Wiosna 2014, co warto obejrzeć a czego kijem nie tykać.

Nowy sezon to nowe zasady… Tegoroczna wiosna kręci się wokół tematów mecha (sama oglądam 3 anime z tego gatunku) i kolejnych sezonów popularnych serii takich jak Date a Live czy Fairy Tail. Większość serii, które ja (tzn. Sofi) obejrzałam dostarczają czystej rozrywki, w postaci dynamicznych walk, oraz uciechy cielesnej, w postaci bardzo dobrej animacji lub ścieżki dźwiękowej. No to do boju! Przed nami aż 19 serii!

Wpis pod patronatem Kunia (Kamigami no Asobi)

„Escha, to żyje~!”
W świecie przedstawionym w tym anime alchemia wygląda trochę inaczej niż ta, którą znamy z Fullmetal Alchemist i bardziej przypomina tę, która setki lat temu była protoplatą współczesnej chemii: zamiast kręgów transmutacyjnych mamy kociołki zaś same procesy alchemiczne przywodzą na myśl gotowanie (cukier, słodkości, dziwne substancje i groźba wybuchu kotła, oto składniki przygotowane do stworzenia idealnego jabłecznika~!). Młoda alchemiczka z prowincji, Escha, właśnie dostała pracę w lokalnym Departamencie Badań i Rozwoju by doskonalić swe umiejętności i używać ich do pomocy ludziom. Jej współpracownikiem zostaje Logix, nowoprzybyły do miasta i wykształcony w stolicy alchemik, którego metody pracy są zupełnie inne od tych stosowanych przez Eschę. Tyle teorii, ale co z praktyką?
Za Atelier Escha & Logy ~Tasogare no Sora no Renkinjutsushi~ odpowiada studio Gokumi, którego jak dotąd najwyżej ocenianym anime była komedia o Odzie Nobunadze, gdzie sam Oda był kobietą. Wykonanie techniczne pierwszego odcinka mnie nie powaliło. Mieliśmy ładne kolorki, sparklące oczka, falujące drzewka, jakąś muzyczkę w tle lecz wszystkie te elementy mogłabym umieścić w Encyklopedi Przeciętności, zwłaszcza w porównaniu z innymi tytułami z tego sezonu o których będzie mowa później. Już w pierwszym odcinku mamy wątek romansu, który jest strasznie cliche i polega na tym, ze nasza słodziutka jak miodzik i hiperaktywna jak 5-latek, niezdarna bohaterka rumieni się w pobliżu naszego ultramiłego, nieśmiałego i mało mówiącego bohatera, którego policzki też nazbyt często przujmują kolor czerwony. Nie moje klimaty, ale dam temu szansę gdyż lubię przygodówki a to na takową się zapowiada. Poza tym Escha to typowa polska konwentowiczka: zbyt dużo gada, podnieca się każdą pierdołą i ma lisi ogon przyczepiony do tyłka bo tak. Pierwszy odcinek to takie 5+/10, ja chyba naprawdę nie lubię cliche romansów.
Ona ma tylko 10 lat więc pochodzi to pod pedofilię. Wspominałam już, że ta szota walczy z potworami?
Mamy przyszłość w której to Ziemia jest atakowana przez istoty zwane Gastrea. Oczywiście sieją one terror, zabijają ludzi i są bardzo ważnym elementem w traumatycznej przeszłości naszego bohatera, Rentaro Satomiego. Jest on członkiem organizacji, której zadaniem jest walka z wyżej wymienionymi potworami, zas jego partnerką jest Enju, 10-letnia dziewczynka gdyż jak wszyscy wiemy takie się najlepiej nadają do walki z wielkimi robakami i pająkami. Walkę z Gastreami (czy to się w ogóle odmienia?!) umożliwia istnienie Cursed Children, 10-letnich dziewczynej takich jak Enju, które dzięki istnieniu w ich ciałach wirusa wywołującego przemianę w Gastrea są w stanie dokonać Evolutionary Jump i walczyć z potworami. Zwykli ludzie tacy jak Rentaro używają Black Bullets, które są jedyną skuteczną bronią obok Cursed Children.
Dziewczynki + potwory + zwyczajny główny bohater = schemat. Nie da się ukryć, że fabuła Black Bullet jakoś specjalnie odkrywcza nie jest. Wykorzystuje ona znane nam wcześniej wątki lecz robi to w sposób tak niesamowicie irytujący, że nie da się tego polubić. Enju po pierwszym odcinku ma zadatki na stanie się wkurzającą małą tsundere budzącą we mnie chęć wyrzucenia laptopa przez okno. Ponieważ główni bohaterowie w przerwach między ratowaniem świata chodza normalnie do szkoły, to obawiam się, że jakieś dziwne, szkolne i nieśmieszne żarty mogą zostać wprowadzone do fabuły. Poza tym wykonanie też na kolana nie powala a przecież zwykle jest tak, że gównoserie są wyprodukowane na tyle dobrze, że brak sensowności fabuły nie razi.  Pożyjemy zobaczymy 5-/10. Teraz się zastanawiam, czy aby nie będzie mi żal transferu na ściąganie tego.
W końcu widać, że te maszyny ważą kilkanaście ton i nie skaczą jak naćpane baletnice.
Dwie serie objechałam więc czas na serię, która sprawia, że jaram się jak drewno w kominku.
Na kontynencie Curzon cała technologia opiera się na fakcie, że ludzie potrafią kontrolować kwarc z którego zbudowane jest wszystko, nawet pojazdy i broń. Nasz bohater, Rydgart, został jednak wychujany przez los gdyż jest upośledzonym człowiekiem nie umiejącym kontrolować kwarcu w związku z czym jedyne co potrafi to uprawiać pole, co z resztą robi. Pewnego dnia otrzymał on zaproszenie ze stolicy od swojego przyjaciela z Akademii Wojskowej, który swoją drogą jest królem całego kraju, tak więc udaje sie on do głównego miasta kraju gdzie czeka na niego niespodzianka. Jest to prehistoryczny mech, którego nikt nie potrafi uruchomić co  potem czyni przypadkowo Rydgart. Delphine, gdyż tak ochrzczono maszynę, wyróżnia się na tle innych mechów ze względu na swoją zwrotność, wytrzymałość i siłę co sprawia, że dotychczas bezużyteczny Rydgart staje się tajną bronią swojego kraju, będącego właśnie w czasie wojny.
Tak wiem, wydaje się strasznie sztampowe zwłaszcza, że osoba z którą walczy Rydgart jest jego drugi przyjaciel z Akademii o imieniu Zeiss. Lecz nie dajcie się zwieść gdyż nawet osoby, które do mechów podchodzą jak pies do jeża powinny się dobrze bawić oglądając Break Blade. Przede wszystkim bohaterowie nie są rozstrojonymi emocjonalnie nastolatkami mającymi problemy z zawiązaniem sznurowadeł lecz dorosłymi ludźmi znającymi takie pojęcia jak „odpowiedzialność” i „zachowanie adekwatne do sytuacji”. Poza tym mechy nie skaczą z gracją baletnicy ani nie rozbijają się w kosmosie o planety, tylko poruszają sie tak jak kilkutonowa maszyna poruszać sie powinna: ciężko, z truden i z ograniczoną mobilnością. Oryginalnie Break Blade to manga na podstawie której wyprodukowano 6 filmów kinowych, zaś samo anime to remake owych kinówek do których będa dodane sceny z mangi nie umieszone w poprzednich ekranizacjach. Minus serii TV? Opening. Nie jest on zły, ale w porównaniu z muzyką Kokii, którą otrzymaliśmy w filmach kinowych prezentuje się on przeciętnie. Nie jest to jednak coś co mnie jakoś szczególnie boli. Break Blade polecam wszystkim. 8/10 bo mogę.

