Jak nie powinno się robić adaptacji mang. Omów na wybranych przykładach. Bones edition.

Związek mangi oraz jej adaptacji przypomina trochę protokooperację. Anime podnosi popularność mangi przez co ta się lepiej sprzedaje, zaś anime ma już od początku jakąś liczbę stałych widzów będących fanami mangi. Czasami jednak do tego związku zakrada się trucizna, sprawiająca, że seria animowana staje się solą w oku fana oryginału. Ową toksyną jest wyobraźnia twórców anime, która często wycina z mangi to co najlepsze by wsadzić w powstałe dziury wątki, wydające się nawet osobą nie obeznanej z tytułem wyciągnięte z jakiegoś worka z kotem w butach.

bones0

Niestety należę do tych pechowych osób, których ulubione mangi zostają często zbezczeszczone przez adaptacje tak słabe, że ma się ochotę wyrzucić je z listy obejrzanych. Oczywiście wśród tego świętokradztwa znajdą się i przypadki, gdzie beznadziejność da się znieść nawet po zetknięciu z oryginałem.

Jak już wspominałam we wcześniejszych postach, moja „poważna” przygoda z mangą i anime zaczęła się od Fullmetal Alchemist. By być nieco dokładniejszym, dodam, że było to anime z 2003 roku, puszczane swego czasu na kanale Hyper, którego druga połowa po dziś dzień wywołuje raka u niektórych fanów tytułu. Jednak, ponieważ byłam głupim, 11-, może 12-letnim, dzieciakiem to nie rozumiałam całego tego internetowego gniewu jaki spadał na adaptację tytułu. Manga dopiero zaczęto wydawać w Polsce i wszystko było idealnie do czasu aż Sofi sięgnęła pewnego wieczoru po słownik angielsko-polski, weszła na stronę onemanga.com (potem została zlikwidowana) i zaczęła słowo po słowie tłumaczyć mangę. Kiedy doszłam do momentu w którym pojawił się Lin to poczułam jak cały gniew fandomu zbiera się we mnie by dać upust w wybuchu emocji na miarę tego, który stworzył Wszechświat. Ja rozumiem wiele: nadganianie mangi, hiatusy spowodowane powiększaniem rodziny przez Arakawę, potrzebę stworzenia oryginalnego zakończenia, ALE sama postać Dante, konstrukcja Envy’ego czy też wprowadzenie Wratha wywołały u mnie atak mdłości. Zawsze można było elegancko zamknąć wątek opuszczenia Rush Valley przez braci i poczekać jakiś czas na materiał do drugiej serii, ale to byłoby zbyt proste. Pierwsze anime, podobnie jak wypuszczony później film Conqueror of Shamballa, strasznie spłyciło charakter głównych oraz pobocznych bohaterów, doprowadzając do climaxu pozostawiającego nawet nie zaznajomionym z treścią mangi niedosyt. Mimo wszystko, Fullmetal Alchemist miało szczęście gdyż w 2009 roku studio Bones wypuściło serię Brotherhood, będącą niemalże idealną adaptacją (wkradło się kilka błędów, ale można je wybaczyć). Ten remake sprawił, że fani wielu innych serii na których popełniono gwałt odzyskali nadzieję, że ich ulubione tytuły doczekają się kiedyś porządnego anime.

bones1

Skoro już siedzimy w temacie FMA warto by wspomnieć o innych adaptacjach,zrobionych przez studio Bones w kuku. Stawkę otworzymy Noragami ponieważ jest to najmłodsze anime, które padło ofiarą wyobraźni twórców. Anime ma zaledwie 12 odcinów, zaś manga ponad 30 rozdziałów [kwiecień’14] i nie trzeba być wielkim matematykiem by sobie szybko obliczyć, że dałoby się zrobić serię w oparciu o istniejący materiał bez dodawania żadnych udziwnień. Niestety, wprowadzenie nieistniejącej w mandze postaci Rabo spowodowało urwanie w połowie wątku Bishamon. Osoby, których wiedza bazuje tylko na anime koniec końców nie wiedzą za co chciała się ona zemścić na Yato oraz jak ta cała sprawa się zakończyła. Zresztą, już od samego początku szczegóły, takie jak czas samego pojawienia się Bishamon, różnią się od mangi, lecz nie powodują jakiś nieprzyjemności w odbiorze fabuły. Bones z pewnością krzywdę zrobiło wszystkim fanom pairingu Yato x Hiyori oraz sympatykom postaci Yukine. Akcja anime zatrzymała się tuż przed momentem kiedy u tego drugiego nastąpił ogromny rozwój charakteru, którego najlepszym dowodem jest niesamowita lojalność pokazana w walce. Co się zaś tyczy samego romansu to z opublikowanych na tumblrze rawach rozdziałów można wywnioskować, że wątek pary znacznie posunął się przodu, a delikatne hinty zmieniły w się całkiem sugestywne sceny. Niemniej, w ostatnim odcinku anime, pod sam koniec, powrócono do mangowego wątku ,więc w razie powstania drugiej serii twórcy mają otwartą furtkę, która daje im możliwość uniknięcia remake’u.

