Wielkie oczy, mlion wstążek – Arina Tanemura i jej twórczość

Z czym kojarzą się mangi przeciętnemu Kowalskiemu? Takie pierwsze skojarzenie? No tak, oczy na na pół twarzy! Oczywiście, siedząc chwilę w tym biznesie zaczynamy mieć wątpliwość – w końcu w większości serii, owszem, oczy są trochę większe niż gdyby je rysować z natury, ale żeby od razu pół twarzy…? Wtedy przypominamy sobie o mangach shoujo – tam ogromne patrzałki są już znacznie bardziej wszechobecne. Należą tez do charakterystycznych cech dla stylu Ariny Tanemury, jednej z najpopularniejszych rysowniczek tego gatunku. Jeśli nazwisko nie brzmi dla was znajomo, przypomnę, że lata temu Egmont wydał u nas jej Kamikaze Kaito Jeanne. Tak nawiasem mówiąc – pierwszą mangę jaką w życiu przeczytałam. Może dlatego do dziś darzę autorkę tak ogromną sympatią…? Oto post z kategorii „Życie i Twórczość”!

Trudno pomylić tę kreskę z jakąkolwiek inną (Full Moon wa Sagashite)

Arina urodziła się 12 marca 1978 roku i dorastała wraz z trójką rodzeństwa (młodsza siostrą, starszą siostrą i bratem) bazgrząc sobie po kątach swoje pierwsze historyjki. Samouczka, nigdy nie chodziła do żadnej szkoły artystycznej. Nie przeszkodziło to jej szybkiemu debiutowi – już jako osiemnastolatka wydała swój pierwszy one shot w magazynie Ribon Original (Nibanme no Koi no Katachi). Wkrótce z  magazynem Ribon (w którym ukazywało się też wydane u nas Kagen no Tsuki Ai Yazawy) związała się na stałe, co było też jej marzeniem od lat dziecinnych. Pierwszą poważną serią jaką stworzyła było I*O*N. Jednotomowa historia opowiada o tytułowej Ion, dziewczynie, która z zauroczenia dla chłopaka zapisuje się do szkolnego klubu zjawisk paranormalnych i wkrótce sama u siebie odkrywa niespotykane umiejętności…

Tak, to jest Arina, o niej dzisiaj rozmawiamy :)

Jednak prawdziwy przełom stanowiło wydawane w latach 1997-2000 Kamikaze Kaito Jeanne. Marron, Reinkarnacja Joanny D’Arc, dostała misję z nieba – walczyć ze demonami zamieszkałymi w obrazach, które manipulują ludzi i zmuszają je do złego. Ciekawe postacie, w tym zmagająca się z samą sobą główna bohaterka, wcale nie oczywista fabuła oraz śmiałe zabawy z motywami chrześcijańskimi to niewątpliwe atuty tej siedmiomiotomowej serii. Doczekało się także 44-odcinkowego anime, które z oryginałem wspólne ma w sumie tylko postaci (nawet koncept walki z demonami jest lekko zmieniony), a najbardziej różni się klimatem, bowiem serial skierowany jest wyraźne do młodszego odbiorcy.

Jak w większości historii Tanemury, pod uśmiechami postaci kryje się głęboka samotność, która staje się z czasem jednym z głównych wątków historii.

Po zakończeniu KKJ, któremu zawdzięcza międzynarodową sławę i stworzeniu krótkiej, trzytomowej Time Stranger Kyoko (jak sam tytuł wskazuje – historia będzie opierać się na motywie czasu i podróży w nim), autorka opublikowała swoje drugie, kluczowe dzieło – także siedmiotomowe Full moon wa Sagashite. Historia zaczyna się, gdy zaledwie dwunastoletnia Mitsuki, która całą sobą marzy o zostaniu piosenkarką, dowiaduje się, że przez raka krtani zostaje jej tylko rok życia. Co ciekawe, wiadomość przekazują jej, trochę pozaregulaminowo dwójka bogów śmierci. Dziewczyna, zamiast popaść w depresję, z sukcesem przekonuje swoich nowych znajomych, by pomogli w pozostałym jej czasie spełnić życiowe marzenie. Ta słodko-gorzka historia naprawdę umie przykuć uwagę, a i niesamowicie wzruszyć (a już całkiem osobiście, uważam ją za jedną z moich ulubionych serii mang). Tutaj także, jak w przypadku KKJ, popełnione anime, które z oryginałem wspólne ma tyle, co symboliczne trochę i znowu uległo ogromnej infantylizacji.