Captain Earth

Jaki kraj taka Kinder Niespodzianka.

Znowu mechy! Tym razem od studia Bones, które znowu udowodniło, że wraca do robienia chińskich bajek na które warto powięcić transfer.

Manatsu Daichi to licealista, który po śmierci ojca wyprowadził się z wyspy Tanegashima na której znajduje się japońskie centrum lotów kosmicznych. Pewnego dnia widzi on w telewizji informację o pojawieniu sie tajemniczej tęczy nad wyspą, co skłania go do powrotu tam. Przypomina on sobie o chłopcu o imieniu Teppei, którego spotkał w dzieciństwie i który już wtedy pokazał mu taką samą magiczną tęczę. Na skutek dziwnego zbiegu okoliczności Manatsu już na miejscu zostaje wplątany w serię wydarzeń, które robią z niego pilota kosmicznego mecha będącego obroną przeciw tajemniczej humanoidalnej maszynie atakującej Ziemię. A wszystko zaczęło sie od pytanie „Are you captain?”.

No dobra, tutaj już mamy nastolatka, ale jak na razie nie ma on problemów w stylu „przepraszam, że żyję”. Captain Earth zapowiada się na bardzo dobry tytuł czerpiący garściami z legendarnego Star Drivera co nie jest dziwne biorąc pod uwagę fakt, że ta sama ekipa odpowiada za oba tytuły. Wraz z Bonesem idą pieniądze, które czuć patrząc na animację. Jedyne co mi sie niepodobało to fakt, że w pierwszym odcinku zbombardowano nas masą pojęć i scen zaś jakichkolwiek wyjaśnień nie przedstawiono. Z drugiej strony widz jest w takim momencie zaciekawiony i ogląda kolejny odcinek. Mi się podobało, ale osoby mające alergię na mecha powinny sobie ten tytuł odpuścić gdyż czerpie on z kanonów tego gatunku (patrz: nastolatek, tajemniczy zbieg okoliczności, tajemnicze dziewczynki, tajemniczy chłopiec będący niby pilotem ale mający problemy ze zdrowiem, kosmicze roboty). 8-/10

Gochuumon wa Usagi Desu ka?

Niech ktoś zadzwoni po Animalsów~! Ten dziwny zmutowany królik o aparycji futrzetego klopsa cierpi!

