Smutno mi, Księżycu, czyli Księżniczka Kaguya i jej historia

W ramach przedoscarowego, obowiązkowego oglądania wszystkiego co nominowane, postanowiłam w pierwszej kolejności zaliczyć filmy animowane. A mając do nadrobienia film studia Ghibi, po prostu nie mówi się „później”. Sprawa okazała się trochę bardziej skomplikowana niż mi się wydawało, bowiem Legenda Księśniczki Kaguyi (Kaguya-hime no Monogatari) zaskakuje nie tylko nietypową oprawą wizualną, ale zostawiła mnie także z dość skomplikowanymi odczuciami wobec całego filmu. Przejrzawszy jakąś szaloną liczbę recenzji i komentarzy, uporządkowałam trochę swoje przemyślenia i oddaje w waszą stronę małą recenzyjkę, by osłodzić trochę czekanie na nadchodzące rozdania nagród – w tym Annie i Oscary, do których Kaguya została nominowana.

Historia jest ekranizacją starej, japońskiej legendy opowiadającej o zbieraczu bambusu, który przy pracy znajduje malutką dziewczynkę, przypominającą naszą Calineczkę. Uznając zdarzenie za cud zesłany przez bogów, wraz z żoną przygarnia dziecko  i wychowuje je jak własne. Choć dorasta ono szybciej niż zwykli ludzie i wyróżnia się nieziemskim pięknem, w duchu, nie różni się od innych dziewczynek – lubi bawić się z przyjaciółmi, pomaga rodzicom w pracy, powoli uczy się życia i odkrywa świat. Błogie dzieciństwie kończy się, gdy jej ojciec znajduje w bambusie złoto i drogocenne materiały na kimono, interpretując to jako znak od niebos chcących, by zrobił z przybranej córki prawdziwą księżniczkę. Pragnąc dla niej tylko najlepszego, rodzina przeprowadza się do stolicy, gdzie dołączają do życia arystokracji, a podopieczną poddają szkoleniu, mającą zamienić ją z nieokiełznanej, wiejskiej dziewuchy w prawdziwą damę.

Księżniczka Kaguya, to najprawdopodobniej ostatni  film Isao Takahaty, wypuszczony 25 lat po jego pierwszej produkcji dla Studia Ghibi  – Grobowca Świetlików – i 14 lat po ostatnim, wyreżyserowanym przezeń filmie, czyli Rodzinie Yamadów. O ile Kaguya wychwalana jest przez wszystkich recenzentów jako arcydzieło, ominął ją na razie wielki rozgłos na Zachodzie, spowodowany zapewne nikłą dystrybucją poza Japonią. Wydaje się, że miała w tym udział bardzo japońskocentryczna tematyka filmu, a także eksperymentalna forma graficzna (a może trzeba się tego doszukiwać w tym, że w 2013 skupiono się na Zrywa się Wiatr ostatnim filmie, jednak popularniejszego, Mizayakiego). Jak na razie, produkcja, dostała jedynie nagrodę japońskiego dziennika Mainichi za najlepszy film animowany, ale obowiązkowa nominacja dla reprezentanta studia Ghibi do tegorocznych Oscarów, pewnie sprawi, że większa rzesza widzów okaże swoje zainteresowanie. Dodajmy jeszcze, że film w weekend swojej premiery zarobił w Japonii 10 mln zł (dla porównania – Zrywa się Wiatr wystartowało zarabiając 25 mln zł) i najważniejsze dane mamy w komplecie. Zostało tylko wytłumaczyć wam na czym polega wybitność tego dzieła i najtrudniejsze, czyli przedstawić własne stanowisko wobec filmu…

Fabuła filmu, jak już było powiedziane, opiera się na japońskiej legendzie (z którą można zapoznać się na Wikipedii, przy czym warto pamiętać, że w obiegu istnieje kilka wersji) i praktycznie przez cały czas wiernie jej się trzyma, kładąc jednak szczególny akcent na, możnaby rzec, kwestiach drugorzędnych. Jak to z wybitnymi dziełami bywa, stwarzają one wiele możliwości interpretacji i pod tym względem Kaguya spełnia się naprawdę dobrze. Najważniejszym elementem filmu jest historia młodej bohaterki, która po wyrwaniu z zaufanego środowiska musi radzić sobie z całkiem nowym życiem, okazującym się z czasem coraz bardziej różnym od tego czego pragnie. Właśnie ten element utraconego dzieciństwa staje się wątkiem przewodnim serii. Najwyraźniejsze elementy oryginalnej legendy – jak zadania wyznaczone potencjalnym narzeczonym – są prowadzone tutaj na drugim planie, a szczególna uwaga skupiona jest na codzienności bohaterki. Ogólnie rzecz biorąc, fabuła prowadzona jest w niezwykle wolny sposób, skupiając się często na z pozoru błahych, a nawet dla niektórych nudnych, czynnościach. Widzimy też, że, wydawałoby się, tak oklepany schemat jak trening zwykłego dotąd dziecka na arystokratę można zawsze przedstawić w nowy, interesujący sposób – w tym przypadku wręcz depresyjny. Cały film jest bowiem, nie tyle melancholijny, a po prostu przygnębiający, co może być dla niektórych męczące, szczególnie, że trwa ponad dwie godziny (jest najdłuższym filmem studia Ghibi). I choć cała fabuła skonstruowana jest przemyślanie i tworzy spójną całość, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ma pewne problemy z tempem: pierwsza część trochę za bardzo się ciągnie, a końcowy plot-twist (powiem tylko „księżyc”) dla osoby nieobeznanej z legendą wydaje się zbyt niespodziewany, nie zapowiedziany wcześniejszymi wskazówkami, co może wprowadzić w lekką konsternację.

