Bajka jedyna w swoim rodzaju, czyli Niucon 7

Czas: 7-9 sierpnia 2015

Miejsce: Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu

Konwencja: „Konwent jak z bajki”

Niucon. Ten konkretny konwent tworzący własną – niestety negatywną – legendę. Kojarzony jest bowiem z wielogodzinnymi kolejkami oraz powszechnym bajzlem organizacyjnym. To już moja piąta wizyta na tej impreza i nie zaprzeczę, zawsze jest na co narzekać (wyjątkiem była jedynie edycja grudniowa, dużo mniejsza od letnich odpowiedników). Ja jednak irracjonalnie darzę Niucony przeogromną sympatią, choć od razu podkreślam, że jako mieszkanka Wrocławia, byłam w uprzywilejowanej sytuacji. Ogólnie, w tym roku było jak zawsze – chaos, zniszczenie, kilometry hejtów i masa dobrej zabawy.

Możecie mówić o Niuconie co chcecie, ale marketing ma znakomity. Już przez całą wiosnę byliśmy zasypywani informacjami, strona działała sprawnie, nawet w gazecie wychodzącej tylko w województwie opolskim mój tato odkrył zaproszenie na Dolny Śląsk. a na każdym innym konwencie w pewnym momencie można było natknąć się na charakterystyczne logo imprezy. Na Animatsuri zorganizowano nawet specjalną salę niuconową dla atrakcji prowadzonym przez wrocławską ekipę (wciąż nie jestem pewna jak to się stało, że sama też byłam gościnnie członkiem tej załogi). Za konwencję przyjęto motywy bajkowe i widać to było nie tylko w materiałach promocyjnych, ale i w nazwach sal czy cosplay’ach uczestników. Problemem okazały się panele – prawie do końca większości punktów programu nie umieszczono na stronie, a rozpiska godzinowa ukazała się później niż ją zapowiadano.

Źródło zdjęcia: dolnoslaskie.naszemiasto.pl

Jednak przyjeżdżamy już na sam konwent. Piątek, godzina 11.00, temperatura znacząco za wysoka. Machamy do znajomej na końcu kolejki i mijamy długi, długi rząd osób od których bije mordercza aura. Plotki mówią, że pierwsi konwentowicze pojawili się około 6.00, a wpuszczanie zaczęto o 10.00. O 14.00 po kolejce nie widać już ani śladu (w zeszłym roku było pod tym względem znacznie gorzej), ale tradycja została zachowana i trauma niuconowego kolejkonu udziela się kolejnym rzeszom mangowców. Ciekawostka: osoby z rezerwacją internetową czekały na akredytację dłużej niż te kupujące wejściówki na miejscu. Wracając jednak do tych szczęśliwych osób zgłaszających się na imprezę jako twórcy atrakcji: zostajemy wpuszczone od razu, bez najmniejszego problemu czy czekania.