Kokoa jest uczennicą z wymiany, która pewnego dnia przemierzając miasto wpada do kawiarni Rabbit House szukając tam królików. Faktycznie znajduje jednego, siedzącego na głowie Chino, dziewczynki będące partnerką z wymiany Kokoi oraz osobą odpowiedzialną na kafejkę. Chcąc zmacać biedne zwierzątko zamawia ona kawę po czym proponuje ona swojej koleżance, że może jej pomóc w prowadzeniu kawiarni jako kelnerka. Już pierwszego dnia zapoznaje się z Rize, drugą kelnerką która jest już trochę mniej słodka gdyż jest supersilna i pasjonuje się wojskiem. Generalnie wszystko kręci sie w kawiarnianych klimatach takich jak robienie i zdobienie kawy.

Kolejna seria „cute girls like cute things”, gdzie w tym momencie „cute” oznacza króliczka. Sama pasjonatką cukru nie jestem, ale też nie jestem jakimś szczególnym wrogiem serii, które sie ogląda do popołudniowej herbatki. Wizualnie anime jest bardzo przyjemne lecz po pierwszym, w sumie bezfabularnym odcinku, nie jestem w stanie zbyt wiele powiedzieć na jego temat. Czekam na kolejny epizod gdyż slice of life to jest coś o lubię

Gokukoku no Brynhildr

-A jaki jest pański fetysz? -Lubię kobiece pachy.

Życie Murakamiego Ryoty jest naznaczone tragicznym wypadkiem z przeszłości, który skończył się śmiercią jego ukochanej przyjaciółki z dzieciństwa, Kuroneko. Zdążyła ona go jednak zarazić pasją do astronomii i poszukiwań kosmitów co zresztą Ryota robi używając w tym celum lokalnego obserwatorium. Jego życie jednak zmienia się po tym jak pewnego dnia pojawia się nowa uczennica, Kuroha Neko, wyglądająca dokładnie jak jego martwa przyjaciółka. Oczywiście cały dzień próbuje on ustalić czy jest ona Kuroneko lecz dziewczyna zdecydowanie zaprzecza. Zamiast tego wieczorem w obserwatorium mówi mu ona, że widziała przyszłość w której Ryota ginie,  lecz on sam, niczym typowy bohater anime, olewa to i idzie do domu. W drodze ulega on wypadkowi i prawie umiera, ale zostaje uratowany przez Kurohę, która okazuje się być wiedźmą ukrywającą się przed naukowcami z laboratorium, z którego uciekła. W kolejnym odcinku poznajemy sparaliżowaną przyjaciółkę Kurohy, która okazuje się być wiedźmą od proroctw i dowiadujemy się, że ich znajoma została porwana przez naukowców.

Jeżeli ktos ma skojarzenia z Elfen Lied to są one całkowicie uzasadnione biorąc pod uwagę, że autor tego tytułu jest też odpowiedzialny za powstanie Gokukoku no Brynhildr. Jest to gwarancją najwyższych lotów chujowej za przeproszeniem jakości fabuły. Nie oczekuję po tym anime czegokolwiek poza krwią a ponieważ czytałam spoilery dotyczące mangi, to wiem, że takowa będzie. Jedyne co się rzuca w oczy, a raczej w uszy, to elektroniczno-dubstepowy opening. Miła odmiana mimo że fanką takiej muzyki nie jestem. 4-/10 za spadające z tamy głupie dzieci i opening.

Haikyuu!

Mimo wszystko warto dać bohaterom szansę – nawet gdy tak jak ja, nie lubi się sportówek.

Shouyou Hinata ma jedną wielką pasję: siatkówkę. Odkąd przypadkiem podejrzał w telewizji wielki turniej poświęca każdą wolną chwilę treningowi. Niestety, w swoim gimnazjum jest w swoich zainteresowanich osamotniony (dosłownie: jest jedynym członkiem męskiego klubu siatkówki). Gdy z okazji turnieju udaje mu się wreszcie skompletować drużynę, okazuje się, że już w pierwszym meczu czeka go sromotna porażka. Ale cóż, chłopak miał nieszczęście trafić na zespół w którym gra „król boiska” Tobio Kageyama – niezbyt przyjemny, lecz wybitnie utalentowany jegomość. Hinata mimo przegranej nie załamuje się, ba zyskuje nowy cel – w liceum skopać tyłek Kageyamy. Nie jest to groźba bez pokrycia, bowiem pomimo nie do końca siatkarskiego wzrostu, nasz główny bohater ma znakomity refleks i wyskok. Dokładając do tego upór do treningów można się po nim spodziewać sukcesów – szczególnie, że liceum, które wybrał, ma niezłą tradycję siatkarską. Jednak już pierwszego dnia nowej szkoły, na Hinatę czeka niespodzianka – jednym z jego nowych kolegów z drużyny okazuje się… Kageyama. Choć chłopacy do siebie miłością nie pałają, ich nadrzędne uczucie do siatkówki powoduje, że będę musieli jakoś ze sobą wtrzymać.

