Walkin’ Butterfly nie jest bajką o Kopciuszku

Leżały sobie te cztery tomy. Grzecznie zbierane od czasu, gdy na jakimś konwencie wygrałam pierwszą część, zapoznałam się i doszłam do wniosku, że resztę przeczytam za jednym zamachem i na koniec skrobnę reckę. No i tu jesteśmy. Przed chwilą skończyłam czytać jedną z pierwszych mang sprowadzonych do nas przez wydawnictwo Taiga – Walkin’ Butterfly. Bardzo mnie kusiło wrzucić do tytułu hasło Japan’s Next Top Model, ale to nie pasowałoby do klimatu historii. Owszem, manga opowiada o dziewczynie, chcącej zostać modelką, jednak to nie jest bajka o Kopciuszku, który w blasku reflektorów, po licznych dramatach i przeciwnościach losu, spełnia swoje marzenie. No dobra… Może trochę. Tylko, że bez patosu, pojawiającej się znikąd wróżki chrzestnej i całej bajkowej otoczki. To po prostu życiowa historia, ani nie przesłodzona ani nie przedramatyzowana – co stanowi największą zaletę tego josei’u.

Michiko nie ma złudzeń. Przez swój ponad przeciętny wzrost zawsze będzie ofiarą ostracyzmu społecznego. Nie może tego nadrobić ani zamożnością – jej matka prowadzi zwykły zakład fryzjerski, a ojciec zginął jak była mała – ani intelektem, nie skończyła bowiem liceum i utrzymuje się z prostych, często zmieniających się prac. Mając zaledwie 19 lat, wydaje się, że nic jej szarego życia już nie zmieni, chłopak w którym się podkochuje nigdy nie zauważy w niej kobietę, znajomi posiadający własne życie od niej odejdą a jej znienawidzone ciało już nie zmaleje. Jednak do zwykłości należą też zbiegi okoliczności. Dostarczając przesyłkę na pokaz mody, omyłkowo wzięto ją za zamiennika jednej z modelek, ubrano, umalowano i kazano wyjść na pokaz. Radość dziewczyny, która zamiast okazywać nerwy z chęcią przyjmuje zadanie, studzi jednak projektant strojów, rozpoznając w niej amatorkę nie doceniającą swojego zadania. Jego słowa sprawdzają się – Michiko wchodząc na scenę zjedzona przez tremę i przerażenie, gdy uświadamia sobie wzrok widowni oceniającej jej ciało. Ucieka w pokazowym stroju i uznaje całe zdarzenie za potwierdzenie tego, że nie jest nic warta… Wszakże, gdy wydawałoby się już, że teraz czeka nas ponura historia o zmaganiach się z depresją, dziewczyna podejmuje zgoła przełomową decyzję. Dochodząc do wniosku, że ma tylko jedno życie i jedno ciało, postanawia pokazać całemu światu, że ona na grecką tragedię się nie zgadza i potrafi zmienić swój los. Michiko ma zamiar zostać modelką i jeszcze raz wystąpić w pokazie mody, by udowodnić przede wszystkim sobie, że potrafi przełamać własne kompleksy. Tak zaczyna się historia dziewczyny, walczącej z oceniającą ją społeczeństwie poprzez stawieniu się swoim lękom. Stanowczo nie będzie to prosta droga – ale za to jej własna.

Zamiast skupiać się na interpretacji tytułu i motywu chodzącego motyla (zostawię wam jako pracę domową), wolę wspomnieć o Walkin’ Butterfly jako opozycji do klasycznej bajki o Kopciuszku – to co narysowała Chichiro Tamaki można uznać właśnie za antyhistorię tej baśni. Jest tu pracowite i (no, naciągnijmy) dobre dziewczę poszkodowane przez los, możliwość zdobycia sławy i bogactwa, a nawet książę. Tylko dobrej wróżki brak. I właśnie w tym tkwi największa zaleta serii. Wszystkim nam zdarzają się w życiu szczęśliwe przypadki – korzystna oferta pracy, możliwość wyjazdu, wyjątkowo miły prezent od dalekiego krewnego… Na szczęście można jednak albo czekać albo samemu wyjść mu naprzeciw. Michiko postanawia zrobić to drugie – i to wbrew odradzającego jej to otoczeniu i nie przychodzącym sukcesom. Wychodzi jednak z założenia, że jeśli jest choćby jednoprocentowa szansa, by jeszcze raz trafić na szczęśliwy przypadek, to musi sto razy spróbować. Jest to dość prosta nauka, jednak przez to, że jest przekazana niezwykle życiowo, nader silnie trafia do czytelnika. Bohaterka odnosi bardzo małe triumfy, właściwie moglibyśmy zgodzić się, że powinna spróbować z czymś innym. A jednak, brnie dalej, dochodząc do wniosku, że moda staje się czymś, co ją pasjonuje – i dla tej radości jest gotowa znieść szorstkość otoczenia, które, po dokładnym przypatrzeniu się, aż tak szorstkie nie jest. Zauważyć i docenić troskę u rodziny i przyjaciół też trzeba się nauczyć.