Źródło zdjęcia: dolnoslaskie.naszemiasto.pl

Już na początku czeka nas quest godny najbardziej szalonych RPG – odnaleźć salę 212. Nasza przygodnie zebrana drużyna w postaci trzech osób chcących wziąć udział w wiedzówce z FMA, zaopatrzona w mapki konwentowe przez jakieś 20 minut błąka się po całym budynku, by ostatecznie z pomocą helperki dotrzeć do celu (prowadząca konkurs daje każdemu uczestnikowi w nagrodę punkt na start). Ogólnie rzecz biorąc mapka oraz oznaczenie dojścia do poszczególnych pomieszczeń, są wielką wadą imprezy i nawet jeśli dzięki oddalonym od siebie salom, nie czuć tłumu, to szukanie ich jest naprawdę męczące. Po przyjemnym, acz nieklimatyzowanym przypominaniu sobie szczegółów historii braci alchemików (yay, drugie miejsce!) idę ogarnąć stoiska i punkty za wiedzówkę, zostawiając prowadzącą wiedzówkę na jej kolejnej atrakcji, o muzyce klasycznej w anime. W tym miejscu należy zaznaczyć, że we wspomnianej sali 212 nie było ani włączonego komputera (dobrze, że przezornie zabrałyśmy laptop) ani kabla do projektora. Został on zamówiony o godzinie 12.00 (helperka, przy świadkach, dzwoniła wtedy do technicznego), ale dostarczono go dopiero 2,5 h później, czyli w połowie panelu wymagającego pokazania filmików, gdy ja sama poszłam do orgroomu i pobiegłam go następnie zanieść. Taka mała rzecz, a boli… Po ogarnięciu kryzysu, postanawiam zaszyć się na jakiś czas w gamesroomie planszówkowym (nieklimatyzowanym!), gdzie biorę udział w świetnym turnieju w Munchkinie, przechodząc nawet do finału, gdzie idzie mi już gorzej (całość wygrywa Shizuru. Masz fejmy, cieszysz się?). Słysząc, że panel o sezonówkach nie jest prowadzany zbyt ciekawie, następną godzinę spędzam znów wśród wystawców – i tutaj muszę powiedzieć, że wybór jest niezły. Choć nie ma Studia JG, pojawia się stoisko JPFu (rzadkość!), Waneko, Kotori i Ringo Ame. Wśród gadżeciarzy, oprócz znajomych twarzy, kilka naprawdę oryginalnych ofert – widać trochę propozycji dla fanów seriali i filmów, a także wiele małych sprzedawców oferujących np. mydła z rysunkami biszów (kusiło!).  Znajduje się też chwila by coś zjeść. Fajną sprawą są jedzeniodajnie oraz stoliki pod parasolami przed conplacem, gdzie za raczej dużą, ale nie wygórowaną, opłatą można zjeść frytki, kebaba, makaron czy napić się zimnej lemoniady. W piątek uczestniczę jeszcze w panelu o Gravity Falls/Wodogrzmotach Małych oraz spotkaniu z wydawnictwem Kotori. Obie odbywają się w IIc,  jednej z najlepszych sal do prelekcji jakie widziałam, w dodatku cudownie klimatyzowanej (ludzie autentycznie chadzają tam tylko po to, by się ochłodzić). Na GF jak zwykle fazy, choć tym razem dyskusja jest wybitnie szalona, a wnioski fascynujące (chyba rozgryźliśmy tajemnicę kozy!). Co do panelu Kotori – cudowność. Serio, nawet jak nie czujecie się targetem ich mang, idźcie, posłuchacie chwilę o rozmowach toczonych nad edycją yaoiców i nie będziecie mogli się podnieść ze śmiechu. Ogłoszono tam też dwie nowości – Konbini-kun oraz Nemureru Tsuki – a ja bawię się w korespondenta przekazując co ciekawsze informacje wrzucającej to wszystko na forum Waneko Dziabarze.

Źródło: Konwenty Południowe.

Tak, tak, teraz będzie ten akapit, w którym opowiem wam o szkole noclegowej. Przypominam, powód, dla którego tak dobrze wspominam ten konwent wiążę się w dużej mierze z tym, że wynajmuje we Wrocławiu pokój w mieszkaniu i wieczorem przyjeżdżamy po prostu ze znajomymi do mnie, umyć w cywilizowanych warunkach. O ile jednak ja jestem zdania, że starość nie radość, można by się było kimnąć we własnym łóżku, tak moje dwie towarzyszki upierają się jak Sasuke na zemstę, że na konwencie spać w domu to obciach. Robimy więc spacer z Krzyków w okolicę placu Strzegomskiego, gdzie znajduje się szkoła noclegowa. Dla niewtajemniczonych: Budynek Uniwersytetu Przyrodniczego dla uczestników otwarty jest jedynie do godziny 23.00, nocleg zostaje zaś zapewniony w odległej około 25 minut tramwajem (sic!) szkole. I tutaj zaczynają się największe problemy. Nie w tym rzecz, że trzeba gdzie indziej nocować, nawet odległość jakoś szłoby wybaczyć, szczególnie, że w wyznaczonych godzinach kursuje między budynkami konwentowy bus. Chaos organizacyjny jest okrutny. Ogólnie rzecz biorąc, zapewniony nocleg miały osoby rezerwujące wejściówki przez internet, twórcy atrakcji oraz pewna część osób kupująca bilety na miejscu. Było to mówione wcześniej, więc Ci, którzy się na to nie załapali, nie powinni mieć pretensji. Mogą jednak narzekać na coś innego – w noclegowni przez cały czas odbywają się atrakcje, panele czy ultrastar, na który już osoby bez gwiazdki (czyli specjalnego symbolu na idencie uprawniającycm do spania w szkole) nie mogą uczestniczyć, a o czym nigdzie nie było informacji. Słyszę też, że jeszcze na uniwersytecie trzeba było długo czekać na otworzenie szatni dla osób chcących zostawić bagaż. Ach, i prysznice… Nie widziałam ich, ale opowieści świadków, którzy po godzinnych kolejkach się do nich dopchały napawają przerażeniem. Nam się poszczęściło i nawet znajdujemy całkiem luźny sleeproom (szkoła jest pełna po brzegi, wliczając to korytarze), jednak wielu zapamiętuje problemy noclegowe jako największy minus konwentu (przykładowo historia ofiary szkoły konwentowej tutaj). Rankiem dziewczyny już nie marudzą i bez słowa protestu zgadzają się noc z soboty na niedzielę spędzić w domciu.