Nie lubię sportówek. Uwielbiam siatkówkę. Siatkówka > niechęć do sportówek. Siatkówka > niechęć bohaterów do siebie. Popatrzcie, już mnie coś z nimi łączy :) O ile po pierwszym odcinku robiłam jeszcze facepalmy na widok nielubianego gatunku, tak przy drugim już się pomału do konwencji przyzwyczaiłam. Jednak pomysł na to, że dwójka, która chciałaby być rywalami jest zmuszona współpracować, ma swój niezaprzeczalny urok. Do tego, na razie, nie było jeszcze gwałtu na zasadach fizyki i siatkówki, a po nieudanym romansie z Kuroko na Basket byłam już na to przygotowana. Graficznie i muzycznie nic poza przeciętnością, jednak tutaj nawet więcej bym nie oczekiwała. Ogólnie rzecz biorąc może wyjść z tego całkiem przyjemna rozrywka. (PS. Ach, jak mnie jako osobę 176-centymentrową zawsze śmieszy, gdy na Japończyka mającego 180 cm woła się z podziwem „Aaaale wysoki!”…)

Werdykt: Mimo, że nie lubiany gatunek, to oglądam, może wyjść z tego całkiem przyjemna seria.

~Darya

Hitsugi no Chaika

Chaika jest urocza, prawie tak samo jak jej brwi.

Kolejny raz kłania nam się studio Bones. Oni to się w tym sezonie napracują.

Pewnego dnia Toru Acura, szukając w lesie czegoś do jedzenia, spotyka dziewczynę chojnie obdarzoną przez naturę brwiami o imieniu Chaika. Ma ona ze sobą wielką trumnę, a to jakże niecodzienne spotkanie zostaje przerwane przez pojawienie się jednorożca-zombie, który z pewnością nie lubi naszego bohatera. Na szczęście dzięki pomocy nowopoznałej dziewoi, która porozumiewa się językiem Kalego, zły koń zostaje pokonany za pomocą magicznej snajperki a Acura zgadza się wyprowadzić Chaikę z lasu pod warunkiem, że ta kupi mu śniadanie. W gospodzie spotka on jednak coś bardziej przerażającego od jednorożca, swoją siostrę, która z miejsca wyzywa go od bezużytecznych leni demolując przy tym wnętrze budynku. Po tym całym chaosie Chaika prosi rodzeństwo o pomoc w wykonaniu swojej misji, która wymaga włamania się do posiadłości pewnego szlachcica…

Tyle po odcinku pierwszym. Ponownie Bones równa budżet, który zresztą jest widoczy, więc na wykonanie techniczne nie można narzekać. Jedyne co mnie irytowało to Chaika, gdyż jej sposób mówienia jest dla mnie nie do zniesienia i wywołuje skoki ciśnienia krwi w moim ciele. Mimo wszystko fabuła zapowiada się interesująco a nasze rodzeństwo ma swoja mroczną przeszłość w postaci bycia żołnierzami. Lubię przygodówki, zwłaszcza te magiczne w których nie ma sparkli i tęcz, więc z pewnością będę kontynuowała oglądanie. 7+/10 na zachętę i motywację dla Chaiki do nauki gramatycznego wysławiania się.

Isshuukan Freinds

Taka tam historyjka, która swoim urokiem całkowicie rozkochuje w sobie widza.

Yuuki Hase chciałby się zaprzyjaźnić. Ale nie z byle kim, tylko ze swoją koleżanką z klasy – Kaori Fujimiyą. Dziewczyn błąka się bowiem zawsze sama  i z nikim nie jest blisko, a u naszego głównego bohatera takie zachowanie aktywuje instynkt opiekuńczy. Po tygodniu siadywaniu koło swojej ofiar… nie-przyjaciółki w czasie lunchu i kilku wcale-nie-przyjacielskich rozmowach, dziewczyna w końcu wyjawia mu swój sekret. Okazuje się bowiem, że każdego poniedziałku jej pamięć resetowana jest z wspomnień dotyczących ludzi z którymi się zaprzyjaźniła, przynajmniej z wyjątkiem rodziny. Hase nie do końca wiedząc, czy śmiać się czy uznać to za dostanie kosza, w poniedziałek znów zagaduje do koleżanki, która… naprawdę o nim zapomniała. I cała zabawa zaczyna się od nowa – bowiem chłopak uparł się, że teraz to już na pewno się z nią zaprzyjaźni.

Jak na razie najmilsze zaskoczenie tego sezonu. Rozkosznie urocza, trochę sentymentalna seryjka z gatunków okruchów życia, nie wpadająca w irytującą gag-komedię. Nie dość, że pomysł jest już na starcie intrygujący, to jeszcze bohaterowie szybko zdobyli moje serce. Oczywiście, pewne irytujące cechy japońskich nastolatków są tu obowiązkowe (jak kilkukrotne przepraszanie za samą sugestię zapytania się o bycie przyjacielem), ale klimat serii pozwala pogodzić się z tym i po prostu czerpać przyjemność z oglądania. Kreska świetnie tutaj pasuje, jest dość prosta, ale nie niedopracowana, a spokojna muzyka dopełnia wszystko.

Werdykt: Oglądam z wielką przyjemnością i polecam spróbować jeśli ktoś lubi obyczajówki.