bones2

A teraz cofamy się trochę w przeszłość do 2006 roku. Mamy początek kwietnia i właśnie zostaje wyemitowany pierwszy odcinek anime Ouran High School Host Club. Osobiście darzę ten tytuł wielkim sentymentem gdyż było to pierwsze shoujo, które zdobyło moją sympatię. Oczywiście zaraz po zakończeniu seansu pognałam do internetów, gdzie czekała mnie niespodzianka… Oczywiście zakończenie było zmienione względem mangi, ale twórcy anime wykorzystali prawie 100% istniejącego wówczas materiału co nie miało miejsca w dwóch poprzednich przypadkach. Mimo wprowadzenia w dwóch ostatnich odcinkach OC całe zakończenie naprawdę trzymało się kupy i pewnie bardzo by mi się podobało, gdybym z biegiem czasu nie poznała reszty fabuły mangi. Niestety w tym momencie zwarty koniec anime, będący początkowo zaletą adaptacji, stał się jej największą wadą gdyż wykluczał powstanie drugiej serii i wymuszał produkcję remake’u. Ta druga opcja wiąże się oczywiście z większymi kosztami (a co za tym idzie – z większym ryzykiem strat), zaś manga jest już od kilku lat zakończona co oznacza spadek popularności tytułu. Jako fanka Ourana niezwykle ubolewam nad tym, gdyż moim zdaniem jest to seria, która zasługuje na porządne anime, przywracające jej drugą młodość.

boes4

A teraz czas na wisienkę na torcie, anime o którym mogłabym napisać osobną notkę (co zresztą prawie zrobiłam) i które wywołuje u mnie raka wątroby gdyż jestem beznadziejnym przypadek osoby tardzącej ten tytuł. Jeżeli komuś zapaliła się żarówka z napisem Soul Eater to może sobie dać ciastko. Po gruntownej analizie chronologii powstawania mangi i anime doszłam do smutnego wniosku, że w czasie jak powstawała wersja animowana to autor był w połowie kolejnego arcu mangi. Wiedząc, że anime było wypuszczane przez niemalże rok (51 tygodni) łatwo sobie policzyłam, że w momencie zakończenia adaptacji był on już ukończony i można go było zekranizować. Zamiast tego otrzymaliśmy, za przeproszeniem, z dupy zakończenie, gdzie główna bohaterka dostała power-up, który zrobił z niej niemalże Mary Sue co nie miało miejsca w mandze. Prawdopodobnie gdyby twórcy anime zatrzymali się w miejscu, gdzie rozchodzi się ono z mangą to byłabym usatysfakcjonowana gdyż stanowiłoby to fajny punkt wyjściowy dla ewentualnej drugiej serii. Zamiast tego kilkanaście ostatnich odcinków nie tylko zaprzepaściło tę szansę, ale także pozbawiło głownych bohaterów istotnego w mandze rozwoju osobowości w stopniu, który miejscami zakrawał o OOC. Jeżeli ktoś jeszcze nie wyczuł to jestem wielką fanką mangi i opuszczenie moim zdaniem najlepszego, i jak wyliczyłam zakończonego już, arca powoduje u mnie niezmierny ból serduszka. Jednakże jest nadzieja dla mojego kokoro ponieważ studio Bones zdecydowało się na realizację spin-offa mangi pod tytułem Soul Eater Not (jak dotąd jest on nawet lepszy niż oryginał mimo że chronologia jest nie taka jak trzeba). Liczę na to, że przywróci on popularność flagowego tytułu Atsushiego Okhubo i doczekam się jakiegoś Soul Eater: Meisterhood. 

bones3

Moim założeniem było umieścić w tym poście wszystkich tytułów, którym zrobiono krzywdę lecz stwierdziłam, że wtedy notka byłaby zbyt długa, więc zdecydowałam się podzielić ją na anime od studia Bones i całą resztę (do przeczytania tutaj).

Sofi  

Reklamy

5 komentarzy do “Jak nie powinno się robić adaptacji mang. Omów na wybranych przykładach. Bones edition.

  1. Ale wątek Bishamon jest na tyle skomplikowany, że żeby powstrzymać się przed cięciami, mogliby nim wypchać całą serię. Co, w sumie, by mi nie przeszkadzało, Rabou był syfiastym Głównym Złym i to anime original zakończenie bardzo popsuło tę naprawdę dobrą wcześniej serię. No i tak, manga była lepsza. Zazwyczaj jest.
    Ale hej, przynajmniej istnieją dobre adaptacje mang (na przykład Jojo), nie to co z grami, ech.
    Na szczęście rzadko kiedy znam równie dobrze adaptację co adaptowany materiał, więc nie męczy mnie to tak bardzo. To znaczy, kiedyś, gdy uznawałam oryginalne wersje za świętość, pewnie bym nie wytrzymała. Pamiętam, jak bóldupiłam na Disneyowskiego Herkulesa albo 101 Dalmatyńczyków :) Ale tak to nawet po ekranizację Watamote nie chciało mi się do dziś sięgnąć, mimo że przecież się jej zapowiedzią emocjonowałam.
    A Fullmetal Alchemist jest wybitnie nie dla mnie. Nie po tych kilku odcinkach, które widziałam – a to papuzi chłopak Rose, a to dziewczynka zchimerzona z własnym pieskiem, ugh.

    Lubię to

    • Mi by tam nie przeszkadzało gdyby zamiast kiepsko skonstruowanego złodupca dokończyli Vinę :P
      Disney jest mistrzem koloryzowania wszystkiego na różowo. Chyba najlepszym przykładem jest Dzwonnik z Notre Dame gdzie jedyne co sie zgadza z oryginałem Hugo to imiona głównych bohaterów xD

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s