Jesienio-zima czyli bardzo (nie)obiektywne podsumowanie długich serii jesiennych.

Z porami roku jest jak z rządem, przychodzą i odchodzą pozostawiając po sobie trwały ślad w naszym życiu. Z każdą nową porą roku dochodzi kilkanaście nowych anime z czego część jest warta uwagi, część kończymy z neutralnym stosunkiem do nich, a jeszcze inną część zamykamy w najciemniejszych zakamarkach pamięci tak, by wspomnienie o nich stało się tylko koszmarem sennym nie mającym żadnego związku z rzeczywistością. Jesień 2013 obfitowała w serie liczące 13 odcinków, które naturalnie rzecz biorąc kończyły się wraz z sezonem zimowym. Ponieważ czasami lubię poudawać, że mam życie poza internetem to nie widziałam wszystkich 15 dwusezonówek, lecz obejrzałyśmy ich z Daryą na tyle dużo, by dało się z tego napisać notkę. Zapraszam!

Trudno oszacować jakie serie przejdą do historii anime. Ale jeśi miałabym typować, to Kill la Kill ma na to spore szanse.

 

SAMURAI FLAMENCO 

Nie, to nie jest yaoi.

Hazama Masayoshi to odnoszący sukcesy model, przed którym jawi sie świetlana przyszłość w showbiznesie. Skrywa on jednak tajemnicę o której nikt nie wie, i nikt dowiedzieć się nie powinien. Po godzinak swojej „standardowej” pracy Hazama zmienia się w Samurai Flamenco, amatorskiego superbohatera chcącego walczyć z niesprawiedliwościami tego świata. Słowo „amatorskiego” oznacza w tym przypadu niemożność zrobienia czegokolwiek poza byciem pobitym przez bandę nastolatków, której sie zwróciło uwagę. Pewnego dnia losy Masayoshiego przeplatają się z losami Hidenoriego Gotou, policjanta oddanego swoim obowiązkom lecz mającego ambiwalentny stosunek do szeroko rozumianej definicji sprawiedliwości. Kiedy zaczęłam oglądać Samurai Flamenco to spodziewałam się okruchów życia, przeplatanych akcją w stylu super sentai z odrobiną męsko-męskiej przyjaźni. O jakże się myliłam! Po 7 odcinku ta seria zamieniła się w istny rollercoaster, którego nazwa od tamtej pory powinna brzmieć Samurai Cliffhanger albo Samurai Absurdity. Absurd gonił za absurdem a brak jakiejkolwiek logiki stał się miejscami tak bolesny, że całą serię wzięłam za zwykłą parodię Power Rangersów tudzież całego super sentai jako gatunku. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy to w czasie jednego odcinka cała ta szopka została logicznie wyjaśniona a wszystko w magiczny sposób zostało wytłumaczone tak, że mogłam to zaakceptować. W Samurai Flamenco mamy wszystko: akcję, komedię, muzykę, romans a nawet i całkiem poważną dramę polegającą na problemach z pogodzeniem się z rzeczywistością, w której coś bardzo dla nas ważnego zostało nam odebrane. Seria jest bardzo dobrze wykonana technicznie a openingi naprawdę wpadają w ucho. Główny bohater ma swoje chwile słabości i wątpliwości, ale jednocześnie potrafi rozwiązać najtrudniejszy problem w najprostszy możliwy sposób. Warto obejrzeć o ile komuś nie przeszkadzają megazordy i kolorowe spandexy.

Pożądne 7+/10. Z pewnością najbardziej niedoceniane anime sezonu.

~Sofi

NAGI NO ASUKARA

Mamy wodę, są faceci, ale „Free!” z tego nie było.

