekonało, bo akurat jestem blisko z muzykami jazzowymi. ^^ Zastanawia mnie tylko czemu w mangach gwarę kansaiską przekłada się zwykle na śląską? Że niby takie Kaszuby to co, Hokkaido? A tak w ogóle z josei to marzy mi się po polsku Nana. ^^

    Lubię to

    • Może w takim razie warto przyjrzeć się anime? OST mi osobiście naprawdę przypadł do gustu. Akurat w Polsce jest ten problem, że za bardzo innych sensownych gwar nie ma – kaszubski jednak na tyle różni się od polskiego, że trudniej go zrozumieć, dodatkowo więcej jest Ślązaków niż Kaszubów i łatwiej znaleźć kogoś do korekty kto tę gadkę zna. Można by się ewentualnie bawić w góralski, ale IMO dziwnie by wyglądało gdyby mówiły nim postacie nie będące z gór xD
      Jeśli chodzi o Nanę, to wszystkie wydawnictwa są zgodne, że nie ma na nią szans :< Dlatego nawet już nie marzę o nim i raczej pokładam swoje nadzieje w Nodame Cantabile (tutaj też minimalne, ale jednak jakieś możliwości są) czy Kuragehime. Ale naprawdę wybredna nie jestem xD

      Lubię to

      • Heh, może i faktycznie śląski jest najbardziej sensowny, ale mnie osobiście najbardziej podoba się gwara poznańska. ^^ Taa, wiem, że na wiele perełek nie ma szans w Polsce, ale pomarzyć dobra rzecz, np. o takim Beck, Blame! czy Gantz.

        Lubię to

  8. Ja już anime baaardzo lubiłam, a ktoś mi podszepnął, że manga kończy się nawet fajniej. I aż serce rośnie jak się czyta opinie „nowych” w temacie Wzgórza, bo taka radość, że komuś też się spodobało w Trzeba się cieszyć z josei, tak mało na rynku. (i kreskę wielbię, i wszystko, więc zamiast pisać długi komentarz to zamilknę do kolejnej notki ;)

    Lubię to

    • Aww, znam to uczucie radości, gdy ktoś zaczyna lubić, coś co lubimy my :”D A długie komentarze są bardzo spoko, szczególnie jak mają dotyczyć jojczenia na to, że josei’ów tak mało, gdy to tak niezawodnie dobry gatunek C:

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s