Noragami – gdy kryzys dosięga nawet bogów

Większość z nas, zwykłych śmiertelników, prowadzi mniej lub bardziej zwariowane życie, w którym największym problemem dnia jest spóźniony autobus tudzież masa, spotykanych codziennie, irytujących ludzi. Tymczasem wokół nas toczy się walka między bogami a demonami, w której stawką są nasze dusze a czasami nawet i nasze życie. Dodatkowo, jak to zwykle bywa w japońskiej rzeczywistości, w ten ponadnaturalny świat wpakowuje się zwykła uczennica, która miała nieszczęście (lub szczęście) znaleźć się we (nie)właściwym miejscu i czasie. Panie i panowie, mam zaszczyt przedstawić wam „Noragami” czyli dowód na to, że i z oklepanych battle shounenów da się jeszcze wyciosać iskrę, która będzie w stanie przyciągnąć widza.

Typowe nastolatki w Japonii: duch, bóg i w połowie martwa dziewczyna.

Jestem osobą o sprzecznej naturze: z jednej strony cenię sobie oryginalność, z drugiej zaś mam swoje guilty pleasure w postaci najbardziej oklepanego gatunku anime, czyli battle shounenów. Dlatego też, kiedy na zimowej rozpisce anime zobaczyłam nowy tytuł studia Bones pomyślałam sobie, że warto dać mu szansę zwłaszcza, że sama zima 2013/14 szału nie robiła. „Noragami” nie tylko spełniło moje oczekiwania, ale dodatkowo przyjemnie mnie zaskoczyło gdyż nie sądziłam, że będę mieć z tego tytułu tyle frajdy.

Wspominałam już, że oglądanie jak ludzie obrzucają się srajtaśmą sprawia mi frajdę?

Cała historia zaczyna się, kiedy poznajemy Yato, dawnego boga wojny aktualnie bezdomnego i trochę zapomnianego przez ludzkość. Jego celem i spełnieniem najskrytszych marzeń jest budowa własnej świątyni, w związku z czym podejmuje się on różnych prac, z czego większość ujmuje jego bądź co bądź boskiej naturze. Jednak poza wykonywaniem robót tak przyziemnych jak czyszczenie toalet, Yato zajmuje się także sprawami nieco godniejszymi piastowanej przez niego funkcji czyli walką ze zdeprawowanymi duszami. Jak sama nazwa mówi, nie należą one do obozu „tych dobrych” zaś pozostając na wolności doprowadzają swoje ludzkie ofiary do szaleństwa a czasem nawet i do samobójstwa. Na szczęście dla nas bogowie całkiem nieźle sobie z nimi radzą używając Regali tzn. dusz ludzi, którzy umarli wbrew swojej woli, mających umiejętność przemiany w obiekt służący do walki. Jednak i tutaj Yato ma pecha gdyż właśnie opuściła go jego Regalia czyniąc go kompletnie bezbronnym i jeszcze bardziej bezużytecznym. Pewnego dnia, kiedy nasz bóg wykonuje kolejną z wielu prac, zostaje on uratowany spod kół ciężarówki przez Iki Hiyori, gimnazjalistkę wykazującą niezdrową fascynację zapasami. W wyniku tego incydentu dusza dziewczyny zostaje częściowo oddzielona od jej ciała powodując, że dziewczyna znajduje się na pograniczu świata żywych i świata umarłych. Ponieważ sytuacja ta niezbyt jej odpowiada to prosi ona Yato, będącego sprawcą całego zamieszania, o pomoc w odzyskaniu normalności. Droga ta może być jednak długa, kręta i wyboista, gdyż nasz bóg nie ma kompletnie zielonego pojęcia od czego zacząć, nie mówiąc już o uzyskaniu efektu końcowego. Chcąc mieć pewność, że jej prośba zostanie wysłuchana, Hiyori zaczyna spędzać z Yato coraz więcej czasu, zaś on znajduje nową Regalię w postaci duszy zbuntowanego nastolatka o imieniu Yukine (gdzie słowo „zbuntowanego” jest dużym eufemizmem).