Jeśli chodzi o bohaterów, to oczywiście najważniejsze miejsce zajmuje sama Kaguya. Jak na postać, której losy są centralną osią fabuły, w sumie dość trudno wyrazić mi jakąś jednoznaczną opinię o na jej temat, choć wydaje zaplanowanym zabiegiem. Dziewczyna przez cały czas jest posłuszna woli otoczenia i z czasem zmuszona jest coraz bardziej spychać na boczny tor swoje prawdziwe uczucia, stając się niejako obserwatorem, a nie uczestnikiem swojego życia. Oczywiście nie znaczy to, że nie będzie walczyć z taką sytuacją, bardziej lub mniej stanowczymi środkami (patrz, wątek kandydatów na męża). Cały czas nie wiadomo jednak do jakiego finału doprowadzi nas historia i czy Kaguya ostatecznie podda się czy zmieni swój los. Jej rozwój, jest moim zdaniem przestawiony wzorowo. Bohaterka zmienia się stopniowo i możliwość obserwowania jej naturalnej ewolucji jest na pewno jednym z ciekawszych elementów filmu. Także drugi plan przedstawia się nie najgorzej, choć raczej ubogo – oprócz Kaguyi, film nie zagłębia się w psychikę żadnych innych postaci. Muszę w tym miejscu napisać, że uwielbiam rodziców dziewczyny. Choć chcąc jedynie najlepszego dla córki, sprowadzają na nią nieszczęście, ale i tak cały czas są przy niej i starają się wspierać. Fakt, że nie dostrzegają jak ich przybrane dziecko cierpi jest niezwykle smutny, ale również prawdziwy. Lubię też, że ojciec wprowadza szczyptę zbawiennego humoru do filmu. Ciekawie wyszedł przyjaciel z dzieciństwa Kaguyi, pojawiający się dokładnie na tyle ile trzeba. Dodatkowo, w jednej ze swoich ostatnich scen na tyle mnie zirytował, że miałam ochotę wyzwać go kilkoma bardziej dosadnymi epitetami (zawsze miło jak film dostarcza emocji :)).

Oczywiście muszę też napisać o animacji, bo to właśnie element najbardziej wyróżniający film. Jak widać po zamieszczonych w wpisie obrazkach, nie mamy tu do czynienia z czymś, co kojarzy nam się na dźwięk słowa „anime”, choć ten styl Takahata zastosował już w swoim poprzednim filmie – Rodzinie Yamadów. Cała oprawa graficzna utrzymana jest w formie prostych akwarelek, przypominających raczej storybord niż gotowy film. Będzie miejscami niestarannie, czasami bardzo uproszczenie… Ale przez to film staje się wyjątkowym przeżyciem. Bo nawet tak prostą formą można uzyskać niesamowite efekty oraz przepiękne ujęcia, nie mówiąc już o niepowtarzalnym klimacie. Co więcej, przez swój minimalizm animacja bardzo silnie oddziałuje na wyobraźnie, widz zmuszony jest bowiem dużo sobie dopowiadać (sama zauważyłam, że wracając pamięcią do części scen widzę je dużo bogatsze). Czy mam coś do zarzucenia tak odważnej decyzji artystycznej? Niestety, nie powstrzymam się przed uwagą, że o ile, owszem, koncepcja graficzna jest odświeżająca i bogata w cudowne ujęcia, przez dwie godziny można się nią zmęczyć. Tak więc, choć bardzo się ciesze, że mogłam zobaczyć tak zaanimowany film, mam nadzieję, że Ghibi w przyszłości zostanie przy swojej tradycyjnej, dla mnie jednak dużo bardziej fascynującej kresce. W tym miejscu muszę dodać jeszcze  jedną bardzo trafioną uwagę: przez to, że Kaguya odeszła od typowej dla współczesnych japońskich animacji kreski, a nawiązuje tak wyraźnie do tradycyjnej grafiki Wschodu, można je właśnie nazwać prawdziwym anime. Wspominając jeszcze słówko o muzyce – o ile przez większość filmu występuje pod dość delikatną formą, korzystając często z tradycyjnych japońskich instrumentów, przy ostatniej scenie nikt nie powinien mieć wątpliwości skąd nominacji w tej kategorii w tegorocznych Annie.