Walkin”Butterfly  nie jest najbardziej oryginalnym podejściem do tematu akceptacji siebie i znajdywania własnej drogi w życiu. Do samego prowadzenia fabuły mam kilka uwag. Po pierwsze, całość jest mimo wszystko dość krótka. Historię spokojnie można by rozbudować, dodając kilka postaci drugoplanowych i bardziej szczegółowo omawiając trening Michiko, potraktowany dość powierzchownie (no co, w końcu oglądało się swego czasu Germany’s Next Top Model – tam to dopiero był wycisk i dbanie o najmniejsze szczegóły). I choć można by rzucić, że wydłużając mangę otrzymalibyśmy kalkę z Skip Beat! (obie serie, zarysem fabularnym, naprawdę są podobne), to po zaledwie czterech tomach zostaje niedosyt. Dodatkowo, akcenty w ostatniej części, rozłożone są raczej nierówno – za szybko nastąpił punkt kulminacyjny, przez co reszta tomu wydawała się trochę nijaka. Mimo to, seria nadrabia klimatem. Jak już pisałam, rzadko zdarza mi się czytać coś tak cudownie życiowego. Choć jest sporo elementów komediowych i kadrów w stylu super deformed, gdy jest poważniej jest poważnie, a gdy smutniej to smutno. Ot, obyczajówka josei, przedstawiająca historię której wierzymy, że mogła się gdzieś zdarzyć. Ach, no i słówko o postaciach – Michiko jest cudowna. Naprawdę kupuję jej portret psychologiczny, dziewczyny o bardzo sensownych i dokuczliwych kompleksach, którą podziwiam za siłę woli, pracowitość i przeciwstawienie się losowi. W dodatku, przez swoją (nieprzesadzoną) niechlujność i poczucie humoru, nie jest nudna i chętnie śledzimy jej losy. Reszta postaci jakoś mnie nie ruszyła. Projektant mody, Mihara, wyszedł na mój gust trochę zbyt bucowato i choć jego historia mniej mnie interesowała niż protagonistki, pasował do serii  i raczej będzie mieć swoich fanów. Jeszcze tylko pochwalę postać matki – nie dość, że rodzicielka jest obecna w serii i wpływa na życie bohaterki, to ich relacje można określić jako „kochają się, ale niekoniecznie lubią”. To taka miła odmiana, raczej niespotykana w tytułach skierowanych dla młodszego czytelnika.

Walkin Butterfly jest pierwszą wydaną w tomikach historią Chihiro Tamaki. Seria ma jakoś pecha – najpierw magazyn, w którym się początkowo ukazywała, anulowała ją po trzech rozdziałach, potem, amerykański wydawca zawiesił mangę przed finałowym tomem (ukazał się kilka lat później w wersji cyfrowej). Choć trzeba też dodać, że tytuł doczekał się własnej, 11-odcinkowej dramy. Wspominając o kresce – jej przykłady macie w ilustracjach i możliwe, że was nie zachwycą. Mi się wydawało, że nie polubię tego niedbałego, szkicowatego stylu, ale gdzieś pod koniec pierwszego tomu byłam już przekonana, że inna oprawa po prostu nie pasowałaby do tego typu historii. Kreska dobrze oddaje emocje bohaterów i tworzy spójną stylistykę.