W świecie Nagi no Asukara część ludzi mieszka w podwodnych wioskach zaś ich kontakty ze światem lądowych ograniczają się do handlu. Czworo przyjaciół z podwodnej wioski Shioshichio: Hikari, Manaka, Chisaki i Kaname jest jednak zmuszonych do uczęszczania do szkoły na powierzchni po tym jak ich własna została zlikwidowana z powodu małej liczby uczniów. O ile Hikari do całego pomysłu podchodzi jak pies do jeża o tyle pozostała trójka reaguje na nową sytuację z mniejszym bądź większym entuzjazmem lecz nie jest to łatwe gdyż uczniowie z powierzchni mają stosunek podobny do Hikariego. Stopniowo jednak, małymi kroczkami, obie strony konfliktu powoli się do siebie wzajemnie dostosowują. Nagi no Asakura to w zasadzie anime o niczym a początkowy opis jest bardzo mylący (innego niestety dać nie mogłam by uniknąć spoilerów). Im dalej w morze tym więcej wodorostów a każdy nowy odcinek przynosi nową, niepotrzebną nikomu do życia dramę. Gdyby ktoś chciał rozrysować schemat wszystkich wątków miłosnych w serii to wyszłaby nam niezła Moda na Sukces, zaś niektóre postacie wydają się być wprowadzone do anime tylko po to by nas nieustannie denerwować. Nie można jednak odmówić temu tytułowi ładnej kreski oraz przyjemnej ścieżki dźwiękowej. Morskie klimaty idealnie wpasowały się na jesień przedłużając letnie wrażenia. Możliwe, że moja ocena jest jaka jest gdyż oczekiwałam okruchów zycia z lekką komedią a otrzymałam lawinę ludzkich dramatów opartych najczęściej na młodocianym altruzmie.

6-/10. Jak ktoś lubi dramy to mu się spodoba, jak nie to są lepsze tytuły.

~Sofi

KILL LA KILL

Dla niektórych niezrozumiały kicz naćpanych animatorów, dla innych wciągające arcydzieło naćpanych animatorów.

Historia pewnej dziewczyny szukającej zemsty za śmierć ojca, jej mundurka, szalonej przyjaciółki (i jej wcale nie mniej szalonej rodziny), charyzmatycznej przewodniczącej samorządu szkolnego, jej czterech wiernych podwładnych, organizacji nudystów i zagrożenia, które może zniszczyć całą planetę. Bitewny shonen? Mahou shoujo? Ecchi, które jedną nogą stoi na granicy do bycia hentaiem? A może po prostu abstrakcyjna komedia o której sens nie ma się co kłócić? Faktem pozostaje, że Kill la Kill był przez ostatnie pół roku jednym z najchętniej oglądanych  anime. Magiczne była tu nazwa twórców – Trigger, choć praktycznie nie miał wcześniej żadnego samodzielnego dorobku, znany jest jako lovechild Gainaxu, a w jego skład wchodzą twórcy takich hitów jak Tengen Toppa Gurra Lagan czy FLCL. I jeśli słyszeliście o tych seriach, doskonale wiecie czego oczekiwano od Kill la Kill. Czy widzowie byli zadowoleni? Na moim przykładzie powiem – oj, jak najbardziej. To jest ten typ anime, który albo się nienawidzi albo kocha, a decyzję podejmujemy już w pierwszym odcinku. Zachwyca albo odrzuca już sama kreska, zbliżona bardziej do zachodnich animacji niż klasycznych anime (no, nie licząc wysokoprocentowe stężenie fanserwisu na epizod). Niektórzy zakochają się w abstrakcyjnej fabule, gdzie z jednej strony wszystkie chwyty dozwolone, z drugiej całość układa się w spójną i sensowną (jak na standardy tej serii) fabułę. No i oczywiście bohaterowie – wyraziści, różnorodni i przyciągający swoją uwagę, tak, że nie mamy innego wyboru jak z całego serca m kibicować (albo życzyć rychłej i bolesnej śmierci). Stanowczo seria, obok której nie można przejść obojętnie.

9/10. Warto jednak pamiętać, że nie jest to anime dla wszystkich.

