Internetem i mieczem, czyli SAO trafia do Polski.

 

No, się zabierałam, zabierałam i tu prawie Nowy Rok. Święta już za nami, ale gdyby ktoś przeglądał poświąteczne wyprzedaże, to może przemyśli zakup prawie pierwszej light novel w Polsce? Wiem, że było Na skraju jutra, ale wyszło ono całkiem niezwiązanie z rynkiem mangowym. Chyba wszyscy już słyszeli, że Kotori (tak, ci od yaoi!) wydali Sword Art Online? Zakupiłam, przeczytałam, oceniłam. Trochę spoilerując, daje naprawdę dużo przyjemności.

Za betę odpowiedzialna była Masia C:

 

Sword Art Online, w wersji animowanej, zrobiło swego czasu zawrotną karierę, zawdzięczając to przede wszystkim znakomitemu pomysłowi na fabułę. W  niedalekiej przyszłości rozwój techniczny umożliwi tworzenie gier, pozwalających ludziom dosłownie przenieść się do innej rzeczywistości. Pierwszą z nich, Sword Art Online, już w dniu premiery nawiedza 10 000 spragnionych dobrej zabawy graczy. Sielankowa atmosfera zmienia się o 180 stopni, gdy okazuje się, że cała gra to tak naprawdę wielka pułapka, z której wycięto opcję „wyloguj się”, a śmierć równa się śmierci w prawdziwym świecie. Całą historie obserwuje z punktu widzenia Kirito – nastolatka, który szybko staje się jednym z najpotężniejszych wojowników w SAO, regularnie walczącym na pierwszym froncie, by wraz z innymi graczami, spełnić jedyny warunek pozwalający na wydostanie się z wirtualnego więzienia: przejść wszystkie poziomy i ukończyć grę.. W czasie zdobywaniu 74 poziomu poznaje się bliżej z Asuną, będącą nie tylko najpiękniejszą dziewczyną w SAO, ale także utalentowaną mistrzynią rapiera.

Nowelka jest pierwowzorem całej historii, znanej pewnie większości z wersji animowanej. Książka różni się w wielu miejscach od swojej adaptacji. Przede wszystkim pierwszy tom skupia się na Asunie i Kirito – inne dziewczęta pojawiają się dopiero w kontynuacji, jako historie poboczne. Początkowo autor, Reki Kawahara, publikował ją w Internecie, jednak popularność, jaką tam zyskała, skłoniła go nie tylko do wydania papierowego (gdyby ktoś był ciekaw – bez włączenia słynnego rozdziału 16,5, zawierającą dokładny opis pierwszej wspólnej nocy dwójki głównych bohaterów), ale także do napisania dalszych części. Na dzień dzisiejszy jest ich 15, a do tego kilka historii pobocznych. Międzynarodowy sukces doprowadził  w kwietniu tego roku do wydania amerykańskiego, a teraz i polskiego. Nie licząc Na skraju jutra (wyd. Galeria Książki), można powiedzieć, że doczekaliśmy się. Pierwsza w kraju light novel – czyli lekka japońska powieść, zwykle wielotomowa i ilustrowana rysunkami w tak zwanym stylu mangowym.