Taiga, zaryzykowała i sprowadziła na wrzesień 2013 roku serię nad Wisłę, jako swój trzeci tytuł. Tutaj będzie chwila pochwał dla tego malutkiego, ale fascynującego wydawnictwa. Samo wydanie jest bez zarzutów, tłumaczenie było przyzwoite, obwoluty ładne, onomatopeje wyczyszczone, a w środku znajdzie się nawet kolorowa strona. Szczególne gratulację muszę jednak złożyć działowi marketingu – naprawdę, to niesamowite, że mangi Taigi można znaleźć właściwie wszędzie (mówię tu przede wszystkim o internetowych księgarniach) i często w rewelacyjnych promocjach. Dodatkowo, świetnym pomysłem było zamieszczenie na końcu trzeciego tomu wywiadu z polską modelką, Alexandrą Łuczak, mieszkającą obecnie w Tokio – bardzo na temat i ładnie poprowadzone. Wciąż nie wiem skąd to wydawnictwo się urwało, ale to co robi, robi dobrze i jestem im za to niezmiernie wdzięczna.

Tomy wyglądają na półce świetne – serio, ile można mieć, nudnych, białych mang na widoku?

Wracając jeszcze raz, na koniec, do samej serii i pytania – kupić czy nie kupić? Tutaj już warto zastanowić się nad własnymi preferencjami. Tytuł, jako josei, w zamyśle jest skierowany dla młodych kobiet i nie ma co nie zgadzać się z taką grupą odbiorców. Zachwyceni będą wielbiciele obyczajówek, bo to obyczaj pełną gębą. Przy czym ostrzegam, to nie jest oryginalna, łamiąca schematy historia. Nie jest też najlepsza w swoim gatunku i raczej nie zmieni waszego światopoglądu. Ale po jej przeczytaniu czułam się po prostu dobrze, a co więcej, zmotywowania do działania. Bo to właśnie taka lektura, która sprawia, że chce coś zrobić i jakby odrobinkę mniej boi się o przyszłość. Warto czasami dać sobie przypomnieć, że możemy sami decydować o swoim losie – i dlatego serię polecam. Bo każdy z nas może być swoją własną wróżką chrzestną.

~Darya

Ps. Widziałam w innych recenzjach porównania serii do Paradise Kiss. Może to dlatego, że dawno tej mangi nie miałam w ręku, ale z tego co pamiętam, oprócz motywu modelingu oraz byciu josei’em raczej i prowadzenie fabuły i klimat się różniły. No chyba, że źle pamiętam? Mi ta seria znacznie bardziej przypomina krótkiego i prawdopodobnego Skip Beata!

Ps. 2 Germany’s Next Top Model to naprawdę cudowne guilty pleasure :) Stanowczo lepsze od wersji polskiej, ale równie odmóżdżające.

Advertisements

16 komentarzy do “Walkin’ Butterfly nie jest bajką o Kopciuszku

  1. A ja lubię taką dziwną, kanciatą kreskę ;) Tytuł bardzo mi się podobał, przyciągnęły mnie do niego świetne okładki (super kolory i nietuzinkowy układ), poza tym tak mało mamy joseiów na rynku, że staram się wspierać ten nurt u nas. Szkoda, że oprócz WB żaden inny tytuł od Taigi mnie nie zainteresował.

    Lubię to

    • Nu, mi przyzwyczajenie do kreski chwilę zabrało, ale ostatecznie naprawdę mi do niego pasuje – jednak chyba w topce ulubionych stylów bym jej nie dała xD
      O, tak okładki też mi się podobają :3 Szczególnie pierwsza, gdy bohaterka tak wyzywająco patrzy robi wrażenie.
      No właśnie też uwielbiam josei, ale jakoś tej Taigi tak nie wspieram jak chyba powinnam D: Dostałam kiedyś do większego zamówienia „Strażniczkę Orelionu”, ale akurat ta seria jest raczej słaba… Mimo to, kibicuje Taidze bardzo mocno, a z innych wydawnictw szykuje się na Wzgórze Appolona :D

      Lubię to

  2. Kreska z początku nie robi najlepszego wrażenia, ale wkrótce okazuje się, że świetnie do tej historii pasuje. Bardzo miło tę mangę wspominam, choć ostatni tom wydawał mi się w niektórych momentach przesłodzony. No i spodobał mi się pomysł z kadrami mangi umieszczonymi na okładkach. :3

    Lubię to

    • No zgadzam się zupełnie :D A co do tych kadrów, to chyba dopiero przy czwartym tomie je zauważyłam x”D W sumie najbardziej lubię jak pod okładką są jakieś komiksy albo inksze dowcipy (jak przy Pandorze czy Silver Spoonie).