~Darya

GOLDEN TIME

Koko wystawia na próbę nie tylko cierpliwość innych bohaterów, ale i widzów.

Bandriego Tadę poznajemy pierwszego jego studiów. Nieśmiały, świeżo upieczony student po chwili błądzenia w okolicach kampusów na szczęście szybko poznaje swojego pierwszego uczelnianego kolegę. Niestety wraz z nim szybko trafiamy na jego samozwańczą dziewczynę i główną bohaterkę serii – Koko Kagę. Dziewczę okazuje się nie tylko zawsze idealnie dbającą o siebie panną z bogatego domu, ale i stworzeniem niezwykle charakternym. A przede wszystkim kimś z własną wizją świata, której nikt nie jest w stanie jej wyperswadować. Cierpieć będzie na tym nie tylko jej przyjaciel z dzieciństwa, którego uparcie uważa za swojego chłopaka (mimo jego niezwykle wyraźnych zaprzeczeń), ale także nasz niesamowicie poczciwy główny bohater stający się szybko najlepszą psiapsiółką Koko. Tak sobie płynie to złote, studenckie życie… Ach, zapomniałabym (sic!). Banri krótko przed przyjściem na uniwersytet był ofiarą wypadku, przez który uległ amnezji – wątek jego utraconych wspomnień z każdym odcinek nabiera na znaczeniu.  Tyle opisu. Brzmi nawet, nawet. Wreszcie coś, co nie dzieje się w szkole. Studia! Czemu nikt inny nie robi anime o studiach? Niech apetyt zaostrzy jeszcze wieść, że autorem pierwowzoru (light novelki), był nie kto inny jak twórca Toradory!. Jeśli, tak ja, należycie do grona wielbicieli tej produkcji, pewnie nie oparliście się pokusie sięgnięcia i do Golden Time. I mam nadzieję, że poszło wam z tą serią lepiej niż mi. Rzadko tak bardzo mnie coś zawiodło. Trudno powiedzieć co najbardziej przyprawiło mnie o żal – wlokąca się, niezbyt ciekawa fabuła, irytujący i nudni bohaterowie (a już na pewno główna dwójka) czy po prostu wkurzający i miejscami pozbawiony zdrowego rozsądku wątek amnezji. Może wam się podobało. Ja po 11 odcinkach już nie wytrzymałam i serię rzuciłam. A miało być tak pięknie…

5-/10. Wielkie, wielkie rozczarowanie.

~Darya

MAGI 2: THE KINGDOM OF MAGIC

Nowe przygody, nowi bohaterowie, ale w sumie stare, dobre Magi.

Od razu zaznaczam, że nie ma sensu oglądać tego anime, bez znajomości pierwszego sezonu albo mangi. Akcja zaczyna się wkrótce po wydarzeniach z ostatniej serii, w Sindri, gdzie nasi bohaterowie postanawiają wyruszyć w kolejną podróż – tym razem osobno. Aladyn chce studiować magię w tytułowym królestwie magi, Ali Baba zamierza przebyć trening w szkole gladiatorów, Morgiana zmierza do swojej ojczystej krainy,a Hakuryuu wraca do domu, stanąć w walce o władze w Kou. Po ostatniej wspólnej przygodzie i krótkim przedstawieniu podróży każdej z postaci, akcja skupia się na naszym Magim i jego naukach w Hogwarcie (ok, Magnostadcie, ale skojarzenia nasuwają się automatycznie). Kto zna tę historię ten wie czego można się spodziewać. Mogę też pocieszyć osoby zawiedzione niektórymi zagraniami studia A-1 z pierwszego sezonu (taniec Morgiany – fandom pamięta). W tym sezonie animatorzy trzymają się prawie słowo w słowo pierwowzoru i nie bawią się w fillery. Animacja także stoi na odpowiednim poziomie. Nic tylko oglądać.

8+/10. Bo lubię.