~Darya

Kamigami no Asobi
Bisze, bisze, komu bisza? Może panienka jednego przygarnie?

Jest to ekranizacja Otome (gry dla dziewczyn, polegającej na wyrwaniu dup, a konkretnie ślicznych chłopców). Właściwie to mogłoby starczyć jako opis, ale może warto powiedzieć jeszcze kilka słów więcej. Yui Kusanagi, nasza heroina, trafia przypadkiem do szkoły dla Bogów, gdzie dyrektor (Zeus), poprosił ją o pewną przysługę. Bogowie i ludzie się od siebie oddalają, a Yui ma za zadanie nauczyć młodych, pięknych czegoś o świecie ludzi. W szkolnym panteonie znajdują się zarówno skandynawskie (tym ostatnio popularny Loki), egipskie, japońskie i oczywiście greckie (i kuń, znaczy pegaz w gratisie) bóstwa, dostępne są wszelkie typy urody i charakterów, i, czego się spodziewam, każdy zawiesi prędzej czy później oko na naszej głównej bohaterce…

No co mam komentować. Tę serię ogląda się po to, by się porządnie pośmiać – i w tej roli spełnia się świetnie, a na pewno dużo lepiej niż inny jej odpowiednik, który oglądałam (Brothers Conflict). Kreska i muzyka są niczego sobie, bohaterka nawet nie tak zła jak by tego po niej się spodziewało, do tego mamy tu grono znakomitych seiyuu. No i każdy znajdzie tutaj swojego ulubieńca, któremu może kibicować – mimo, że obie jesteśmy pod wrażeniem kunia, ja kibicuję bardziej Saksonii (Hetalii się nie leczy, z tym się już umiera), czyli Balderowi, a Sofi Apoloniuszowi (pewnie dlatego, że ma kunia).
Werdykt: Do oglądania! Śmiech to zdrowie!
~Darya
Kindaichi Shounen no Jikenbo Returns
Tak, ten idiota ma IQ powyżej 180…
Hajime Kindaichi, nie tylko jest wnukiem genialnego detektywa, ale sam znakomicie radzi sobie z wszelkiego rodzaju zagadkami kryminalistycznymi. Mimo swojego IQ z ponad 180 punktami, na co dzień jest parszywym leniem, nie przykłada się do nauki i po prostu robi z siebie nieustannie idiotę. Aż dziw, że jego przyjaciółka z dzieciństwa, Miyuki Nanase, wciąż z nim wytrzymuje. Z drugiej strony, gdy trzeba komuś pomóc w potrzebie, Kindaichi zrobi wszystko, by co w jego mocy. Seria ma schemat „mordercy tygodnia” (ok, spodziewam się, że sprawy będą trwać 3-4 odcinki) i nie trzeba znać żadnej z poprzednich ekranizacji tego tytułu.
Nie wiem czy pamiętacie, ale Zapiski detektywa Kindaichiego zostały wydane w Polsce – Waneko zrobiło to na początku swojej działalności (gdy jeszcze było niszową odpowiedzią na JPF). Seria doczekała się u nas tylko 7 tomów (z 27), wystarczyło to jednak, by zrobić na mnie jak najlepsze wrażenie. Ze względu na tę sympatię i byciu wychowaną na Detektywie Conanie, sięgnęłam po najnowszą ekranizację przygód młodego detektywa… I jest tak sobie. Kreska trochę archaiczna, a chęć jaką postacie poboczne dzielą się bohaterem swoimi tajemnicami (nawet tych wagi państwowej), nie zachwyca swoją naiwnością. Do tego pierwsza sprawa, mimo, że dzieje się w egzotycznym Hong Kongu, jakoś mnie nie porwała. Kredyt zaufania zaciągnięty przez mangę wciąż obowiązuje i na razie brnę dalej. Tylko nie wiem czy dobrze o serii świadczy, że w czasie jej oglądania miałam ogromną ochotę zobaczyć co tam znowu u innego geniusza, Detektywa Conana
Werdykt: Jeśli lubicie historie detektywistyczne możecie dać szansę. Albo od razu zacząć nadrabiać ponad 700 epów Detektywa Conana…
~Darya

Mahouka Koukou no Rettousei

Przeciętny dzień z przeciętnego życia przeciętnie wyglądającego przeciętnego bohatera.

Oczekiwany hit (gniot?) sezonu od studia Madhouse.

W świecie Mahouki magia jest czymś w rodzaju technologii, którą nie każdy może się efektywnie posługiwać. Ci elytarni wybrańcy kształcą się w specjalnych liceach i uniwersytetach tak by jak najefektywniej wykorzystywać swoje umiejętności dla dobra publicznego. Jednak nawet tam dochodzi do podziału na osoby z ponadprzeciętnymi umiejętnościami, czyli Bloomy, i tych nieco gorszych, czyli Weedsów. Tatsuya to uczeń pierwszej klasy liceum będący Weedsem, którego piękna i utalentowana siostra o imieniu Miyuki zostaje przedstawicielką pierwszego roku wśród Bloomów. Oczywiście nasz przeciętnie wyglądający bohater (TO JEST WAŻNE) zostaje ofiarą bezczelnej dyksryminacji i w walce między grupami udowadnia, że wcale nie jest taki bezużyteczny jakby się mogło wydawać. Gdzieś w tle mamy zalążek incestu gdyż Miyuki wykazuje niezdrową tendencję do rumienienia się przy swoim bracie i traktowania go z czcią godną co najmniej Mesjasza.