      Lubię to

  3. Dobrze wspominam tą mangę, mimo że jak większość, sceptycznie podchodziłam do tejże tematyki. Już po pierwszym tomie byłam „kupiona”, więc z dozą niecierpliwości czekałam na kolejne tomy. Dla mnie manga ma jeden rażący minus: zbyt nagły i za szybki punkt kulminacyjny. Jakoś to gryzło się, przynajmniej w moim odczuciu. Niemniej tytuł fajny, ale taki „na raz” (:
    PS. Mnie też skojarzył się ze Skip Beat.
    PS 2 A tytułu jakoś nie mogę rozkminić :D

    Lubię to

    • Ja tam do tematyki podchodziłam z otwartymi ramionami :D Serio, za dużo Germany’s Next Top Model 8D Nu, trochę za szybko to wszystko poszło ;/ Kilka tomów więcej, serio D:
      PS.2 – już nie chciałam się nad tym rozwodzić, bo wszystkie recenzje o tym mówią, ale jak chcesz :D Motyl to oczywiście metafora na dorastanie bohaterki, która z brzydkiej gąsienicy na początku wyrasta na motyla, kogoś spełnionego, szczęśliwego i znającego już siebie. Walkin z jednej strony odnosi się do samego zawodu modelek, które chodzą po wybiegu, a z drugiej można interpretować na to, że Michiko ma ciężką karierę, nie daje rady „latać” (jak inne modelki, które bardziej się do tej pracy nadają), tylko krok po kroku idzie po swoje, bez skrótów. Tak ja to przynajmniej rozumiem.

      Lubię to

  4. Jakoś od początku nie byłam szczególnie przekonana do tej mangi, bo modelki naprawdę mnie nie kręcą… ale jakoś tak zachęcająca twoja recenzja. I obyczajówka z tego niezła, mówisz…? Huh… mam teraz dylemat przez ciebie :(

    Lubię to

    • Jak się lubi obyczajówki to na pewno warto zerknąć :) Chyba najlepiej będzie przejrzeć pierwszy tom i sprawdzić czy zaciekawi. Jak pisałam, taigowe mango można znaleźć w naprawdę niezłych promocjach, więc można spróbować.

      Lubię to

  5. A BY CIĘ CHUDY BYK
    Właśnie chciałam pisać tego reckę D: Bo jeszcze nie napisałam żadnej o mandze na bloga, to chciałam zacząć od tego D: Nawet odkopałam swój tekst z Ari na podstawie pierwszego tomu, żeby go niejako podsumować po czasie D: I po prostu bardzo lubię Baterflaja D: Teraz będę musiała sięgnąć po inny tytuł, bo takie opisywanie tego samego starszego tytułu to faux pas D:
    Ale przydałoby się chyba gdyby ktoś Ci ten tekst przeczytał albo odleżał chociaż, bo masz parę błędów gramatycznych w akapicie o fabule i troszkę mylisz imiona ;)
    A ja jednak polubiłam Miharę (co mnie też dziwi, zazwyczaj nie lubię postaci zbyt podobnych do mnie) i wątek romansowy był taki fajny, że aż się rumieniłam jak pensjonarka przy tym ostatnim tomie :) Bardzo lubię taką lekką, szkicową kreskę, jestem też wdzięczna autorce, że nie było przesadnej dramy, jakichś prób gwałtu, bitych dzieci i tak dalej, takie rzeczy trzeba robić z mocnym wyczuciem i czytać je tylko przy odpowiednim nastroju. Ja takiego nie miałam przy serii Deep Love i bardzo mnie zryła :|
    A z ParaKissem to po prostu też dość krótka i zwięzła, obyczajowo-komediowa seria o zwyczajnej dziewczynie, którą wyróżnia tylko nieprzeciętny wzrost, zaczynającej karierę w świecie modelingu. To porównanie mi o tyle pasuje, że Yukari jest kompletnym przeciwieństwem Michiko, cicha, grzeczna, nie wybija się i realizuje swoje obowiązki wobec społeczeństwa oraz ambicje matki. Ale fakt, obie mangi są o zupełnie czym innym, bo ParaKiss to romans, a Michiko walczy o swoje miejsce i niezależność – zajęło mi trochę zanim zrozumiałam i doceniłam jej ostatnią decyzję, tę na samym końcu, mega :D