Wesoła gromka z nie zawsze tak wesołego Full Moon wa Sagashite

W 2004 roku przyszedł w końcu czas na typową historię szkolną. No, jak na standardy Tanemury przynajmniej, bo choć Shinshi Doumei Cross wyjątkowo nie zawiera wątku fantastycznego, już sama koncepcja szkoły z podziałem na bardziej i mniej uprzywilejowanych uczniów nie jest taka typowa. Podobnie jak dużo z plot-twistów, przy których po prostu trzeba machnąć rękę na zbiegi okoliczności/przekombinowania, których niestety z czasem tylko narasta. Mimo wszystko, przy odpowiedniej dozie tolerancji, dostajemy całkiem przyjemną historię na 11 tomów, która na szczęście nie padła  jeszcze ofiarą żadnego pomysłowego studia anime.

Taka tam historia szkolna…

Ostatnio zakończoną serią autorki jest tworzone w latach 2008-2012 Sakura Hime. Nie tylko jest to ze swoimi dwunastoma tomami najdłuższa seria tej mangaki, to jeszcze najbardziej się wyróżniająca. Mimo swojej dziewczęcej kreski i głównej bohaterki przechodzącą magiczną transformację, widać tutaj wchodzenie jedną nogą na grunt historii shonen. W tej opowieści, dziejącej się w dawnej Japonii, do fabuły należą bowiem liczne walki tytułowej Sakury i jej świty(w której znajdujemy m.in. ninja i zaklętych w zwierzęta) z tymi złymi.

A może trochę walk w historycznej Japonii?

Oprócz wyżej wymienionych wielotomówek, Tanemura stworzyła także liczne one-shooty, wydawane w antologiach albo jako dodatki do tomików,niektórych z głównych serii. Jeśli miałabym na dzień dobry którąś polecić zaryzykowałabym z Gin Yuu Mei Ka – uroczego romansu z muzyką i sakurą w tle. Do tego można się zaopatrzyć w cztery artbooki poświęcone czterem najdłuższym seriom (jako właścicielka artbooku do Full Moon wa Sagashite, bardzo sobie taką przyjemność chwalę). Po zakończeniu współpracy z Shueishą (wydawcą Ribona) w 2011 roku, autorka stała się freelancerem i w 2013 zaczęła aż dwa nowe projekty. Z jednej strony mamy 31 Ai Dream, historię trzydziestojednolatki, która z utęsknieniem wspomina czasy liceum i marzy o zmianach decyzji jakie wtedy podjęła (swoją drogą, angielskich skanów niestety jeszcze w internetach nie ma). Druga historia to Neko to Watashi no Kinyoubi – słodką jak czekolada opowieść o dziewczynie, która chce by sempai ją zauważył, ale zamiast tego stała się obiektem uczuć cwanego kuzynka z podstawówki. I na razie historia rozwija się całkiem uroczo :)

Nowa seria Ariny powinna mieć ostrzeżenie dla cukrzyków na okładce. Mimo to całkiem przyjemnie się ją czyta.

W Polsce doczekaliśmy się jak na razie jedynie wydania Kamikaze Kaito Jeanne, przed latami, przez Egmont. Wydania na przysłowiowym papierze toaletowym, z pokrętnym tłumaczeniem z niemieckiego  i obecnie bardzo trudno dostępnego. Mimo wszystko gorąco zachęcam do zdobycia go. Siła Ariny tkwi też bowiem w jej komentarzach na marginesie w których opowiada ciekawostki ze swojego życia albo wstawia krótkie komiksy, często przedstawiające pracę nad mangami ze swoimi asystentkami. To właśnie te przypisy sprawiły, że autorka ta jest mi tak bliska (i spowodowały uzbieranie małej kolekcji jej twórczości w języku niemieckim. W ogóle za Odrą bowiem, jej popularność jest ogromna). Można to nazwać guilty pleasure, ale mnie to nie rusza. Arina jest i pozostaje jedną z moich ulubionych mangaków i będę polecać ją dalej. Z ogólnego nurtu szumu wyróżnia się naprawdę ciekawymi historiami, które z pozoru zabawne, zwykle okazują się dość poruszającymi.