Jak prezentuje się wydanie Kotori? Przede wszystkim: ładnie. Książeczka jest nieduża, z skrzydełkami. Wewnątrz zawiera kilka kolorowych ilustracji na samym początku oraz parę biało-czarnych w środku. Błędów drukarskich nie znaleziono, wszystko prezentuje się schludnie, powiedziałabym jedynie, że czcionka mogłaby być o numer większa. Dodatkowo cieszy cena – 20 zł za książkę, nawet tak szybko czytającą się, to stanowczo akceptowalna suma. Co pewnie bardziej ciekawi potencjalnych czytelników, to tłumaczenie. Kotori znane jest z naprawdę niezłych przekładów, więc byłam raczej o to spokojna, a fakt, że wcześniej zaznajomiłam się z fanowską wersją na angielski, tylko mnie w tym utwierdziło. Tłumaczenie jest dobre. To z oryginałem… może być problem. Wystarczy zerknąć na udostępniony przez wydawnictwo fragment nowelki. Słyszałam głosy skreślającą SAO właśnie ze względu na styl. Przypomina on raczej internetowe fanfiki niż fantastykę, po którą zwykle sięga się w formie książkowej. Jednak taka natura light nowelek – są z zasady lekkie w treści. Mimo wszystko, zachęcam osoby stawiające książkom wysokie wymagania, by podjąć próbę i się przemóc. Z innych kwestii technicznych: jak już pisałam, przekład jest solidny, ale gracze mogą się skrzywić na niektóre pojęcia przetłumaczone bez odniesień do typowego slangu  (przykładowo „punkty zdrowia” zamiast bardziej rozpowszechnionych „punktów życia”), jednak trzeba pamiętać, że wszelkiego rodzaju expienia i skille mogłyby wprowadzić zamęt u mniej obeznanych czytelników. Sama zauważyłam jedno nieładne powtórzenie i zgubiony przecinek, to jednak wszystkie grzechy stylistyczne, które na szybko wykryłam.

Przechodząc jednak do meritum – jestem oczarowana nowelką Sword Art Online. Lubiłam już serię, gdy pierwszy raz trafiłam na anime, a obecny sezon (kto by pomyślał, że tak ładnie się rozkręci?) nasilił to uczucie. Wersja książkowa przyszła więc w odpowiednim momencie, a czytanie profesjonalnego tłumaczenia daje jednak znacznie większą radość niż niewygodnego pdf’a po angielsku. Jak już mówiłam, stylistycznego objawienia nie doznamy, ba, nie ukrywam, że miejscami całkiem się irytowałam na niektóre opisy. Jeśli chodzi o fabułę, to choć pomysł jest błyskotliwy, wykonanie na pewno mogłoby być ciekawsze. A jednak nie żałuje! Istnieje takie pojęcie jak guilty pleasure – wstydliwa przyjemność, przez niektórych negowane, przez innych używane jako usprawiedliwienie do sięgania po dzieła „niższej wartości”. Jednak nie o ambitność w light nowelkach chodzi. Jest to rozrywka w najczystszej postaci, idealna lektura, na wieczór po ciężkim dniu, pozwalająca nam się wciągnąć w inny świat i kibicować całkiem sympatycznym bohaterom, niezależnie czy wiemy już jak wszystko się skończy czy nie. Warto mieć też na uwadze, że jest to pozycja skierowana dla młodzieży. Nie chce powiedzieć, że jest przez to gorsza, jednak taki target oznacza sposób prowadzenia fabuły czy kreacje bohaterów, mogące zniechęcić niektórych starszych czytelników. Ale patrząc na ilość fanów, widać, że coś w tej historii musi być. Inną zaletą serii, jest jej budowa – po pierwszym tomie można spokojnie skończyć swoją przygodę z tytułem, bowiem ma zamkniętą konstrukcję. Podobne „zakończenie” jest po tomie 2, 4, 6, 7, 8… Nie jesteśmy więc skazani na zbieranie serii latami, gdy nie spodoba nam się na początku. No i 20 zł to naprawdę nieduża cena, by w razie niepewności sprawdzić serię samemu.

Co dla rynku oznacz pojawienie się light novel? Przede wszystkim jest to sprawdzian dla przyszłości takich wydań. Cieszy fakt, że wydawnictwo wstępnie zadowolone jest z wyników sprzedaży, ponoć planuje się już dodruk!. Decydując się na SAO Kotori wybrało też bardzo bezpieczny tytuł na taki eksperyment. Nie dość, że jest to jedna z najpopularniejszych serii, przez swoją konstrukcję można zakończyć ją, w razie niepowodzenia, wcześniej, na jednym z małych zakończeń, a w odwrotnym przypadku – wydać jedną z licznych historii pobocznych. Mangowcy już spekulują, za co wziąć się w następnej kolejności (*kaszel* Spiece&Wolf! *kaszel*), co świadczy o tym, że chyba naprawdę dorośliśmy do własnego rynku nowelek. Jest to o tyle ciekawe zagadnienie, że są to pozycje, które można zaprezentować także osobom niezainteresowanymi komiksami, co najlepiej widać na przykładzie Na skraju jutra. Warto mieć tę sprawę na oku i choćby dla próby kupić SAO – kiedyś będzie można z nostalgią wspominać, że pamięta się wejście na polski rynek light nowelek.