    Lubię to

    • JA NIEWINNA.
      Ej, serio, pisałam Ci nawet ostatnio w jakimś komciu, że myślę o zrecenzowaniu WB. Sumienie mam czyste, dałam ostrzeżenie, idź sobie znajdź własne mango! (Ew. zawsze można napisać kontrpost udowadniający, że się nie znam i seria o czymś kompletnie innym :”D).
      No, właśnie dostałam już listę błędów po fakcie, ale nie miałam czasu ich od razu poprawić. Ech, człowiekowi już się wydaje, że tym razem wszystko wyłapał, ale nigdy nie ma tak dobrze :|
      A w sumie mnie wątek romansowy, aż tak nie zaciekawił, choć nie zaprzeczę, że nie był zły – jeden tom więcej na rozwój postaci i byłoby idealnie :) Ale cieszy mnie sposób w jaki rozegrali wątek sempaja. Takie miłe to byłe.
      ANI SŁOWA O DEEP LOVE. Czytałam to cholerstwo. Widziałam, że znajome na MALu dały temu po dyszce, to się zaciekawiłam. Nigdy więcej, kurna. NIGDY,
      Mam ochotę powtórzyć ParaKissa… (szczególnie, że nie tak dawno doczytałam Nanę i może to zagoi ranę nazywającą sie „zatrzymali się w samym środku wszystkiego i kontynuacji nie widać”). Ale dobrze wypunktowałaś podobieństwa :)

      Lubię to

      • To moooże w takim razie rozmowa z Tobą zasugerowała mi, że fajnie by było walnąć reckę tego, wiesz, jak czasem słyszysz fajne hasełko gdzieś i potem powtarzasz je w innym gronie i nie zaznaczasz, że to ktoś inny wymyślił, tylko tak bardziej podświadomie? Może więc zacznę od Ristorante Paradiso, wczoraj zaczęłam je czytać i to pierwszy raz, gdy coś, co każualowo zaczęłam legitnie mi się przyśniło, creepy >.>
        Nie napiszę kontrposta bo poza drobnymi szczegółami się zgadzam D:
        Ja to bym ParaKissa wreszcie obejrzała, słyszałam, że animo było dobre. I Gokinjo Monogatari też, w końcu ParaKiss był tylko spin-offem :)

        Lubię to

        • Ristoranto czytałam, ale kawał czasu temu i już ledwo pamiętam co tam się działo xD Kreska była dziwna, to na pewno, ale historia kojarzy mi się dobrze. Chętnie przeczytałabym reckę :D

          Rzadko oglądam animce na podstawie mang, które już czytałam, ale w sumie to całkiem niezły pomysł, dzięki za podsunięcie :D

          Lubię to

  6. Sesja, więc się nagle pisze? c:

    Te tomiki tak rosnąco grubością są, fajnie to wygląda. „Bo każdy z nas może być swoją własną wróżką chrzestną” wow, deep.

    Fragment z rodzicami… kurka, powtórzę się po raz kolejny, nie jestem mangowo oczytana, ale nawet w książkach zbyt często rodzice są albo umarci {najłatwiej!}, albo… no właśnie, nie mają wpływu. Miło, że odmiana. Może powinnam zacząć inne tytuły czytać.

    Lubię to

    • Dzięki sesji wpadłam na kilka fajnych pomysłów na notki – nic lepiej nie wpływa na wenę niż wizja referatów do napisania C:

      Jasne, że deep. Na coś się te wyższe wykształcenie zdobywa, nie? (Kij, że w naukach ekonomicznych).

      Niedawno czytałam tekst o matkach w komiksach marvelowsko-dcowskich i z tego co widziałam to tam jeszcze większa bieda w tej kwestii niż w mango xD A dobre family feelsy są po prostu dobre ;u;
      Czytaj, czytaj, im bardziej się poszerza horyzonty tym lepiej :”D

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s