Serii nie mogę odmówić tego, że ładnie wygląda, ale to jest Madhouse więc było to do przewidzenia. Za ścieżkę dźwiękową odpowiedzialny jest mój Bóg animcowych OSTów czyli Iwasaki Taku. Co do fabuły… Dwa pierwsze odcinki skupiały się raczej na pokazywaniu zajebistości przeciętnie wyglądającego Tatsuyi, który jest książkowym przykładem Gary’ego Stu w anime. Miyuki zaś zawsze jest gotowa by obronić swojego ukochanego starszego braciszka przed niedobrymi Bloomami, którzy się z niego śmieją i nim gardzą, bo nie dość, że uzyskał jeden z najniższych wyników na egzaminach to jeszcze przeciętnie wygląda. 6/10 za OST i tła bo fabularnie zapowiada na się kupę. Taka Yosuga no Sora ale w PG-13.

Mekaku City Actors

Szczyt looserstwa: kiedy program komputerowy się z ciebie śmieje.

Shintaro Kisaragi to NEET i hikikomori, który nie wychodził z pokoju od dwóch lat. Cały swój czas spędza na komputerze zaś jego jedyną towarzyszką jest Ene, inteligentny program komputerowy o aparycji Hatsune Miku. Pewnego dnia Shintaro zalewa napojem swoją klawiaturę, a że zbliżały się święta i sklepy internetowe zawieszały swoją działalność, to został on zmuszony do opuszczenia swojego domu w celu zakupu nowego urządzenia. Będąc w centrum handlowym przekonuje się on jednak, że wyjście z pokoju nie było dobrym pomysłem w momencie, kiedy staje się on jednym z zakładników terrorystów. Związany Shintaro nawiązuje dziwną konwersację z siedzącym obok innym porwanym po czym następuje seria dziwnych zbiegów okoliczności koniec końców prowadzących do uwolnienia zakładników.

Do czegokolwiek związanego z Vocaloidami podchodzę jak pies do jeża gdyż zwyczajnie rzecz biorąc nie jestem fanką śpiewających programów komputerowych. Z drugiej strony widząc Shaft i Shinbou nie mogłam przejść obojętnie koło tej serii. Już w pierwszym odcinku czuć specyficzny styl tego reżysera nie mówiąc juz o tym, że zostaliśmy obdarowani słynnymi shaft tiltami. Dodatkowo można było zaobserwować, że paru tajemniczych osobników posiada jakis rodzaj ponadnaturalnych zdolności co jest dodatkowym magnesem na mnie. Mekakucity Actors z pewnością będzie serią, której poświęcę trochę więcej uwagi. 7+/10.

No Game No Life

Japonia: jedyny kraj na świecie gdzie bycie hikikomori prowadzi do pogłębienia więzi rodzinnych.

Kolejna wyczekiwana seria od Madhouse i kolejne anime, gdzie głównymi bohaterami są nołlajfy.

Sora i Shiro to rodzeństwo hikikomori będące swego rodzaju legendarną parą wśród graczy. Wszakże potrzeba niezłych umiejętności by grać w grę komputerową za pomocą stóp… W każdym bądź razie nie istnieje gra w której by nie pobili wszystkich możliwych rekordów zaś realne życie to dla nich rodzaj kolejnej rozgrywki, której zasady są jednak na tyle niesprawiedliwe, że nie zawracają sobie nią głowy. Pewnego dnia jednak otrzymują maila z zaproszeniem do kolejnej gry na zasadach wg których wszyscy mają równe szanse. Nasze rodzeństwo zgadza się i trafia do innego świata gdzie tamtejszy Bóg wyjaśnia im, że sensem istnienia tego wymiaru są gry między innymi członkami społeczności, w których stawką może być wszystko włącznie z życiem gracza. Oczywiście wszysko przebiega według ściśle określonych zasad. Sora i Shiro natychmiastowo zaczynają brać udział w rozgrywkach by zdobyć tak podstawowe przedmioty jak ubrania czy pieniądze.

Z opisu wynika, że mamy nowe Mondaiji-tachi ga Isekai kara Kuru Sou Desu yo? z tym, że zamiast żądnych zabicia nudy nastolatków otrzymaliśmy parę NEETów. Wizualnie seria jest bardziej niż przyjemna. Przeważają pastelowe kolory zaś tła, jak to w przypadku Madhouse bywa, są dopracowane. Nawet jeżeli seria okaże się być fabularną porażką to przynajmniej nasze oczy nie będą zawiedzione jak w przypadku Black Bullet. Po piewszym odcinku dam 6+/10 gdyż pomysł nie jest oryginalny, ale za to dobrze zrealizowany.

Ryuugajou Nanana no Maizoukin

A dzisiaj w Fakcie „Zaatakował mnie fioletowowłosy duch nastolatki!”