Kończąc moją recenzję, powiem, że mam z tym filmem ogromny problem. Choć tworzy spójną całość podążającą ku wyraźnemu morałowi i wyraźnie widać w nim jego baśniowy rodowód, wszem i wobec wszyscy są zgodni, że to arcydzieło, a rozkładając je na czynniki pierwsze, też przede wszystkim chwalę… Ale jakoś nie umiem podzielić wszechobecnego entuzjazmu. Choć film uważam za bardzo dobry i znalazłam w nim wiele fascynujących scen, nie powalił mnie na kolana. Główny mój zarzut można chyba ująć w tym, że ze swoimi dwoma godzinami całość jest przynajmniej o pół godziny za długa, a przez swój, w większości, przygnębiającym nastrój oraz wymagającą oprawę czyni to cały seans męczącym. Choć oczywiście warto było przez to przejść, choćby dla samej satysfakcji z tworzenia własnych interpretacji poszczególnych elementów i niektórych scen, nie zdeklasuje moich obecnych faworytów tego studia. Mimo to na pewno zachęcam do zapoznania się z filmem. Bo to kawał dobrego kina jest.

~Darya

Ps. Ale i tak wolę Zrywa się Wiatr. Nawet jak jestem w tej opinii osamotniona (i co mi zrobicie?).

Ps.2. W ten weekend rozdanie Annie! Chcecie notkę z komentarzami do wyników? W sumie i tak nie macie do gadania, bo nie mogłybyśmy się powstrzymać i tego nie opisać :D

Ps.3. Specjalnie dla Sof – film opowiada niby o Japończykach, ale nie zawiera żadnych innych reprezentacji rasowych, choć punktuje sobie możliwością bardzo feministycznej interpretacji i krytyką zamożpójścia. Jestem dobrym SJW?

Advertisements

8 komentarzy do “Smutno mi, Księżycu, czyli Księżniczka Kaguya i jej historia

  1. Droga autorko, kompletnie nie rozumiesz ducha Japonii i Japończyków.
    Dla nich im dłuższa opowieść tym lepsza, zachodniacy zaś oby szybciej (bo szybko żyją) po łebkach a jak nudne to reset.

    Lubię to

    • Wydaje mi się, że wytłumaczyłam odpowiednio dlaczego jako odbiorca zachodni nie odebrałam tego filmu zbyt entuzjastycznie. Przy czym nie odbieram mu wartości artystycznych i rozumiem, że dla wielu właśnie powolność i delikatność tej historii może być plusem. To co napisałaś na pewno jest racją, ale w tym przypadku po prostu do mnie nie trafiło.
      Pozdrawiam!

      Lubię to

    • Droga Mieko, jestem ciekawa, co to jest „duch Japonii i Japończyków” i jak można go zrozumieć. Na jakiej podstawie stwierdzasz, że Japończycy uważają długie opowieści za lepsze? W literaturze mamy do czynienia z bardzo krótkimi formami, nie zauważyłam, aby dłuższe opowieści były postrzegane za lepsze, są po prostu inne. Japończycy są też odbiorcą „zachodniaków” i lubują się w zachodnich filmach, nie przeszkadza im więc zapewne szybsze wątki. Porównywanie Księżniczki Kaguyi i podobnych artystycznych filmów z amerykańskimi blockbusterami jest absolutnie bezcelowe, bo obie te formy mają zupełnie inny cel, ekspresję i sposób opowiadania historii. Poza tym proste historie często są właśnie tymi najpiękniejszymi. Dodatkowo odwoływanie się do mitycznego „ducha Japonii i Japończyków”, traktując Księżniczkę Kayugę jako film reprezentatywny dla kultury japońskiej, jest sporym nadużyciem, tym bardziej, że w Japonii nie cieszy się on szczególną estymą.

      Lubię to

  2. Sesja? Długi film? Hm… może jak skończę oglądać rozwalanie świata bejsbolem i pochodne?
    Ale w sumie fajnie że przypominasz, pisałyście już o tym kiedyś, nawet chciałam ogarnąć o co idzie, ale mi zupełnie umknęło. Ech…
    No nic, na razie powiem że te obrazki które wstawiłaś mnie osobiście dość zachęcają. Może serio się skuszę.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s