Źródło: Konwenty Południowe.

Dzień drugi rozpoczyna się wcześnie – już o 9.00 muszę być znowu na Uniwersytecie, by poprowadzić zgadywankę tytułów shoujo i josei. Po paru namowach przekonuję do uczestnictwa kilka drużyn składających się głównie z osób chcących doświadczyć dobrodziejstwa klimatyzacji sali IIc, a które same zdziwiły się ile serii odgadły (za łatwo im było, za rok robię wersję hardcorową!). Następny w kolejności to panel o Magi, gdzie głowimy się dlaczego ta manga ma taki nierówny poziom i czemu autorka oduczyła się rysować. Po nim znów czas na własną atrakcję, czyli współprowadzony konkurs na najlepsze opowiadanie. Nasi uczestniczy dostają kartkę z trzema hasłami (przykładowo „helper na Niuconie, mrówkojad, mech z kartonu”) i pół godziny na stworzenie dzieła, następnie czytanego przez nich publiczności. Teksty wychodzą tak cudowne, że nabieramy ochoty zrobić ten konkurs też na innych konwentach :) Szybko musimy jednak zrobić miejsca dla Waneko, przedstawiającego przez dwie godziny swoje zapowiedzi oraz ogłaszającego dwie ostatnie nowości z karnawału – Gangsta oraz light novel Utsuro no Hako to Zero no Maria (czekam bardzo, bardzo). To także panel, chętnie polecany przeze mnie dalej, anegdotki z branży zawsze są wyjątkowo zabawne. Widzę też, że był nagrywany, co daje nadzieje, że za niedługo będzie go można zobaczyć w internetach. Dzień kończę turniejem w planszówkę Splendor, chyba najważniejszą atrakcją na jaką czekałam. Było gorąco (dosłownie! Klimy wciąż brak! Takie coś naprawdę psuje radość z grania, nawet jak helprzy donoszą wodę), ledwo dajemy radę myśleć, ale jakoś udaje mi się dojść do finału, gdzie niestety znowu ląduje na końcu … Ale i tak, cieszę się, że zaszłam tak daleko i mogłam rozegrać tyle partii tej znakomitej gry :) Przed odjazdem nawiedzamy jeszcze sklepik konwentowy, budzący we mnie mieszane uczucia. Największy minus – otwarto go dopiero w sobotę koło 21 i wyobrażam sobie, że sporo osób po prostu nie zdążyło w nim wymienić punktów. Z drugiej strony, nagrody są naprawdę tanie, szczególnie mangi – niestety ograniczające się do raczej nieciekawych tytułów, choć może ktoś przebrał je przed nami. Ostatecznie wychodzę z pierwszym, angielskim tomikiem nieznanej mi manhwy Your Lover, dwoma numerami Otaku oraz całkiem ładną koszulką Niuconową.

Źródło: Konwenty Południowe.