(Nanananana~! Batman~! Wybaczcie, musiałam)

Było już Academic City to czas na Academic Island. Juugo to licealista, który wyprowadził się z domu by zacząć naukę na sztucznej wyspie „od uczniów dla uczniów”. Oczywiście jak to ze studentami bywa, oszczędza on na wszystkim a zwłaszcza na czynszu. Oszczędność nie zawsze się jednak opłaca, w szczególności w przypadku gdy twoim współlokatorem jest duch nastoletniej tsundere o jakże wdzięcznym imieniu Nanana. Nasz bohater zaciekawiony faktem, jak grupce kilkorga uczniów udało się wybudować wyspę zaczyna grzebać w archiwum, i z pomocą właścicielki pokoju który wynajmuje, dowiaduje się on o skarbie zdobytym przez m.in. Nananę. Problem jest w tym, że część tego skarbu została gdzieś na wyspie ukryta lecz nie zniechęca to Juugo, który obiecuje sobie, że oprócz stania się przyjacielem ducha, odnajdzie też zaginione kosztowności.

Od studia A-1 Pictures nigdy się niczego dobrego nie spodziewałam. Ryuugajou Nanana no Maizoukin miała być jedną z tych serii przeznacznych do szuflady „dropped” już po pierwszym odcinku. O dziwo pierwszy odcinek był naprawdę przyjemny i zapowiada całkiem niezłą przygodówkę. Otrzymaliśmy już flashback będący wspomnieniem Nanany z poszukiwań owego skarbu i liczę na to, że będzie ich więcej gdyż klimatami przypominał Indianę Jonesa. 7-/10 bo główna bohaterka trochę irytuje.

Komuś się tutaj rusza fabuła…
To anime równie dobrze mogłoby nosić nazwę Dragons and Boobies. Ash Blake jest chłopcem wyjątkowym i to nie dlatego, że od 10 lat się nie starzeje łapiąc Pokemony. Jako jedyny w swojej szkole nie posiada on chowańca w postaci smoka, ma za to wyjątkowy dar dosiadania ziejących ogniem kreatur innych uczniów. Oczywiście ze względu na swoje „upośledzenie” jest on wyśmiewany przez część społeczności a prym w tym niesie Silvia, tsundere i księżniczka, która otwarcie gardzi Ashem i nie wacha się go upokorzyć przed resztą szkoły. Chłopak chcąc udowonić, że nie jest tak bezużyteczny jak wszyscy myślą, że jest, decyduje się wziąć udział w wyścigu, który oczywiście przegrywa bładząc przy okazji po lesie. Tam ulega wypadkowi lecz zostaje uratowany przez różowołosą dziewczynkę (znowu tsundere), która okazuje sie być jego smokiem.
Jak już wspomniałam mamy cycki i smoki, i jeszcze więcej cycków. Wszystkie bohaterki (z wyjątkiem różowowłosego smoka) są bardzo „fabularne” i nie boją się swojej fabularności pokazywać. Niestety obecność dwóch tsundere niesamowicie działa mi na nerwy i nawet smoki zdają się nie ratować tego anime. Ze smutkiem porzucam tytuł po dwóch odcinkach, gdyż o ile księżniczkę jeszcze zniosę o tyle bardzo „fabularną” panią nauczycielkę lubiącą robić wiwisekcję już nie. 5+/10 bo gorsze od Black Bullet nie było, ale tsundere nie zniosę.
Co jak co, ale klimat jest.

Dziesiątki lat minęło od kiedy ludzkość, mieszkająca w koloniach w przestrzeni kosmicznej, zdołała przetrwać atak Gauna, tajemniczej rasy kosmitów niewiadomego pochodzenia. Nagate Tanikaze po śmierci dziadka ledwie egzystuje mieszkając w zapomnianym przez wszystkich miejscu Sidoni, jednej z koloni na których niedobitki ludzkości sie ukryły przed najeźdźcą. Chcąc przeżyć kradnie on ryż lecz zostaje złapany i, po bezsensownej próbie ucieczki, umieszczony w areszcie. Ponieważ jednak nasz bohater cały swój wolny czas spędzał w symulatorze pilotowania mechów, to postanowiono dac mu szansę i umieścić w Akademii Wojskowej. Na miejscu się jednak okazało, że jego umiejętności są już nieprzydatne gdyż nowy model maszyn wszedł do uzytku. Wtedy to postanowiono powierzyć mu Tsugumori, legendarnego mecha poprzedniej generacji o którym się mówiło, że zostanie podarowany nalepszemu absolwentowi szkoły. Tymczasem sie okazuje, że Gauny wróciły.

Wiele osób Sidonię może porzucić juz po pierwszych kilku sekundach gdyz seria została wykonana za pomocą technologii CGI. Nie każdy przepada na generowaną komputerowo animacją lecz w przypadku tego tytułu wyszła ona całkiem nieźle. Najlepszymy scenami są bez wątpienia te widziane z kokpitu mecha w czasie symulacji. Poza tym to Sidonia no Kishi zapowiada się na całkiem niezłe science-fiction z elementami thrilleru. 7/10, mimo wszystko to GGI czasem irytowało.