~Darya

Ps. Dla ciekawych porównania wydania amerykańskiego (Yen Press) z polskim polecam wątek na forum Waneko, szczegółowo analizujący te zagadnienie.

Advertisements

9 komentarzy do “Internetem i mieczem, czyli SAO trafia do Polski.

  1. Ja przewrotnie przyszłości light novel w Polsce nie wiązałbym ze środowiskiem około-mangowym. Light novel bliżej jest do powieści młodzieżowej, która ma się na naszym rynku wydawniczym bardzo dobrze. Lekkie, krótkie, z atrakcyjną fabułą podlane sosem science-fiction – według mnie brzmi jak coś co można postawić na półce obok tych wszystkich klonowanych powieści young adult. Gdyby udało się to jakoś wynieść poza fandom, pokazać, że light novel to niekoniecznie klony mang, w których są inne proporcje tekstu i rysunków. Z resztą jak słusznie zauważyłaś pierwszą light novel wydało w Polsce wydawnictwo niepowiązane z mangami.

    Lubię to

    • Zgadzam się ze stwierdzeniem, że light novel, jako young adult nadaje się świetnie jako powieść młodzieżowa – i mam nadzieję, że szybko zauważy je szerokie, niemangowe środowisko :D Jednak na początku nie da rady nie wiązać go z naszym grajdołkiem. Po pierwsze, większość znanych light novel powiązanych jest z wersją animowaną i to przez nie, większość osób sięga jednak do pierwowzrou. Bardzo trudno jest coś wypromować samo z siebie („Na skraju jutra” czerpie przecież z popularności filmu). Po drugie, język. Tłumacze literatury japońskiej albo tłumaczą literaturą wysoko-Murakamową albo mangi. Wydawnictwom mangowym, które wiedzą jak prowadzić interesy z Japonią dużo łatwiej mają z załatwieniem licencji, tłumaczy i promocją light novelek.
      Ale jak pisałam – liczę, że zainteresuje się nimi szersze grono i mam nadzieję ,żę Kotori nie zapomni też o promocji SAO poza fandomem :)

      Lubię to

  2. Tak się zastanawiałem nad kupnem novelki,ale patrząc na ilość książek w moim schowku byłem sceptycznie nastawiony do pakowanie do niego kolejnej pozycji. Ale skoro polecasz to kupię;p Dwie dyszki to nie majątek, najwyżej zrezygnuję z masła do chleba.

    Lubię to

    • Gdzie moja prowizja od Kotori za znajdywanie im klientów D:?

      Masło jest niepotrzebne, na studiach właściwie nie używam. Jem albo tosty albo smaruje od razu serkiem/pasztetem.

      Lubię to

  3. Nie oglądałam SAO… ale nie dało się uchować bez ogarnięcia mniej więcej co i jak D: no więc zarys ogólny w głowie mam. Może kiedyś.
    Mnie serio zastanawia czy znalazł się kwiat młodzieży który zakupił, po czym jak się okazało że łolaboga to trzeba czytać bardziej niż patrzeć na obrazki – odstawił na półkę z głośnym „meh”… I nie ma tu znaczenia to że niby się wie na podstawie czego było SAO robione – jak to się mówi, pewnych ludzi nie sieją…

    Lubię to

    • SAO miejscami ssało, ale ogólnie jest spoko ;D
      Słyszałam plotki o tym, że naprawdę kilka osób poskarżyło się Kotori na to, że oczekiwali mangę, a przez przypadek kupili książkę… I jestem naprawdę ciekawa, czy to tylko legendy internetowe czy jednak prawda 8D

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s