A do tych wielkich oczu naprawdę można się przyzwyczaić…

~Darya

 

 

 

Advertisements

9 komentarzy do “Wielkie oczy, mlion wstążek – Arina Tanemura i jej twórczość

  1. Niby nie jestem targetem serii Arina-sensei, ale mam do niej spory sentyment. Znawcą jej twórczości też nie jestem bo historię Full Moon wo Sagashite znam tylko w wersji animowanej (bardzo mi się z resztą podobało). Za to KKJ było pierwszą mangą na mojej półce i do dziś bardzo lubię rysunki z tej serii. KKJ może nie było rewelacyjne; zabawa motywami chrześcijańskimi udawała się raz lepiej raz gorzej, a fabuła miała swoje gorsze momenty to zabawnych scenek i uroczych postaci nie mogę odmówić.
    Ech, pewnie do dziś by mnie chwyciło przy Full Moon czy KKJ, a na kolejną mangę autorki wydaną u nas pewnie bym się skusił.

    Lubię to

    • Bardzo, bardzo liczę, że ktoś w Polsce zdecyduje się na Full Moon – nie za długie to, ma anime, popularne i dobre… Ale kto tam wie te wydawnictwa :<
      I bardzo miło czytać, że nie tylko dziewczyny sięgają po Arinkę :D Widać, że dobre historie są uniwersalne.

      Lubię to

  2. Ach, Arina… Bardzo, bardzo uwielbiam jej serie :D Niestety czy stety zaczęłam od anime. Najpierw wiedziałam, że istnieje coś takiego jak KKJ z niemieckiego RTLII, potem siostra wypaliła płyty z anime u koleżanki (takie były czasy, że jak się nie miało nagrywarki CD to się wypalało od znajomych!)
    Przez anime KKJ nie przebrnęłam, za to gdy dostałam w łapki anime Full Moon to je szybko pokochałam :). Pamiętam, że nagrywałam piosenki z anime na magnetofon! Kto by teraz o tym pomyślał? :D anime obejrzałam dwa razy w dużej odległości czasowej, w między czasie przeczytałam mangę. Oczywiste wtf, przecież to nie było tak, to był ktoś inny i ONA CAŁY CZAS WIEDZIAŁA?!
    Mangę KKJ przeczytałam dopiero jak wyszła w Polsce. Ponieważ o anime miałam blade pojęcie to fabuła niespecjalnie mnie zaskoczyła. Za to byłam wkurzona polskim wydaniem. Dymki z wypowiedzią jednej postaci u drugiej, nagła forma żeńska wypowiedzi w rozmowie dwóch facetów. Właśnie te zmiany płci w dialogach najbardziej raziły. Chyba tłumacz nie bardzo wiedział kto właśnie się wypowiada. Po tej mandze miałam głęboki uraz do Egmontu.

    Lubię to

    • Jejku Xenya, szokłaś mnie teraz, bo żyłam w przekonaniu, że nikt oprócz mnie Ariny nie czyta i ten post zostanie radośnie zignorowany. Jejku, wzruszyłam się xD
      Ja też najpierw widziałam anime KKJ na RTL II i jak później dostałam mangę, to było takie „wtf, przecież to jest całkiem inaczej niż w serialu!” (jako dzieciak chyba jeszcze nie wiedziałam, że adaptacje mogą się różnić od oryginału xD). Nie pamiętałam teraz co dokładnie popieprzyli przy tłumaczeniu (pamiętam tylko, że coś z nim było nie tak), dzięki za przypomnienie :P
      A przy Full Moon najpierw była manga – i dlatego jak potem sięgnęłam po anime, to nie wytrwałam i szybko porzuciłam (choć fakt, faktem, pierwszy opening gości na stałe na mojej playliście :D).
      No to co mamuśka, zapraszam do sięgnięcia po inne tytuły Arinki ;)

      Lubię to

      • Wprawdzie nie znam autorki {ale ja to ogólnie mało obeznana…}, ale to „jako dzieciak chyba jeszcze nie wiedziałam, że adaptacje mogą się różnić od oryginału” przypomniało mi, jak młoda M.W., tak jakoś w 1-2 klasie podstawówki, obejrzała pierwszy film Harry’ego Pottera, po czym wzięła w łapki książkę i radośnie zakrzyknęła, „mamo, a tu w książce jest błąd, w filmie było inaczej~!” ^ ^”

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s