Soredemo Sekai wa Utsukushii

Widać, że będzie z nich udana para.

W fantastycznym świecie istnieje Księstwo Deszczu. Wobec zagrożenia jakie stanowi Imperium Słońca, zapada decyzja, by zawrzeć dynastyczne małżeństwo między czwartą córką księstwa, a Władcą-Słońcem. Nike, bo tak brzmi imię szczęśliwej wybranki, udaje się do stolicy mocarstwa, by poznać swojego lubego, który zasłynął tym, że w ciągu trzech lat podbił większość znanego świata. Po drodze, którą odbywa mniej lub bardziej incognito, poznaje ludność królestwa, tą gościnną i miłą, oraz taką, która na dzień dobry kradnie jej bagaż. Nike daleko jednak do damy w opałach – posiada unikatowa umiejętność kontroli powietrza, a nawet przywoływania deszczu. Dla ubogiego w wodę kraju jest to całkiem przydatna umiejętność – o czym wie też król, narzeczony Nike. Czy wspominałam już, że szanowny Livius I okazuje się dość młodym (na pewno młodszym od narzeczonej) chłopcem, który mimo poważnego zachowania nie wzbudza w dziewczynie szacunku? Oprócz docinek głównej pary mamy jednak większy kłopot – w kraju szerzy się bowiem rebelia…

Mam pewien problem z tą serią. Nie mogę pozbyć się poczucia, że jestem na nią na stara, a dodatkowo mam nieodpowiednie wykształcenie. Bowiem ucząc się na stosuńkowca międzynarodowego i mając dodatkowo zainteresowania historyczne anime doprowadza mnie do regularnych facepalmów, oglądając przede wszystkim niezbyt dostojne zachowywanie się względem siebie głównej pary. Z drugiej jednak strony, trzeba mi wybaczyć, bo jestem niezwykle wyczulona na takie sprawy (nawet w AU). Jeśli ignorując te drobnostki (choć podbicie świata, nawet jeśli jest mniejszy od naszego, w 3 lata…) i będziemy mieć na uwadze, że jest to produkcja skierowana do raczej młodszej widowni, wtedy możemy się całkiem nieźle bawić. Główna bohaterka jest bowiem niezwykle sympatyczną postacią i właściwie od razu się jej kibicuje. Ogólnie, seria ma taki przyjemny klimacik, spotęgowany ładnymi projektami i ogólnie oprawą wizualną.

Werdykt: Idealne dla dziewczyn w wieku gimnazjalnym, ale i starsi mogą się przyjemnie odprężyć, jeśli nie będą mieć wygórowanych oczekiwań.
~Darya

 

Soul Eater Not!

Dziewczyny też umieją się bić i Anya wam to udowodni.

Studio Bones wraca z Soul Eaterem, ale zamiast oczekiwanego przez fanów mangi remake’u otrzymalismy adaptację prequela będącego spin-offem pod tytułem Soul Eater Not!

Główną bohaterką serii jest 14-letnia Tsugumi Harudori, nowoprzybyła do Shibusen Japonka, która niedawno odkryła, że jest bronią. Początkowo podchodzi do tego z wielkim entuzjazmem lecz stopniowo jej zapał słabnie kiedy okazuje się, że nie wszystko wygląda tak jak sobie to wyobrażała. Na spotkaniu dla pierwszoroczniaków poznaje mającą problemy z pamięcią Meme oraz arystokratycznie zachowującą się Anyę. Mimo wszystko dziewczyna uznaje, że Death City nie jest miejscem dla niej i postawnawia wrócić do domu. Na skutek rozwoju wydarzeń Tsugumi udaje się skutecznie przemienić w halabardę, zaś władająca nią Anya odstrasza naprzykszających się Meme starszych chłopaków. Pozostaje jednak problem… Tsugumi szuka władającego nią Mistrza (przepraszam, ale słowo władający mi nie odpowiada) a zarówno Meme jak i Anya są zainteresowane bycie partnerką młodej Japonki.

Jestem fanką oraz tardem Atsushiego Okhubo i się z tym nie kryję. Kiedy dowiedziałam się, że Bones zamierza wyprodukować Soul Eater Not! ucieszyłam się, mimo że remake głównej serii bardziej by mi odpowiadał. Mangę znam i lubię lecz mam wrażenie, że anime wyszło lepiej ponieważ niektóre irytujące cechy głównych bohaterek nie są tutaj aż tak widoczne. Jeżeli ktoś oczekuje battle shounena to się rozczaruje: Soul Eater Not skupia się głównie na życiu codziennym w Shibusen, co nie zmienia faktu, że już w pierwszym odcinku dostaliśmy cameo głównych bohaterów Soul Eatera. Osobiście zamierzam oglądać ze względu na moje tardctwo lecz jeżeli ktoś chce się pośmiać i lubi się wgryźć w świat przedstawiony w danej serii, to serdeczne polecam. 7/10.

PS. Warto dodać, ze jednym z autorów endingu do Soul Eater Not! jest Polak :D

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s