~Darya

 

Zapraszamy też do recenzji serii zimowych oraz znajdujące się tam specjalnego podsumowania tych i jesionno-zimowych serii :)

Advertisements

9 komentarzy do “Jesienio-zima czyli bardzo (nie)obiektywne podsumowanie długich serii jesiennych.

  1. Z wszystkich przedstawionych tutaj serii, wstyd się przyznać, ale oglądałam tylko Samuraia Flamenco i w moim mniemaniu późniejsze odcinki to było jednak za duże szaleństwo, fakt faktem było wśród nich kilka naprawdę świetnych momentów, ale moja ogólne odczucia po seanse były bardzo mieszane.

    Lubię to

  2. Z jednej strony lubię czytać wpisy, z którymi się zgadzam, z drugiej – komciać cężko.
    No więc napiszę tylko, że co do Kill la Kill nie do końca się zgadzam, bo podobało mi się, ale drażniło mnie, że większości serii mogłoby nie być. Chcieli stopniować napięcie, a co chwilę wracali do statusu quo, w dodatku już czwarty odcinek był fillerem. I dobrze się bawiłam nawet na tym odcinku (początkowo go niechcący pominęłam xD), tylko jak spojrzeć na cały scenariusz i kompozycję serii, to powinno być o połowę krótsze i może, nie wiem, pozbyć się dziur fabularnych, jak to że Nui nie może się łączyć z life fiberami?
    Za Magi muszę się wreszcie zabrać, chociaż niepodoba mi się, że się znów rozdzielają, nawet jeśli tylko na jakiś czas. Lubię interakcje między bohaterami.

    Lubię to

    • Z Kill la Kill sprawa jest taka, że jest to ten typ serii, której bardzo dużo wybaczam – nawet największe absurdy i pewne dziury w fabule, puszczałam jej płazem. Akurat uważam, że długość była całkiem dobra – w jednym sezonie nie możnaby było rozwinąć wszystkich wątków (choć pewne powtarzanie się motywu Ogromnej Walki o Wszystko w pewnym momencie nie robiło już takiego wrażenia). Well, może powinnam być bardziej krytyczna, ale szkoda mi, bo świetnie się bawiłam xD
      Magi to mój własny shonen tygodniowy – jestem bardziej przywiązana do mangi, którą sobie czytam co niedzielę (dobrze mieć swój własny shonen). Też mi było trochę szkoda rozdzielenia się (czytając mangę na bieżąco przez rok nie widziało kilku głównych bohaterów 8D Na szczęście w anime to tak nie razi), ale mimo to seria nadrabiała innymi smaczkami :)

      Lubię to

      • Hah. Widziałam na razie 4 odcinki. Teoretycznie powinnam to rzucić w kąt już po pierwszym, aaaaaaale. To coś w sobie w sumie ma. Może nawet uda mi się przebrnąć przez większą ilość odcinków, kto wie?

        W międzyczasie obejrzałam pierwszy odcinek Mekakucity Actors i…pierwszy odcinek nie mówi nic. To jest chyba jedna z tych serii, w których wszystko wyjaśni ostatni odcinek. Albo i nie.

        Lubię to

        • Jestem po Mekakucity Actors (które teraz notabene opisuję w notce, która powinna być wieczorem). Podchodziłam do tego jak pies do jeża bo Vocaloidy, ale jestem całkiem miło zaskoczona. Czuć shinbowy Shaft więc jestem dobrej myśli, ale jeżeli komuś nie odpowiada styl tego reżysera to zwyczajnie rzecz biorąc serię dropnie. Ja oglądam dalej bo mnie zaciekawiło.

          Lubię to

          • Fakt, że jest to w jakikolwiek sposób połączone z Vocaloidami, kompletnie przeoczyłam, prawdę mówiąc. Pierwsze skojarzenie mimo wszystko miałam z DRRR!! (którego kolejnej serii nie mogę się doczekać).

            Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s