Niedziela zaczyna się dla mnie małym dramatem – mój poziom niewyspania osiąga zatrważająco otępiający poziom, co kończy się spóźnieniem na własny panel. W trzecim dniu mam bowiem dwie następujące po sobie atrakcje: o Polsce w m&a oraz crossdresingu (nieszczęśliwie wydrukowanym w informatorze jako „crossover”). Na pierwszej zastaje pełną salę, na drugiej widownia się już znacznie wykrusza, ale gdy pytam się o inne przykłady omawianych przeze mnie tematów, chętnie padają tytuły. Załapuję się jeszcze na końcówkę panelu o D.Gray-Manie, ale czuję się trochę zawiedziona. Możliwe, że najciekawsze rzeczy omówiono już przed moim przyjściem, ale końcówka była mocno improwizowana i oparta raczej na fangirlowaniu niż fanowskich teoriach. Czas się jednak zbierać. Wychodząc, natrafiam jeszcze na znanego mi orga, który zapytany o to jak tam Niucon, z miną męczennika mówi tylko, że cieszy się, że to już koniec.

Przywieziona wyprawka.

Lubię Niucony, choć doskonale wiem, że problemy organizacyjne, to tutaj norma, pamiętam to choćby z zeszłego roku. Tym razem, miało być lepiej i w sumie można było mieć nadzieję. Znakomity marketing, dobra lokalizacja Uniwersytetu, naprawdę niezły plan atrakcji (wiem, to sprawa indywidualna, ale wybór był spory i różnorodny) oraz dobrzy goście. Niestety w praktyce wyszło gorzej. Oczywiście były zalety, choćby cosplay – odbywajacy się w klimatyzowanej auli z miejscami siedzacymi, streamowany także live do mniejszej sali i internetu – albo woda dostarczana na panele. Jednak więcej słychać o minusach, przede wszystkim związanych z wymienioną wyżej szkołą noclegową albo obsługą (w tym miejscu chciałam powiedzieć, że ochrona była dla mnie zawsze uprzejma i nie podzielam ich krytyki). Zanim jednak zniechęcicie się do imprezy, od razu mówię – za rok się nie odbędzie, bo niuconowa ekipa odpowiedzialna jest za blok mangowy na Polconie, goszczącym wtedy we Wrocławiu. A co się stanie na edycji za dwa lata… Kto to przewidzi? Ja dalej będę obdarzać Niucon, najgorszy konwent Polski, irracjonalną symapatią. Przynajmniej jest teraz co czytać na Hejted:Fandom.

~Darya

Advertisements

11 komentarzy do “Bajka jedyna w swoim rodzaju, czyli Niucon 7

  1. Niucon naprawdę jest najgorszym konwentem polski ? ;-;. Trochę słabo, że za rok nie będzie bo miałam ochotę się wybrać, ale coś czuję, że jak na pierwszy taki wypad to może być trochę zbyt hardcorowe XD. Wiesz może czy Love jest mniejszy ? Warunki „spaniowe” mnie przerażają, ale i tak chcę to przeżyć na własnej skórze :D.

    Lubię to

    • Żartuję, w konkurencji najgorszy konwent silni są jeszcze Porytkon (już się nie odbywa, ale pamiętamy!) oraz Krakon ;P Ale jak pisałam, ja Niucony i tak darzę ogromną sympatią :)
      Love jest mniejszy, ale zimowy, więc bardziej czuć ludzi, bo się nie rozłażą na dwór.Ogólnie konwenty polecam z całego serca, do ekstremalnych warunków spaniowych o dziwo całkiem szybko można się przyzwyczaić (nawet jak czasem chce się zamordować kogoś, kto się w środku nocy zaczne tłuc po sleeproomie :P).

      Lubię to

  2. Czytałam hejty na Hejted 8D ale ludzie plują jadem.

    Czemu niby nie spać w prywatnym domu na konwencie? :c czy noclegi nie są dodatkowo płatne? Pomijam fakt obcej wiary na głowie czy hałasu uniemożliwiającego sen, są ludzie którym to nie przeszkadza {mi akurat tak}.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s