Nawalanki kataną, czyli codzienność w animowanej Japonii.

Zarys fabuły „Noragami” nie brzmi ani specjalnie odkrywczo, ani oryginalnie a co niektórzy mogliby nawet uznać, że czerpie ona garściami z „Bleacha” i „Soul Eatera”. Jednak tego typu problemy pierwszego świata nie mają znaczenia w momencie, kiedy oglądanie anime sprawia nam zaskakująco dużo przyjemności. „Noragami” to jeden z tych tytułów, który w 12-odcinkowej serii zdołał upchnąć wszystko co tylko było możliwe: akcję, komedię, romans a nawet i dramat. Co więcej, wszystko to zostało odmierzone w takiej ilości i wprowadzone do fabuły w taki sposób, że żaden z pobocznych wątków nie raził ani przesadzoną dramą, ani zbyt sztucznym humorem. Zresztą moim zdaniem to właśnie historie poboczne są silną stroną „Noragami”.  Wraz z rozwojem fabuły dowiadujemy się coraz więcej o niezbyt kolorowej przeszłości Yato oraz jesteśmy świadkami dojrzewania emocjonalnego Yukine. W tym całym zamieszaniu ogromną rolę odgrywają postacie poboczne, które wbrew pozorom nie są ani trochę jednowymiarowe. Po jednej stronie barykady mamy Kofuku, nadużywającą zdrobnień wesołą i przynoszącą pecha boginię, która w obronie swoich bliskich potrafi się przemienić w naprawdę przerażającego przeciwnika. Z drugiej strony jest Bishamon, potężna i wzbudzająca strach bogini walki, szukająca zemsty na Yato, będąca jednak w głębi serca troskliwą osobą wobec podległych jej Regali. Widać, że postacie drugoplanowe są przemyślane zaś ich działania usprawiedliwione. co stanowi miłą odmianę w czasach, kiedy wszystko co nie jest protagonistą robi za nieśmiertelne tło.

Drugoplanowa (i ładniejsza) część ekipy przedstawia skrajne reakcje na tulenie się.

Niestety, jak to w życiu mangozjeba bywa, adaptacje ze studia Bones są, delikatnie rzecz ujmując, niedopracowane. Mimo że anime ma tylko 12 odcinków a manga aż 10 ukończonych tomów to jego twórcy zdecydowali się porzucić fabułę pierwowzoru na rzecz oryginalnego zakończenia. Samo w sobie nie jest ono najgorsze (z pewnością przypadnie ono do gustu fanom romansu) lecz pozostawia ono część wątków niedopowiedzianych i urwanych w połowie. Z drugiej strony niedogodność tę wynagradzają nam wysokiej jakości animacja oraz bardzo dobrze skomponowana ścieżka dźwiękowa. Wszakże studiu Bones można zarzucić wiele rzeczy, ale wykonanie techniczne nie jest jedną z nich. Na szczęście dla wszystkich zaciekawionych dalszymi losami naszych bohaterów istnieje manga, która jest powoli aczkolwiek w miarę systematycznie tłumaczona na język angielski przez amatorskie grupy skanlacyjne. Ci, którzy nie ufają rzeczom znalezionym w Internecie i lubią płacić za mangi dolarami mogą poczekać do września, kiedy to amerykańska Kodansha wyda „Noragami” na swoim rynku.

Slow motion jest? Jest!

Tytuł w sumie niczym szczególnym nie zaskakuje a schematy typowe dla battle shounenów atakują nas w każdym odcinku niczym lwy antylopę. Może to właśnie ta sztampowość jest tym co mi się podoba w tym anime gdyż od pewnego czasu mam wrażenie, że różni twórcy silą się na oryginalność nie wiedząc za bardzo co dalej z nią począć. Niemniej jeżeli ktoś ma czas by obejrzeć 12 odcinków i bawi go dobrze zanimowane zabijanie demonów kataną to „Noragami” jest dla niego.

Advertisements

3 komentarze do “Noragami – gdy kryzys dosięga nawet bogów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s